środa, 11 stycznia 2023

Rozdział V Sinoe

 

Ścigany przez cały świat,

Zbrojny w nadzieję i wątłe ciało,

Zrodzony, by być wzgardzonym,

A zarazem pożądany przez wielkich tego świata.

W misji bez powrotu,

By umrzeć i dać promyk światła

W ciemną noc, nadciąga sztorm

Z Cesarstwa, rozlewającego się na resztę tego świata…

 

Oddział Rodgara już od kilku dni podążał w kierunku granicy z Cesarstwem. Zmierzali w kierunku najbliższego garnizonu wojskowego. De Zuuw stwierdził, że tam będzie mógł dopiero czuć się bezpiecznie. Pomimo asysty wampirów, które chroniły konwój podczas wędrówki przez moczary, był pełen obaw o powodzenie tej misji. 

 Pierwszym uczuciem, jakiego doświadczył po przejęciu więźnia, a zaraz potem po wyjściu z Opuszczonego Miasta, była wielka euforia. Niestety, ten początkowy entuzjazm z czasem ustępował, by przerodzić się bardzo szybko w paniczny strach. Rodgar bał się, czy znów coś nieprzewidzianego nie spowoduje, że utraci tego tak ważnego dla siebie, nie wspominając już o Cesarstwie, więźnia.

Nakazał więc Maktarowi, by nie spuszczał z Sinoe oka nawet na chwilę. Wyznaczył warty przy niziołku w czasie podróży. Ta taktyka miała wykluczyć jakiekolwiek ryzyko ucieczki więźnia.

Z jednej strony był zadowolony, że jego estrie nie meldowały o jakiś podejrzanych istotach w pobliżu kolumny. Z drugiej jednak strony w jego sercu coraz częściej gościła niepewność. Zastanawiał się, co właściwie się stało z towarzyszem Sinoe, który wyrżnął całą bandę Garetha i przetrzepał skórę wampirom w Krwawej Łaźni.

Obawiał się, że być może nie docenił pomysłowości, a zwłaszcza możliwości tego wojownika.

Jego paranoja nabrała rozpędu w momencie, gdy zauważył, że Maktar, jego najbardziej zaufany człowiek, spoufalił się z niziołkiem. Ich rozmowy doprowadzały go do szału, tym bardziej, że kiedy próbował swojego zausznika delikatnie wybadać, co ich mogło tak zbliżyć do siebie uzyskiwał wykrętne i kłamliwe odpowiedzi.

Ta cała sytuacja, spotęgowana do granic możliwości nieufnością i podejrzliwością, powodowała chęć wyżycia się na kimkolwiek, ale nie miał takiej sposobności. Z rozdrażnieniem liczył kolejne dni do chwili przybycia do najbliższego garnizonu przy granicy z moczarami i policzeniem się z Maktarem.

W myślach pocieszał się tym, że tam na pewno zmusi go najwymyślniejszymi torturami do wyznania prawdy. Jeszcze żaden przecież jego więzień, po doświadczeniu sadyzmu z jego strony, a nie ukrywał nigdy, że lubił zadawać ból oraz mieć władzę, nie potrafił być nieszczery i zakłamany.

Uśmiechnął się w duszy na samą myśl o tym, co czeka jego niewiernego sługę: ból.

Morze bólu.

I ta myśl chociaż na krótką chwilę dawała mu ukojenie zwłaszcza dla coraz bardziej krwawiącej jego duszy.

***

 

Sinoe czy jesteś ze mną szczęśliwy? – zapytała się Athene swojego męża. Przytulił swoją pucułowatą i piegowatą twarz do jej brzucha, by móc usłyszeć, co się dzieje tam w środku, czy ich dziecko żwawo porusza się w tym bezpiecznym świecie.

Niebo nad nimi było bezchmurne. Wokół szumiały trawy poruszane miarowym i jednostajnym powiewem letniego zefirka. Byli na pięknie ukwieconej łące z niezliczoną paletą bajecznych barw wśród morza soczyście zielonych traw. W oddali szumiał delikatnie strumień. Lubili tutaj przebywać każdą wolną chwilą, by móc odpocząć od znoju.

 Oboje dzisiaj mieli wolny dzień od pracy. Postanowili więc, że spędzą go w tym przecudnym miejscu. Chcieli się sobą nacieszyć. Odpocząć przed następnym tygodniem harówki u Pana McGrawaya.

Nie mieli lekkiego życia. Oboje byli niziołkami, istotami pogardzanymi przez inne istory. Jedyna praca, na jaką mogli w tej sytuacji liczyć to jedynie ciężka robota na roli lub w gospodarstwie, ewentualnie kobiety z ich rasy mogły zostać posługaczkami lub sprzątaczkami.

Z racji swojego urodzenia i przynależności do społeczności niziołków często byli narażeni na kąśliwe, a zarazem wielokrotnie obelżywe opinie na swój temat ze strony lepiej sytuowanych nacji będących wolnymi obywatelami. Po wielokroć zdarzały się pobicia lub wręcz morderstwa dla czystej rozrywki. Oficjalnie władze państwowe zwalczały z całą surowością te przypadki. Niestety, nie zbyt często wykrywano sprawców tych czynów.

Jednak teraz, w tym letnim słońcu, czuli się wspaniale. Nie musieli myśleć o swoim położeniu w tym królestwie oraz problemach dnia codziennego. W tym baśniowym miejscu nic poza nimi i ich nie narodzonym dzieckiem nie liczyło się.

– Athene, przecież wiesz. Ja nie tylko jestem z tobą szczęśliwy i cię kocham, ale wręcz ubóstwiam, uwielbiam, ja… Nie mogę bez ciebie żyć! Jak mi ktoś cię odbierze odejdę od zmysłów, umrę!

Athene uśmiechnęła się promiennie do Sinoe. Uwielbiał, gdy była szczęśliwa. Wtedy jej uroda emanowała nie tylko z jej fizyczności i ciała, ale z jej wnętrza: krystalicznie czystej i dobrej duszy. Szlachetność jaśniała z jej całego ja. Kiedyś, gdy ją poznał, to wspaniałe jej wewnętrzne ciepło najbardziej go ujęło za serce. Tylko dzięki niej mógł znieść swój, praktycznie niewolniczy, los.

– Sinoe, ale ja przecież nie zamierzam zostawiać cię samego, a tym bardziej na dłużej… Kochanie, jak mogłeś tak pomyśleć?

– Ja… Nie ja… – nie mógł jej tego powiedzieć. Przecież to nie może być prawdą.

– Co się stało?

– Ja… Athene, ja nie mogę bez ciebie żyć! Rozumiesz to!?

– Tak, ale chcesz mi coś powiedzieć? – upewniała się żona niziołka.

– Ja… Nie wiem, myślę, że to nie ma znaczenia, ale…

– Co cię gnębi? – zaniepokoiła się stanem męża Athene.

– Boję się. Bardzo boję się, że ciebie stracę. Mam złe przeczucia... – spojrzał na ukochaną. Na jego pucułowate policzki spłynęły łzy, które w promieniach słońca błyszczały, jak oszlifowane diamenty.

– Ale czemu?

– Miałem sen! Mam ostatnio tak straszne sny, tak… – Sinoe nie mógł znaleźć odpowiednich słów – Tak, o bogowie, w nich nie ma nas, Athene! – wykrzyczał to jednym tchem.

– A gdzie ja jestem?

– Umierasz na moich oczach, umiera wraz z tobą nasze dziecko! Athene, a wraz z tobą nasz świat, mój świat! – niziołek się rozpłakał. Szlochał wtulony w swoją żonę.

Nagle olbrzymie chmury zakryły słońce. Wokół zrobiło się pochmurno i ciemno.

Spadły pierwsze krople deszczu.

– Sinoe, ja cię nie opuszczę, jakaś mara na ciebie się uwzięła. Ot co! Chodźmy w las, bo cali przemokniemy!

 

***

– Sinoe, obudź się! – krzyknęła do swojego męża Athene. – Sinoe!

Niziołek zaczął powoli otwierać swoje oczy. Rozglądał się błędnym wzrokiem wokół siebie. Nie wiedział, gdzie jest, co się z nim dzieje. Nie poznał nawet swojej ukochanej żony, która nad nim się pochylała.

– Sinoe, to ja twoja Athene. Proszę spójrz na mnie! – delikatnie dotknęła jego twarzy.

– Athene, to ty?

– Tak, ja we własnej osobie, a któż inny mógłby tu być?

– Ale ciebie nie ma! Ty przecież umarłaś i umarło nasze dziecko. To nie możesz być ty!

– Ależ kochanie, skąd ty to wiesz? Czemu wygadujesz takie straszne rzeczy? Czemu? Proszę nie rób tego! Przerażasz mnie! – rozpłakała się Athene. Miała już dość któreś z rzędu nocy, kiedy jej ukochanemu znów śnił się ten sam, straszny sen.

Wtedy, kiedy kilka dni temu na łące Sinoe powiedział pierwszy raz o tym widziadle, marze nocnej nie mogła uwierzyć, że męczą go aż takie straszne iluzje. Miała nadzieję, że to było chwilowe osłabienie jego organizmu i psychiki.

– Sinoe, dobrze się czujesz? Już lepiej?

– Tak kochanie. Lepiej…

– Co ci się właściwie śni? Nigdy mi nie chcesz tego mrocznego snu opowiedzieć? Czemu? – Athene z troską zapytała się swojego ukochanego.

– Coś strasznego, nie chcę byś znała te wszystkie szczegóły. Przecież to nie może być nasza przyszłość, o nie! Ja w to po prostu nie wierzę. Nie chcę w to wierzyć. Proszę nie zostawiaj mnie samego!

– Ale ja cię nie mam zamiaru zostawić. Czemu tak myślisz?

– Bo odejdziesz daleko ode mnie, ale ja ciebie odnajdę nawet na krańcu świata, nawet na tym innym świecie! Nie wiem, jak długo to będzie trwało, ale będziemy razem aż po kres wszystkiego. Gdzieś, zapewne tam daleko.


***

 

– Stójcie! – krzyknął Maktar. – Słyszycie!?

Wędrowali przez niedostępne ostępy bagien. Musieli się z wysiłkiem przedzierać przez bagienną roślinność, pokonywać płycizny bagien i uważać na zdradliwe kępy trawy. Nadepnięcie na nią mogło skończyć się tragicznym w skutkach szybkim wciągnięciem w głęboką toń.

Byli podrapani, świeża krew wyciekająca z zadrapań potęgowała w murgrze niemiłe przeświadczenie, że są tylko pożywieniem dla towarzyszących im wampirów.

Wreszcie oddział stanął w sprzyjającym miejscu, które było dość sporym kawałkiem stałej, twardej gleby wśród morza otaczających ich mokradeł. Od szpicy ruszył ku Maktarowi jego pan Rodgar, niezdarnie przedzierając się przez krzaki kolczastych jeżyn.

– Co znowu, Maktar? – zasyczał Rodgar de Zuuw. – Znów musimy stawać!? Przecież dopiero co robiliśmy postój z twojego powodu!

– Panie, mesjasz czuje się chyba coraz gorzej. Ma drgawki i gorączkuje. Obawiam się, że może nie dotrzeć do granicy.

– Co ty znów bredzisz!? – wściekł się na swojego zausznika Rodgar. To była następna sytuacja, która niezbicie dowodziła, w mniemaniu de Zuuw, że murgr ma jakieś konszachty z tym przeklętym niziołkiem. – Nie, drogi Makarze, nie będzie żadnych przerw w marszu do granicy. Musimy dotrzeć, jak najszybciej do celu naszej podróży. Bo tylko tam będziemy mieli pewność, że nic nam nie stanie na przeszkodzie z dostarczeniem tego kurdupla do Cytadeli! Czy wreszcie to pojąłeś, żałosny murgrze?

– Ależ panie, co z nami będzie jak on po drodze wyzionie ducha? – spojrzał wymownie na więźnia.

– Nie obawiaj się, nic.mu nie będzie. Wytrzyma jeszcze te kilka dni drogi. Ale jeśli cię to uspokoi to daj mu odrobinę wody. Masz pięć minut – powiedziawszy to Rodgar ruszył w kierunku czoła kolumny.

Maktar spojrzał na Sinoe, który całą właściwie drogę od momentu opuszczenia siedziby wampirów gorączkował i miał silne drgawki. Martwiła go niezmiernie cała ta sytuacja. Nie mógł uwierzyć, że jego przewidujący pan, nie robił w jego mniemaniu nic, by ważny więzień dla Marchii, dotarł przed oblicze majestatu Imperatora. Przecież tylko dostarczenie tego niziołka do Cytadeli gwarantowało im ocalenie głów. Nie chciał myśleć o tym, co ich czeka, gdyby przybyli do stolicy bez mesjasza. Dlatego wychodził z założenia, że dla swojego dobra i dobra de Zuuw musi się nim opiekować.

Sinoe zajęczał.

Maktar pośpiesznie zbliżył się do nieprzytomnego. Całą tą przeklętą drogę próbował nasłuchiwać, co mesjasz może mówić. Może z tych zrozumiałych dla niego strzępów, z majaczeń gorączkowych niziołka uzyska jakieś istotne dla nich i Imperatora informacje.

Nachylił się nad nim i krótką chwilę nasłuchiwał. Wydawało mu się, że Sinoe znów coś mówi albo mamrocze, ale póki co, to były jakieś niezrozumiałe słowa.

Początkowo nie mógł ich pojąć. Lecz za którymś razem z rzędu zaczął wychwytywać sens tego, co mówi nieprzytomny.

Wreszcie wszystko stało się dla niego jasne.

– Athene… ja… idę do ciebie. A… – więzień zacharczał gwałtownie aż murgr odskoczył od noszy chorego.

Gdy się ponownie zbliżył, zapytał się.

– Mesjaszu, kim jest Athene?

Nagle nieprzytomny niziołek otworzył gwałtownie oczy. Rozejrzał się wokół oszołomionym wzrokiem.

– Athene, czemu mnie zostawiasz? Czemu odeszłaś tak daleko? Czy było nam źle?

Po pucułowatej i zmęczonej twarzy Sinoe potoczyły się łzy. Maktar był coraz bardziej zdezorientowany tym, co się dzieje z jego podopiecznym. Nie rozumiał kompletnie nic z tej sceny, która w tej chwili rozgrywała się na jego oczach.

– Mesjaszu! – potrząsnął gwałtownie Sinoe murgr.

Niziołek na chwilę odzyskał przytomność.

– Kim jesteś? Coś za jeden?

– Maktar. Nie pamiętasz mnie? Opiekuję się tobą.

– Maktar? Nie znam cię!

– Mówiłeś o Athene, kim ona jest? Czemu mówiąc o niej płaczesz?

– Athene? Athene odeszła dawno temu, szukam jej i ją odnajdę, jak to jej obiecałem i mojemu nienarodzonemu dziecku. Bo ona przecież jest w innym równoległym świecie, bo ona przecież tam żyje z moim dzieckiem. To będzie nagroda na końcu mojej ścieżki, bo przecież ten nasz świat przetrwa i ten jej świat też…

Sinoe znów stracił przytomność.

 

***

 

Słońce powoli chyliło się ku widnokręgowi. Na niebie pojawiła się bladoróżowa poświata. Piękny, najdłuższy dzień w roku powoli się kończył. Zwykle o tej porze życie w ich wiosce zanikało. Każdy wracał do domu, miał ochotę najeść się do syta i wypocząć przed następnym dniem oraz czekającym go znojem.

Ale nie tym razem. Dla niziołków nadchodziła wraz z zachodem słońca wielka chwila. Była to jedyna noc w roku, zwana Chag’Tkuma Esz. Najważniejsze święto w ich kalendarzu. Święto ognia i wody. Jedyna noc, gdy następowało połączenie tych dwóch żywiołów w jedność. Święto, kiedy świat duchów, przenikał się z tym doczesnym światem istot żywych. Święto, gdy tak odmienny pierwiastek, który symbolizowała woda – kobieta, łączyła się z pierwiastkiem, którego symbolem był ogień – mężczyzną.

Właśnie, podczas takiej świętej nocy, rok temu spotkali się Sinoe Mnemeth i Athene Narmerth. Athene, będąc wtedy jeszcze panienką zgodnie z panującym w ich plemieniu zwyczajem, a także zgodnie z wierzeniami wraz z innymi pannami na wydaniu skrzesała rytualnie ogień z drewna jesionu i brzozy, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk w całej wsi. Działo się tak zawsze na rozpoczęcie święta. Podczas rozniecania świętego płomienia intonowała pieśń ku swoim bogom, by bogowie dali jej na męża tego, którego już pokochała. Tak rozpalony ogień kawalerowie roznosili do przygotowanych nieopodal stosów, by je podpalić szczapami pobranymi ze świętego płomienia. W tym czasie wszyscy mieszkańcy wioski stali wokół płonącej watry i śpiewali pieśni do swych bóstw oraz przebaczalne do duchów.

Później, gdy już zapadła noc, a ogień z rozpalonych palenisk rozświetlał okolicę, panny rozradowane i niesione pieśnią miłosną intonowaną przez kapłana ceremonii, a wyśpiewywaną przez zamężne kobiety, puszczały wianki z umieszczonymi świecami wewnątrz na rwącą w rzece wodę. Wianki plecione były z kwiatów i aromatycznych ziół. Miało im to zapewnić powodzenie wśród chłopców.

Trochę poniżej czekali młodzi kawalerowie i wyłapywali je. Szczęściarz z wyłapanym wiankiem szedł do świętującej gromady, by poznać swoją oblubienicę. Każdy bowiem wianek był rozpoznawalny z pomocą drobnego szczegółu znanego tylko pannom.

W taki właśnie sposób podczas święta los wybrał dla Athene Sinoe. Jednak w to całe szczęście jakie ich spotkało, że tych dwoje młodych niziołków zakochanych w sobie po uszy mogło być z sobą, wkradł się zły omen. Zanim Sinoe wyłapał upragniony wianek, ten niefortunnie poszedł na dno tuż przed samym młodzieńcem.

Była to bardzo zła wróżba. Znaczyła, że panna, która go wypuściła na wodę, będzie żoną, lecz niezwykle krótko, gdyż szybko rozstanie się z życiem, a kawaler rychło będzie wdowcem. Lecz wiedźma z ich wioski dała im iskierkę nadziei. Powiedziała, że mogą spróbować przebłagać niepomyślnie nastawione do niej bóstwa w następną noc Chag’Tkuma Esz. Lecz jest warunek, by Athene, już przecież kobieta zamężna, była w stanie błogosławionym. Kiedy podczas świątecznej uroczystości panienki będą rzucać wianki na rwącą w rzece wodę ona zapali w świętym ogniu słomianą kukłę i wrzuci ją płonącą do strumienia. A potem tuż przed samymi wróżbami i gusłami na znak dany przez mistrza ceremonii mąż z figurką, symbolizującą jego połowicę, przeskoczy przez święty ogień. Jeśli utrzyma figurkę w dłoniach to będzie znaczyć, że bóstwa zostały przebłagane, ale gdyby zgubił figurkę w świętym płomieniu znaczyć to będzie, że bogowie się odwrócili od nich i nie dostąpili z ich strony łaski.

Dlatego ta noc była tak dla nich ważna. Ale te sny niepokoiły Sinoe.

– Sinoe, czy przygotowałeś kukłę do spalenia?

– Tak Athene, ale czy to zadziała?

– Czemu ma nie zadziałać?

– Nie wiem. Przerażają mnie te sny o tym jak umieracie, ty i nasze maleństwo. Ale nigdy nie wiem, kiedy i jak to nastąpi.

– Może w ogóle po dzisiejszej nocy, głuptasie. – powiedziało ciepło Athene. – Zobaczysz wszystko się ułoży. Będzie dobrze. Mara minie, a my będziemy żyli długo i szczęśliwie. A za jakiś czas będziemy intonować pieśń podczas Chag’Tkuma Esz, a nasze nienarodzone jeszcze dziecię pozna swojego męża lub żonę.

Sinoe chciał wierzyć w ten optymizm żony. Ale nie podzielał go. Nadal się martwił.

I to bardzo.

„Warto jednak spróbować” – pomyślał na koniec.

– Chodźmy kochanie. – rzucił od niechcenia do swej połowicy. – Już czas. Czas to fatum zmienić na lepszy dla nas los. 

 

***

 

Podróż przez Bagna Palonii śladem niziołka trwała już niezmiernie długo. Dla bezpieczeństwa Sinoe i dla powodzenia misji drużyna Darkara pozostawała dzień drogi za śledzonymi. Dzięki zdolnościom dhampirów i Kelorna bez problemów utrzymywali ten dystans. Równie istotne dla powodzenia akcji było to, że wampiry towarzyszące zausznikom Imperatora nie były w stanie wyczuć ich ciepłej krwi. A to powinno dać im element zaskoczenia, który mógł być tak ważny.

Jednak mijał już szósty dzień od momentu wyjścia z Opuszczonego Miasta, a nic nie wskazywało na to, by ten odpowiedni moment mógł nadejść. Co gorsza, na podstawie obranej marszruty, Darkar domyślał się, gdzie mogą podążać. Wszystko wskazywało, że celem ich wędrówki jest granica Cesarstwa i Bagien Palonii. A to mogło znaczyć, że na granicy może na tropionych czekać oddział eskortujący, a zadanie uwolnienia Sinoe może się w tej sytuacji mocno skomplikować. Należało więc podjąć jakąś decyzję.

Wreszcie Darkar zaprosił Silvie i Kelorna na do omówienia dalszej strategii działania..

– Siadajcie. – zwrócił się do wojowniczki i hybrydy Darkar. – Chciałbym przedyskutować naszą sytuację i możliwości jakimi dysponujemy, by odbić Sinoe. Muszę się wam przyznać, że ta bezradność jest dla mnie coraz bardziej męcząca. Z jednej strony chciałbym mieć to za sobą, z drugiej mam świadomość, że naszym ograniczeniem jest schorowany Sinoe. Tak naprawdę nawet nie wiemy w jakim jest stanie zdrowia. Jednak czas nas goni.

– Faktycznie, jest nieciekawie. – dodała Silvie. – Jak tak dalej pójdzie to niedługo przekroczymy rzekę i dostaniemy się na terytorium Imperatora. A tam najpewniej już czekają zbrojni.

– Jedyna nasza szansa, to wykorzystać zamieszanie w trakcie przejmowania więźnia przez żołnierzy Czarnego Pana od wampirów. Wampirów już nie będzie, a orki… No cóż, nie powinny nam sprawić zbyt dużych problemów. – uśmiechnął się lekceważąco Kelorn na myśl o tej walce.

– Obawiam się jednego: by w trakcie naszego uderzenia nie ucierpiał Sinoe. Mozemy zaatakowac nawet i teraz, ale uważam, przynajmniej na razie, że ryzyko jest zbyt duże. Po prostu nie damy rady go uwolnić niepostrzeżenie. Tym bardziej, iż nie wiemy w jakim on jest stanie!

Wszyscy, jak jeden mąż wpatrzyli się, jakby się zmówili, w bagienną, wilgotną do granic możliwości glebę, która była porośniętą, jedyną w swoim rodzaju roślinnością wodolubną. Wokół miejsca ich odpoczynku rozlewało się morze niebezpiecznych i zdradliwych moczar. Każdy nieroważny krok mogł się skończyć tragicznie.

– Słuchajcie! – po chwili namysłu odezwał się Darkar. – Może zacznijmy od tego czym dysponujemy, jakimi możliwościami? Jestescie hybrydami, zatem może macie jakieś umiejętności, których do tej pory nie poznałem, jakie byłyby przydatne przy uwolnieniu niziołka?

– To znaczy? – zapytał się Kelorn.

Sylvie na tę głośno wypowiedzianą zuchwałą myśl natychmiast zaczęła świdrować wzrokiem przyjaciela Sinoe niemal na wylot. Wydawało mu się, że chciałaby zajrzeć w jego duszę i ją przebić swoim mieczem raz na zawsze za tą arogancję. Jej drażliwość na temat jej dzidzictwa stawała się w takich chwilach wyjątkowo widoczna i nie skrywana.

– Wasze zdolności związane z waszym pochodzeniem. W końcu, jak wszędzie piszą i mówią, musicie jakieś mieć!? No dajcie spokój, nie wygłupiajcie się! – zapytał się Darakar.

– Wybacz, ale przyrzekłam sobie, że nigdy nie użyję tej swojej części osobowości, której nienawidzę i nie znoszę w sobie. Przepraszam cię bardzo Darkarze, ale nie wchodzi to absolutnie w rachubę. Nie jesteś mnie w stanie do tego przekonać, a nawet zmusić!

– Silvie, proszę, przynajmniej oświeć nas, co potrafisz. To do niczego nie zobowiązuje. Dopiero potem wspólnie zastanowimy się czy będą nam twoje zdolności potrzebne. Nie unoś się tak od razu. Gdy stwierdzę, że potrzebuję twojej pomocy, dam ci czas na zastanowienie się, czy jesteś w stanie dla dobra sprawy jednak wykorzystać swoje umiejętności.

– Na to mogę się zgodzić. – niechętnie potwierdziła. – Mogę lewitować, latać w postaci nietoperza, być niewidzialna, mogę się teleportować, hipnotyzować dzikie zwierzęta, czytam w myślach, ale nie każdego. – ściszyła głos, spojrzała, jakby przelotnie na Darkara i momentalnie zaczerwieniła się. – Ale musicie wiedzieć, że dawno już nie używałam tych zdolności. Bo postanowiłam, że jestem tylko człowiekiem. Przecież ludzie przecież nie mają takich umiejętności!

– A ty Kelorn?

– Tak samo, jak Silvie. Oprócz tego mogę przybrać postać potężnego wilka, skakać z dużych wysokości, doskonale się wspinać.

– To skoro już to wiem, mam plan, prosze wysłuchajcie go uważnie. Wydaje mi się, że jest rozsądny i damy radę go zrealizować.

Darkar zaczął swoją opowieść.

 

***

 

Sinoe trzymał kurczowo przy samym sercu drewnianą figurkę, z którą miał przeskoczyć święte ognisko. Wpatrywał się w tę lalkę w takim skupieniu, że można było odnieść wrażenie, że próbuje zaczarować ją ze wszystkich swoich sił, by nie wypadła mu z rąk.

Bał się, że bogowie uprą się i nie zdoła ocalić Athene.

Jęzory ognia falowały wesoło nad stosem drewna. Wszyscy wokół paleniska radowali się oraz cieszyli z tego, jakim dobrobytem bogowie ich obdarowali w zeszłym roku. Intonowali na ich cześć święte pieśni. Muzykanci wesoło przygrywali, by wszyscy mogli napawać się tym wspaniałym świętem.

Nagle mistrz ceremonii podniósł swoją prawą dłoń do góry, by zgromadzeni mogli ją spostrzec. Na ten znak wszyscy ucichli. Wesoła wrzawa w oka mgnieniu zamieniła się w trudne do zniesienia milczenie. Oczy zgromadzonych nakierowały się na wystraszonego Sinoe.

– Sinoe nadszedł Twój czas próby! – przemówił kapłan. – Sinoe będzie błagał bogów o odpuszczenie losu, jaki zgotowali dla jego połowicy i nienarodzonego dziecka. Będzie prosił o wybaczenie, o nadzieję dla swojej rodziny na przyszłość. Wszyscy tu zgromadzeni módlcie się w sobie, by wybaczyli mu i Athene, naszemu bratu i naszej siostrze.

Mistrz ceremonii zamilkł.

Skinął głową w kierunku Sinoe.

Sinoe był przerażony. Nie wiedział, co ma robić. Bał się, że nie da rady. Nie przeskoczy, nie uratuje Athene i dziecka.

Strach go paraliżował.

Wpatrywał się w ogień. Chciał go zaczarować. Chciał mieć to już za sobą.

– Sinoe, musisz to zrobić  – ponownie przemówił mistrz. Nie masz wyboru. Już zbliża się czas. Musisz skoczyć o północy. Inaczej przepadnie twoja szansa na przebaczenie u bóstw. Skacz.

– Nie, nie mogę tego zrobić. Tak się boję, że nie podałam temu zadaniu.

Do męża podeszła Athene. Dotknęła jego płowych włosów i pogłaskała delikatnie po głowie. Chciała go uspokoić.

– Sinoe, już spaliłam w rzece kukłę. Teraz już tylko od ciebie zależy, czy twoje sny się spełnią. zawierzę, ufam, że uda nam się uzyskać przebaczenie. Proszę, skacz przez ten święty ogień. Skacz.

Wtem, zgromadzeni zaczęli wołać.

– Sinoe, skacz! Skacz! – głośniej i głośniej.

Niziołek nadal kurczowo trzymał figurkę.

Zamknął oczy.

Spiął się w sobie.

I wreszcie ruszył w stronę świętego ognia.

W czasie biegu zatracił całkowicie poczucie czasu. Jedyna myśl, jaką miał w sobie to było: utrzymać laleczkę za wszelką cenę. Athene i dziecko są teraz najważniejsze. Musiał je uratować. Całkowicie zatracił się w tym przekonaniu. Całe swoje ja. Wiedział, że musi, by ten sen już nigdy się nie pojawił.

Gdy dobiegł do paleniska gwałtownie się wybił.

Skoczył.

Zawisł w powietrzu na okamgnienie. Jego nogi zamachały żywiołowo i niespokojnie.

I stało się.

Niziołek wybił się źle – zbyt daleko od stosu. Zrobił to zbyt pochopnie. Za mocno skoncentrował się na kawałku drzewa, który trzymał kurczowo w palcach. Zapomniał, że musi dobrze się odbić od ziemi, by nie zahaczyć nogami o płonące bierwiona. Zapomniał, że musi się skupić na samym skoku.

Zaczepił o polana. I wtedy w odruchu obronnym, by nie wpaść do ognia i nie spalić się żywcem, musiał złapać równowagę. Rozłożył więc bezwiednie ramiona. Wtenczas drewniana figurka wpadła w sam środek ogniska.

Wszyscy zamarli.

Otumaniony, a zarazem nie zdając sobie sprawy z tego, co się stało, Sinoe rozejrzał się błędnym i przerażonym wzrokiem wokół. Chcąc sprawdzić, czy ma nadal laleczkę, z przerażeniem stwierdził, że nie ma jej w rękach.

Padł na kolana.

Załkał.

Przepowiednia ze snów się wypełniła.

Nadszedł czas, nowy czas.

Nowa epoka.

 

***

 

Niebo nad okolicą było zasnute chmurami, które nisko nad koronami drzew pchał wiatr. Wokół było ciemno i pochmurnie, a było to przecież wczesne popołudnie letniego dnia. Mogłoby się zdawać, że to natura coś opłakiwała, coś jej bliskiego sercu.

Pierwsze krople deszczu uderzyły gwałtownie o poszycie lasu. Opad spadający z ołowianych, przyciężkich chmur, musiał pokonać na swej drodze ku ziemi parasol ochronny utworzony ze szczytowych gałęzi drzew rosnących w tym pierwotnym lesie.

Nagle, wśród moknącego mchu i wyrastających gęstymi kępami z niego traw, jakaś niewielka postać gwałtownie się poruszyła. Była to postać licha i mała. W otoczeniu poplątanej, zielonej gęstwiny runa leśnego, tuż przy samej ziemi, owa istota była kompletnie niewidoczna. Niewątpliwie, zbudziła ją nad wyraz okrutnie z głębokiego snu kaskada mokrych, ciepłych kropli  deszczu.

Niziołek wprzódy otworzył z wielkim ociąganiem jedno oko, potem z dużym trudem oraz głośnym jękiem zmusił się do otwarcia drugiej powieki. To przepicie z dnia poprzedniego łupało go niemiłosiernie w czaszce. Czuł, że każda część jego ciała nie ma na tyle w sobie sił, aby móc wykonać tą prostą, zwykłą czynność. A kiedy już mu się to udało poczynić kosztowało go to wiele  niewyobrażalnego cierpienia.

Sinoe zrazu niepewnie, a potem z coraz większą siłą i determinacją, wreszcie, po krótkiej, a zarazem męczącej walce, usiadł na otaczającej go zewsząd trawie. Skołowanym wzrokiem rozejrzał się niepewnie wokół siebie. Nie do końca jeszcze zdawał sobie sprawę z tego, gdzie on właściwie jest oraz czemu znalazł się tutaj, a nie w wygodnym łóżku w swoim domu. Właściwie to nie wiedział jakie zdarzenia miały miejsce w trakcie wczorajszego wieczoru i nocy.

Nie pamiętał kompletnie nic.

Przynajmniej tak mu się wydawało.

Potrzebował czasu na spokojne przemyślenie sobie tej zaistniałej sytuacji.

Gdy w końcu deszcz zamienił się w prawdziwą ulewę, postanowił dokonać następnego ważnego kroku w swoim trudnym do opisania stanie ciała oraz ducha i po prostu wstać. Zgodnie ze swoim skromnym planem miał zamiar uchronić się pod rozłożystym drzewem oraz chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie zdarzyło się poprzedniej nocy.

Kiedy już się schronił, próbował ze wszystkich sił odtworzyć w pamięci wydarzenia, jakie miały miejsce nocą. Jednak nie potrafił sobie nic przypomnieć. W głowie miał pustkę. Miał przeczucie, że coś jest nie tak, że coś musiało się wydarzyć ważnego. Chciał, by jego żona przypomniała mu szczerze, a także w miarę dokładnie wydarzenia z poprzedniej nocy.

Jak postanowił tak też i uczynił.

Wędrując do swojej sadyby nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. Początkowo wędrował ociężale, walcząc z potwornymi mdłościami, zawrotami głowy oraz całkowitym brakiem jakichkolwiek sił. Zmagał się sam z sobą i swoim stanem po przepiciu.

Jednak z upływem czasu, a zwłaszcza pod wpływem ilości wdychanego przez niziołka rześkiego i żywicznego zapachu lasu, siły początkowo powoli, a później coraz szybciej zaczęły do niego wracać. Kiedy dotarł do gościńca, prowadzącego do osady, był kompletnie przemoczony i zziębnięty, ale w pełni zdrowy.

Niewykluczone, że ten całkiem dobry nastrój byłby dalej tak trwał, gdyby nie to, że po tym, jak wspiął się na pagórek i spojrzał w stronę swojej wioski, jego oczom ukazał się makabryczny widok.

Tam w oddali, w miejscu, gdzie stały tak dobrze mu znane domostwa i zabudowania gospodarskie, tliły się zgliszcza. W jednej chwili zdał sobie sprawę, że cała wieś spłonęła. Co gorsza pośród kikutów domostw nie zauważył żadnych mieszkańców. Nie była to normalna sytuacja. Przeraził się.

Sinoe, nie czekając ani chwili dłużej, rzucił się pędem w kierunku ich domu. Kiedy już był wystarczająco blisko w okamgnieniu stwierdził, że ten też spłonął. Nie namyślając się długo zawrócił i pobiegł w stronę  miejsca ceremonii.  Gdy tam dotarł to, co zobaczył poraziło go, a także było ponad jego siły.

Wokół świętego ogniska, jak okiem sięgnąć, leżały zwłoki kobiet, dzieci oraz mężczyzn. Można było wywnioskować, że ci którzy najechali ich wioskę, musieli działać z zaskoczenia. Nikt nie miał prawa wyrwać się z tej matni. Poza Sinoe, zapewne, nikt nie przeżył tej jatki.

Sinoe natychmiast pomyślał o Athene i dziecku. Nie zwlekając ani chwili dłużej począł jej wypatrywać pośród martwych ciał.

Nie szukał długo.

Tuż przy samym palenisku leżała jego Athene. Została przebita mieczem. Nie żyła.

Padł na kolana.

Podniósł ciało swojej żony i położył jej głowę sobie na kolana. Łzy ciekły mu po policzkach zmieszane z deszczem i spływały na jego Athene. Nie mógł zrozpaczony kompletnie zrozumieć, co właściwie się tutaj stało. Czemu jego żona nie żyła. Nie potrafił jednak pełen bólu odpowiedzieć na żadne nurtujące go pytanie, nie odnajdywał żadnych śladów i wskazówek, by móc w pełni na to sobie odpowiedzieć. Wiedział tylko tyle, że jego najbliżsi nie żyli. Zostali zamordowani.

Przytulił swoją twarz do jej wymęczonej twarzy, wykrzywionej w potwornym grymasie bólu i przerażenia.

Łkał.

Tak mocno łkał. 

– Athene, czemu odeszłaś? Czemu?

Nagle przed oczami stanął mu wczorajszy wieczór. Zobaczył siebie, jak skacze przez to ognisko, zaczepia nogami o polana, figurka spada w sam środek ognia, a zgromadzeni dookoła raptownie milkną.

Potem zobaczył, jak pije wino, piwo i wódkę. Wszystko miesza. Pije bez żadnego umiaru. Dalej dostrzegł, jak coraz bardziej odpływa z butelką w ręce, jak nie kontroluje siebie i oddala się do lasu, a jego wioska oraz jego Athene zostają poza nim, jakby we mgle, która pokryła wszystko swoim mlecznym kokonem. Na koniec zobaczył jak biegnie, a tak naprawdę toczy się chwiejnym krokiem do lasu, jak wyje i wreszcie jak pada, gdy potyka się o wystający korzeń.

– Nieeeeeeeeeeeee! – wył jak ranne zwierze.

Kiedy powróciła mu na chwilę jasność umysłu, to już wiedział, co powinien zrobić. Musi odnaleźć swoją Athene, przecież obiecał jej to. Był pewien, że odnajdzie ją nawet w tym innym świecie. Dlatego postanowił, że wyruszy w podróż tuż za nią.

– Athene, czy wiesz, jak trzeba wiele przecierpieć, by wiedzieć, jak bardzo się kogoś kocha?

Sięgnął ręką za pas. Wyciągnął zza niego krótki nóż.

Podniósł uzbrojoną dłoń ku górze.

Jego ręka nabrała niesamowitego rozpędu.

Gdy już widział oczami wyobraźni, jak stal rozrywa mu ubranie i wbija się bezlitośnie w pierś, ktoś, niespodziewanie, chwycił go za uzbrojoną rękę; ktoś, kto nagle zaskakująco wyrósł przed nim i był znacznie silniejszy od niziołka. 

Sinoe zaskoczony spojrzał w stronę intruza.

Przed nim stał starzec wspierający się kosturem. Z pleców zwisał mu wór z prowiantem i ekwipunkiem niezbędnym w długich podróżach. A z jego oczu emanowała siła. Siła wielka i straszliwa.

– Puść! – krzyknął wściekły Sinoe do starca.

Ten jednak nie dał za wygraną i z coraz większą siłą wykręcał rękę niepokornemu niziołkowi.

– Puść! Słyszysz, przeklęty starcze, puść! Muszę do niej iść.

– Nie, Sinoe! Nigdzie nie pójdziesz. Masz jeszcze do wykonania jedną misję, nie możesz umrzeć. Jeszcze nie nadszedł twój czas, niziołku! A jeśli chcesz znów, w tym innym świecie, zobaczyć Athene, musisz zrobić to, co do ciebie należy. Inaczej nigdy jej nie zobaczysz, a wszystko wokół ogarnie wielka pustka!

Sinoe zrezygnowany mocniej zachlipotał.

Krótko potem padł na ziemię koło swoje Athene.

Zemdlał. 

 

***

 

Rodgar de Zuuw z grymasem wściekłości na ustach i oczami płonącymi chęcią zabijania stał na jedynej w okolicy kępie trawy w morzu bagien. Nie mógł uwierzyć w całkowity zbieg okoliczności w zdarzenie, które miało miejsce przed momentem. Jego furię potęgowało to, iż zostało w nim zachwiane coraz lepsze samopoczucie.

Coraz lepszy humor zaczął odczuwać od chwili przekroczenia nurtu granicznej, rwącej rzeki. Tym bardziej, że znajdowali się już na terytorium Cesarstwa, na nadgranicznych mokradłach. Tak nie wiele im brakowało, by je pokonać i ruszyć suchym traktem do najbliższej strażnicy. Lecz incydent sprzed chwili znów zaburzył jego plany. A tak… Był w czarnej dupie.

Spojrzał się ponownie na kręgi rozchodzące się po lustrze wody.

Był wkurwiony.

Bród, który jeszcze chwilę temu pokonywał, był tak cholernie wąski, że w jednym szeregu ledwo mieściła się dwójka baitali. Ale nie spodziewał się, że znów nadejdą kłopoty. Nie potrafił uwierzyć w to, że znów na drodze do jego sukcesu stanie tak mała rzecz, która skutecznie powstrzyma go przed wykonaniem tej misji. Musiał to być spisek i jedynie w takie wytłumaczenie był w stanie uwierzyć.

 Pierwszy szpieg Imperatora, nie chciał dać wiary w zwykły splot okoliczności. To było jego zdaniem niemożliwe i mało prawdopodobne. To były w jego opinii na pewno knowania i to knowania tego przeklętego mugra.

Był o tym całkowicie przekonany.

Incydent wydarzył się na czole kawalkady.

Rodgar, nie mógł wiedzieć, a może nie przyjmował tego do swojej świadomości, że baitalom, targającym na swoich barkach nosze z niziołkiem brakowało odpowiedniej ilości miejsca na płyciźnie. Ta sytuacja powodowała obsuwanie się stóp niosących w toń wody, dodatkowo całym ciałem niziołka targały strasznie silne konwulsje, także utrudniające przeprawę.

Sinoe niespodziewanie dla wszystkich wpadł w gwałtowne i silne konwulsje. Jego małe ciało zaczęło się strasznie miotać na noszach. Te drgawki wyglądały, jak jakiś straszliwy taniec, potępionej istoty przez bogów za jej przerażające przewiny. Z jego ust poczęła się toczyć krwawa piana.

O krok przed kolumną złożoną z baitali dźwigających mesjasza, ze względu na wąskość brodu, możliwie blisko swojego podopiecznego, wędrował Maktar. Jego najważniejszym zadaniem było pilnowanie więźnia, a także pielęgnacja oraz opieka nad nim. Mugr uważał, że stan zdrowia więźnia cały czas się pogarsza od momentu odebrania go z Opuszczonego Miasta. Opiekował się nim, jak najlepiej potrafił, ze względu i na siebie i na swojego pana Rodgara de Zuuw. Jednak ten, w mniemaniu mugra, kompletnie jego starań nie doceniał. A robił przecież tak wiele, by ich więzień dotarł żywy przed oblicze Czarnego Pana. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby znów pokpili sprawę tego przeklętego mesjasza i Imperator wpadłby w swój niepohamowany gniew.

Jednak nie dane była dla Maktara, by spokojnie, bez dodatkowych stresów przebyć te pograniczne bagna. Na nieszczęście dla niego, w trakcie brodzenia, w pewnym momencie, natężenie ataków drgawek mesjasza było tak wielkie, iż nawet tak silne wampiry, jak baitale, miały olbrzymi problem z utrzymaniem równowagi w tym nader grząskim gruncie, po którym brodziły.

I w takich okolicznościach zdarzył się ten straszny dla Maktara incydent.

Niziołek po kolejnym gwałtownym ataku, osunął się niespodziewanie z noszy w toń. Obserwujący to murgr, z przerażeniem zrozumiał, że jego podopieczny za chwilę się utopi. Nie namyślając się długo wskoczył do bagniska, by spróbować uratować niziołka.

 Maktar ryzykował w kipieli swoim życiem. Jednak nie kierowała nim altruistyczna chęć niesienia pomocy poszkodowanemu, ale obawa o swoje życie oraz jego pana Rodgara. 

 De Zuuw jednak poświęcenia nie dostrzegał. Był wręcz pewien całkowitego braku lojalności mugra wobec Cesarstwa. Wreszcie był praktycznie pewien jego zaprzedaństwa wobec wrogów Imperatora. Od momentu wyjścia z Opuszczonego Miasta, w trakcie wędrówki przez te bagna, na podstawie obserwacji rodzącej się relacji pomiędzy Maktarem i Sinoe, zdał sobie wreszcie sprawę z tego, jak był haniebnie oszukiwany. Co prawda jeszcze nie wiedział, ani nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co ten knuje, ale był pewien, że już niedługo wszystkiego się dowie od wiarołomnego sługi.

Na chwilę Rodgar poczuł, jak jego serce się raduje.

Pomimo tego stanu czuł jednak drążący niepokój. Martwiło go bowiem jeszcze kilka zdarzeń z ostatnich dni. A gdy powoli zaczął je analizować i wiązać w logiczną całość, to wiedział, że od samego początku musiał przecież być inwigilowany przez wrogów Cesarstwa, dla których pracował murgr. Teraz już wiedział, czemu do tej pory nie był w stanie pochwycić tego marnego mesjasza, dlaczego po drodze do tego sukcesu musiał pokonać tyle kłód, które ktoś z rozmysłem rzucał mu pod nogi.

Spojrzał się w stronę rzeki, gdzie zanurkował Maktar.

„Czyżby to wszystko było jedną wielką zmową? Przecież ten przeklęty murgr nie jest w stanie zaplanować, a następnie zrealizować tak wielkiej akcji. Więc, jeśli to zmowa, to kto za nią stoi?” – zadawał sobie to pytanie obserwując bacznie wodę. A zaraz potem sobie na nie odpowiedział:

„Tylko jedna siła w tym świecie jest w stanie to zrealizować – Gildia Kupiecka”.

Uśmiechnął się.

Był zadowolony z tej analizy.

Był coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że w tym wszystkim nie ma żadnego dzieła przypadku. 

Rozmyślania Rodgara przerwała marszcząca się powierzchnia rozlewiska na mokradłach. Z głębiny, ponad lustro brudnej, śmierdzącej zgnilizną wody, wpierw wynurzyła się głowa Maktara, a następnie jego lewe ramię..

Dłoń murgra wyszarpała głowę Sinoe z bagiennego rozlewiska, ciągnąc topielca za włosy.

Usta mesjasza mogły wreszcie złapać pierwszy haust powietrza.

 

***

 

Maktar był zmęczony.

Oddychał szybko.

Łapczywie łapał w swoje płuca każdy haust powietrza.

Wampiry kompletnie znudzone, beztrosko obserwowały całe zdarzenie. Było im wszystko jedno, czy akcja ratunkowo się powiedzie czy też nie. Jedynie, czego pragnęły w tej chwili, to pozbyć się jak najszybciej tych dwóch zauszników Imperatora i wrócić do Opuszczonego Miasta. W ich mniemaniu, podróż, którą odbywali, zbyt mocno się przedłużyła.

Wreszcie murgr, gdy chwilkę odpoczął i nabrał nowych sił, wyciągnął niziołka na jedyny w okolicy suchy kawałek lądu. Tuż pod nogi wściekłego Rodgara de Zuuw.

 Sinoe był nadal nieprzytomny.

 Maktar w końcu, po dłuższej chwili, ocucił zemdlonego.

-     Mesjaszu, żyjesz? – zapytał widząc, jak Sinoe powoli zaczyna odzyskiwać świadomość.

-     Kim jesteś? Czy ja ciebie znam dziwna istoto? – wyszeptał słabym głosem mesjasz.

-     Nie poznajesz mnie? – zapytał rozczarowany murgr.

-     Nie, ale czemu tutaj jestem i co się stało?

-     O mało się nie utopiłeś. Dostałeś okropnych drgawek i wpadłeś do wody.

-     Znów to widziałem! Rozumiesz, znów ją widziałem!

-     Kogo?

-     To jakby zdarzyło się wczoraj… – na chwilę wzrok niziołka znieruchomiał.

Mugr, tak mu się przynajmniej wydawało, jakby dostrzegł w kąciku oka pojmanego łzę, która spływała powoli po policzku.

 – Moja Athene, była znów martwa, rozumiesz!?

 

***

 

Ponownie widział ją, jak leżała, przebita mieczem…

”Czyżby moje misja przepadła? Czyżbym stracił ją , ale tym razem na wieczność? Ale przecież to nie może być prawda! Moja Athene, musi gdzieś tam żyć! A ja muszę do niej dotrzeć, muszę uratować ten świat, spełnić swoją misję do końca, którą wyznaczyło mi przeznaczenie. A tam, gdzieś w tym innym świecie, wymiarze w nagrodę otrzyma szansę, by znów być z żoną i dzieckiem” –  myślał intensywnie Sinoe.

– Już nie długo będę u ciebie. – niziołek wymówił te słowa z tak wielką determinacją.

Nagle, niespodziewanie dla siebie samego, dostrzegł , że jakaś postać się nad nim pochyla. Nie był pewien czy ją zna, kim jest owa istota.

   Ty? To ty mnie uratowałeś?

Jego wzrok wydawał się być o wiele bardziej przytomny, niż miało to miejsce jeszcze przed chwilą.

– Tak panie! – odpowiedział Maktar.

Mesjasz powoli, z olbrzymim trudem, rozejrzał się  wokół siebie. Na chwilę zatrzymał wzrok na Rodgarze de Zuuw.

Rodgar był całkowicie rozjuszony, zwłaszcza gdy przyglądał się, jak przy tym kurduplu skacze jego sługa. Jednak spojrzenie tego kurdupla powodowało, że w swojej duszy czuł się całkowicie onieśmielony i zakłopotany, tą swoją podejrzliwością i brutalnością swojego charakteru. Czuł się winny tym wszystkim występkom i zaczynał mieć wyrzuty sumienia…

Gdy poczuł, że mięknie jego twarde jak skała i bezwzględne serce w odruchu obronnym wbił swój wzrok w ziemię.

W końcu niziołek odwrócił wzrok od zdeprymowanego człowieka. Odezwał się powtórnie do istoty klęczącej nad nim.

   Czy ciebie zwą Maktarem? – zdawało mu się, że tak owa istota może mieć na imię.

   Tak.

   To ty uratowałeś mi życie? – Sinoe, powtórnie zapytał o to samo, jak gdyby upewniał się , co do tego faktu.

   Tak, to byłem ja.

   Czy mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę? – zapytał się z wahaniem.

Maktar na chwilę zaniemówił. Czuł, że jest w trudnym położeniu, zwłaszcza, że tuż za nim stoi jego suweren. A mesjasz bardzo cicho szeptał. Dlatego, by go zrozumieć był zmuszony nadstawić ucha nad przy ustach niziołka.

Nie bardzo wiedział, co ma na to odpowiedzieć.

Nim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, już wyręczył go mesjasz.

   Nie bój się, to będzie prośba, która tylko może ci pomóc, a nie zaszkodzić. Więc jak? – dalej szeptał Sinoe.

   Mhhhhhh...

   Mam rozumieć, że się zgadzasz!?

   Tak. Niech będzie. – odpowiedział z wahaniem mugr.

   Już niedługo was opuszczę. Dziękuję ci za twoją opiekę a w nagrodę powiem ci teraz gdzie mnie odnajdziesz za jakiś czas. To będzie twoja nagroda za twój wielki trud i uratowanie mi życia. Dzięki tobie odzyskam  Athene.

   Jak to opuścisz? – zdziwił się szczerze sługa Rodgara. –  Nie sądzisz, że to jest raczej niemożliwe?

   Wierz mi jest to możliwe i już niedługo nastąpi. Ale pamiętaj też o tym, że to, co ci za chwilę rzeknę, powinieneś zachować tylko i wyłącznie dla siebie. W żadnym wypadku – niziołek wskazał wzrokiem Rodgara –  nie mów tego temu człowiekowi, który znudzony patrzy w naszą stronę. To, co ci teraz powiem za jakiś czas może uratować ci życie. Zaufaj mi.

   Ja... Ale ja muszę mu o tym powiedzieć. Nie mogę tego ukrywać. Jestem jego wiernym sługą.

   Zaufaj mi proszę i zachowaj to tylko dla siebie.

Nim Maktar zdążył cokolwiek odpowiedzieć, już przy nich stał skrzywiony, kipiący wściekłością Rodgar de Zuuw.

   Maktar, czy tobie naprawdę się wydaje, że ja nie widzę, jak spiskujesz z tym kurduplem!? Czyżbyś miał przed sobą jakiegoś durnia? – wykrzyczał zaciekle człowiek.

   Ależ panie, ja tylko... – nie zdążył nawet dokończyć zdania. Rodgar kontynuował swoje straszliwe oskarżenie.

   Co? Myślisz, że ja jestem ślepy i nie widzę jak sobie cały czas szeptacie na uszko? Jak cały czas spiskujecie? Ale ja wszystko wiem i widzę, co się wokół mnie dzieje! Nie uda ci się go uwolnić. –  De Zuuw spojrzał jednoznacznie na niziołka. – Ja już przewidziałem to. Nie uda ci się mu pomóc, a ty mugrze, tak przeklęty zdrajco, zostaniesz przykładnie ukarany i wszystko mi wyśpiewasz w twierdzy!

   Panie mylicie się… –  Rodgar nie pozwolił mu nawet powiedzieć czegokolwiek na swoją obronę, tylko gwałtownie odwrócił się na pięcie i odszedł na czoło kolumny marszowej. Po drodze nakazał baitalom załadować kurdupla, jak go mało elegancko nazywał, na nosze i kontynuować dalej przerwany marsz. 

   Więc, pomożesz mi? –  nie dawał za wygraną niziołek.

   Tak – odpowiedział z wahaniem Maktar. Ale cóż ryzykuje, a może faktycznie ta informacja uratuje mu życie.

   Jak zniknę z waszego obozu, pamiętaj byś przybył ze swoim panem do miejsca zwanego Martwą Oazą. Tam będę na was czekał w ostatniej pełni księżyca w drugiej kwarcie przesilenia letniego, byście mnie pojmali. Zrozumiałeś?

   Czemu mi to mówisz? – nie dowierzał mugr.

   Tak Maktarze to będzie przysługa dla ciebie, żeś dziś uratował mi życie. Dzięki tobie już niedługo odnajdę moją Athene i moje dzieciątko. Wiedz o tym, że mój czas powoli dobiega końca.

   To znaczy?

   Że mogę już niedługo wyruszyć na spotkanie z moją Athene i moim dzieckiem. To będzie twoja przysługa dla mnie. –  zakończył mesjasz swój wywód.

Zemdlał.

 

***

 

   Hej Niziołku, czas jeść! –  krzyknął prawie, że w ucho Sinoe krzepki starzec. Miał nadzieję, że wreszcie po kilku miesiącach od odnalezienia niziołka, wreszcie zdarzy się jakiś cud, i ten oto, siedzący naprzeciw michy z wieczerzą nieruchomy słup soli, wreszcie się ocknie z tego letargu i przynajmniej spojrzy na mówiącego.

 Jednak i tym razem to nie zadziałało.

Zapach smakowitego jadła unosił się z nad drewnianej misy z kartoflami, polanymi przypieczonymi skwarkami. Wszystko jeszcze było polane sosem przygotowanym z leśnych grzybów. Obok stał gliniany kubek pełen zsiadłego mleka. Zapach, jaki się unosił wokół był tak niesamowicie przepyszny, że głodnego przyprawiłby o skręt kiszek. Lecz, niestety, na niziołka to nie zadziałało.

Od momentu, jak przybyli do chaty krzepkiego starca, czyli kilka miesięcy temu, stan mesjasza, był stabilny, ale nie było z nim jakiegokolwiek kontaktu. Starzec próbował już różnych metod, ale nic kompletnie nie skutkowało. Próbował przemawiać niziołkowi do rozsądku, przekonywać, namawiać, nawet tłumaczyć, a nawet zastraszać, nic a nic nie skutkowało. Sinoe przypominał roślinę, która tylko wydala, i z przymusu wchłania, rozdrobnione pokarmy na siłę wciśnięte w usta buntownika.

Ród starca od wieków, czyli od momentu zaistnienia teorii Chironiusza, służył w tym bractwie. Ich zadaniem było uczynienie wszystkiego, by przepowiednia miała szansę się spełnić. Jego zadaniem było, tak jak i jego poprzedników z  całego rodu, przygotować wszystko na przyjście mesjasza oraz mściciela. I robił to, co do niego należało, ale miał  olbrzymią nadzieję, że wykonana tak starannie i pieczołowicie przez niego praca, na sam koniec da mu o wiele więcej satysfakcji i radości z wykonanego zadania. Miał nadzieję, że ujrzy istotę, która naprawdę będzie  zasługiwała na miano mesjasza i z zachowania, i z postury, a zwłaszcza z wewnętrznego przekonania o doniosłości roli, jaka została tej istocie powierzona przez tak potężne siły, jak przeznaczenie. Rzeczywistość w jego ocenie okazała się okropna, wręcz fatalna i stawiała pod znakiem zapytania w ogóle możliwość wykonania tej misji przez tego wybrańca. Bo czy ten pomazaniec, który siedzi naprzeciwko, tuż przed nim, który nie spełnia żadnego wymogu, jaki on postawił przed ewentualnym kandydatem na to miejsce jest w stanie uratować i ocalić ten świat? Nie znał odpowiedzi na to pytanie.

 Próbował, jak mu się wydawało, wszystkiego, by dotrzeć do niziołka. Pracował nad nim od momentu odnalezienia go we wsi, wtulonego w zwłoki żony. Czasami przychodziła mu do głowy myśl, czy aby to przeznaczenie się nie pomyliło, a czasami że może to Chironiusz błędnie odczytał imię wybrańca.

Mesjasz tylko tak siedział i patrzył, nieobecnym wzrokiem, wyłącznie przed siebie. Jadł, bo krzepki starzec zmuszał go siłą do tej czynności. Starzec nie był więc zachwycony rolą niańki i cyrulika w jednej osobie. Całe życie realizując zapisany los był przeświadczony, że jego znój będzie jednak inaczej wyglądał, że praca którą musi wykonać w tym szczytnym celu będzie inna…

„Widocznie tak ma być. Koniec i kropka.” – pomyślał, który to już raz?

– O ty mój losie! I to jest ten nasz cały mesjasz i wybawiciel? Czy on ma w ogóle szansę na odkupienie naszych win? – zapytał sam siebie, głosem nie kryjącym rozczarowania.

Niziołek, oczywiście, jak to miał w zwyczaju nie reagował na tę perfidną zaczepkę. Ale krzepki starzec był uparty. Miał świadomość tego, jakiego zaszczytu dostąpił jego ród, jego przodkowie. Wiedział, że protoplaści przyrzekli wypełnić swoją dolę w tej misji. Nie mógł w żaden sposób zawieść swojej familii i swoich ojców, nie mógł zaprzepaścić pracy tak wielu pokoleń. Dlatego od kilku tych miesięcy  nie ustawał w wysiłkach, szukał sposobu na to, by zrozumieć Sinoe, odnaleźć klucz to otwarcia drzwi w duszy mesjasza. Wreszcie po miesiącach przemyśleń, po którejś z rzędu lekturze przepowiedni postanowił dać niziołkowi to czego on tak naprawdę szukał, ukojenia cierpienia po stracie mu bliskich.

– Niziołku, czy chciałbyś wiedzieć, co może ci pomóc zrozumieć czemu masz zrobić to, co los ci wyznaczył? – zapytał się starzec swojego podopiecznego bez większej nadziei, iż  niziołek jakkolwiek zareaguje. Patrzył mu się głęboko w oczy, wydało mu się, że jakby zobaczył w jego źrenicach słaby, ale błysk zainteresowania. Kontynuował więc swoją wypowiedź. – Jeśli tak, to chwyć mnie za rękę. Tak mocno, jak potrafisz. Pokarzę ci coś, czemu musisz to zrobić dla siebie i dla innych! Proszę chwyć mnie za moją dłoń.

Krzepki starzec przysunął swoją dłoń w stronę niziołka w nadziej, że ten odpowie na ten gest i chwyci go za prawicę.

Jednak nic się nie stało.

–  Czy wiesz, czemu uratowałem twoje życie? –  zapytał się powtórnie z nutką przygnębienia w głosie.

Nie liczył na odpowiedź, ale ku jego zdumieniu niziołek przemówił.

– Starcze przeklinam ten dzień kiedy odebrałeś mi możliwość podążenia za nią. Zmusiłeś mnie do dalszej egzystencji choć jej nie pragnę. Nienawidzę tego, że muszę żyć. Miałem nadzieję, iż głód i pragnienie mnie zabije, ale nie z tobą starcze! Ciągle ratujesz mi życie i o mnie dbasz!  Czemu więc to czynisz? Czy nie lepiej istocie tak wypalonej, jak ja jest dać odejść, bym mógł tam odnaleźć moją Athene? – po policzkach Sinoe popłynęły łzy.

– Słuchaj, nie uratowałem ciebie po to, by ciebie męczyć , ale właśnie po to, byś mógł odnaleźć swoją żonę właśnie w tym innym świecie. Ale nim to nastąpi musisz coś jeszcze dla tego świata uczynić. Musisz wypełnić swoją misję tak samo jako i ja to czynię, jako czyni to mój ród od wieków i pokoleń. Czy zdajesz sobie czemu jest to tak ważne?

– No proszę starcze opowiedz, co jest takie ważne dla tego świata, bym mógł wreszcie spełnić swój obowiązek i odejść z tego padołu łez? – szydził niziołek. – No czemu miałbym to uczynić? Ja mam ratować ten świat, gdy zabrano mi już wszystko, co dla mnie było najukochańsze, co było najlepsze z mojego jesteśtwa? To właśnie ten twój świat, to twoje przeznaczenie, los, zresztą nazywaj to sobie, jak chcesz: zabrał mi ją i moje nienarodzone dziecko! A ja, co zamiast ich bronić całkowicie  zawiodłem ich, bo poszedłem napity spać do lasu. Więc czemu to miałbym cokolwiek robić dla tego losu, któremu to wszystko zawdzięczam?

– Czy aby jesteś pewien, że nie miało to związku z twoją misją, jaką masz do zrealizowania? A może to przeznaczenie, które wybrało ciebie na mesjasza, powodowało tobą, że dla uratowania ciebie, popchnęło ciebie w objęcia pijaństwa i zaprowadziło w knieje byś przeżył? Może tak powinieneś pomyśleć? Nie zastanowiło ciebie nigdy to, jak to możliwe, że tylko ty przeżyłeś i kiedy chciałeś odebrać życie pojawiłem się ja, by znów ciebie uratować?

– Nie miało dla mnie to znaczenia. Byłem i jestem nieszczęśliwy, jeśli jest tak jak mówisz. Po cóż mi żyć, w jakim celu? Nie rozumiesz człowieku, ja chcę odejść do Athene! – gniewnie wykrzyczał swoją niemoc Sinoe.

– Czy chciałbyś niziołku zrozumieć to, czemu tak się stało? Czy jeśli zrozumiesz wykonasz to czego od ciebie zażąda przeznaczenie? Czy chcesz zrozumieć?

– A po co starcze? Czy myślisz, że wtedy natchniesz mnie nową nadzieją? – powątpiewał niziołek. – Czy naprawdę tak trudno ci zrozumieć, że straciłem wszystko, co było niezmiernie ważne dla mnie w życiu?

– A nie pomyślałeś przez chwilę, że mógłbyś stracić jeszcze więcej? Może jednak nie jest tak , jak myślisz? Może jesteś w stanie stracić o wiele, wiele więcej jeśli nie zrobisz tego, do czego jesteś przeznaczony mesjaszu?

– Spróbuj więc przekonać mnie, że tak jest!

Starzec wyciągnął ponownie swoją dłoń i rzekł w te słowy.

– Weź mnie za rękę. Zamknij oczy. Skup się na tym, co dla ciebie jest tak ważne. Zaprowadzę cię tam, gdzie chciałbyś być. Ale pamiętaj musisz otworzyć swój umysł i swą duszę, by móc zrozumieć to co zobaczysz. Ja będę tylko twoim przewodnikiem. Czy jesteś gotów to uczynić? – zapytał się Sinoe krzepki starzec.

– Tak, jestem.

– Więc podążaj ze mną.

 

***

 

Sinoe zamknął oczy.

 Nie wiedział, nie mógł się przecież spodziewać tego, co zechce  mu pokazać ten przeklęty, uparty starzec, ale był całkowicie pewien, że nic nie jest w stanie wskórać, tak jak to miało miejsce do tej pory. Wszak nic nie było go w stanie przekonać do dalszej, bolesnej wegetacji w tym, przez niego przeklętym świecie, który nie był już przeznaczony dla niego, bo w nim już nie było i jego Athene, i jego dzieciątka. Był jednak zmęczony tą fatalną a zarazem przedłużającą się sytuacją, tak samo zapewne odczuwał to położenie i jego opiekun. Musiał więc coś z tym zrobić, by przerwać ten przeklęty krąg, kwadraturę koła. Jedyną  możliwością na przekroczenie tej niemożności było tylko to, by jednoznacznie pokazać starcowi, iż nic nie jest w stanie go dalej zatrzymać w tym, przez niego znienawidzonym, świecie.

Dlatego wreszcie się odezwał, by móc zakończyć tę bezsensowną szarpaninę ich obydwu. Dlatego właśnie zgodził się na to, co miało za chwilę nastąpić. Dlatego zgodził się chwycić silną dłoń starca i pójść tam, gdzie on miał go zamiar poprowadzić.

W inny wymiar.

Sinoe spokojnie oddychał. Rozluźnił się, jak radził mu jego przewodnik.

Był gotów na tą dziwną podróż.

Nagle, niespodziewanie, coś nim mocno szarpnęło w przód i w tył. Próbował przerażony otworzyć oczy, podnieść powieki, ale nie był w stanie tego zrobić. Jakaś ogromna siła nie pozwalała mu na wykonanie tej prostej czynności. Wciskała go w krzesło. Miał, a może odczuwał, dziwne poczucie braku ograniczeń  dla swojego ciała jakąkolwiek barierą fizyczną lub siłą. Nie czuł jakiegokolwiek oporu, odniósł przez moment wrażenie, że jest całkowicie wolny, jakby nie istniały wokół niego jakiekolwiek przeszkody, jak choćby ściany. Czuł niesamowitą lekkość i nieskrępowanie. Czuł się tak bardzo wolny.

W końcu zdołał otworzyć oczy.

Z przerażeniem stwierdził, iż już nie znajduje się w pokoju, w którym przebywał przed chwilą. Niepewnie rozejrzał się wokół. Tuż, obok  siebie zobaczył krzepkiego starca, który trzymał go ciągle za dłoń. Naokoło nich wszystko wirowało, by momentalnie oraz płynnie przejść w ruch do przodu, a światła ich otaczających gwiazd zlały się w jeden ślad świetlny.

Gdy był już prawie pewien, że ta dziwna podróż nigdy się nie skończy, poczuł ogromną siłę, która go gwałtownie wyhamowała. Czuł, jak żołądek mu przesuwa się niebezpiecznie do przełyku a może i wyżej.

Sam nie wiedział kiedy zlane w jeden ślad świetlny otaczające ich światła gwiazd ustąpiły miejsca zwykłemu krajobrazowi.

„Czyżby to był świat, w którym dotychczas żył” – pomyślał Sinoe.

Pomimo znacznej utraty prędkości nadal wszystko zmieniało się – widok następował zaraz po widoku. Wszystko zmieniało się, jak w kalejdoskopie, albo jakby poruszał się niesamowitym galopem – konno.  

Nagle, a na pewno całkowicie dla niziołka niespodziewanie, nie wiadomo kiedy i czemu, wszystko się zatrzymało.

– I…? – zapytał się niepewnie Sinoe Krzepkiego Starca  nie bardzo wiedząc, co ma nastąpić dalej.

– Spójrz! – wskazał palcem przed siebie starzec.

Podążając wzrokiem we wskazanym kierunku zobaczył hen daleko od siebie kilka rozmazanych plam, w których nic początkowo nie był w stanie rozpoznać. Dopiero, gdy się zbliżyli wystarczająco blisko, rozpoznał w nich postaci.

Sinoe przeszył dreszcz. Dreszcz podniecenia, że może to są…

– Za daleko, starcze, nie wiem kto to może być – skłamał Sinoe.

– Chcesz wiedzieć kim są te postaci?

– Tak! – prędko odpowiedział niziołek swojemu kompanowi. Jakby bał się tego, że nagle się obudzi i okaże się, że to był tylko sen. Tylko sen. – Chodźmy prędko. – dyszał z niecierpliwością mesjasz.

– Ściśnij mi dłoń. – nakazał starzec.

Starzec wolną rękę wyciągnął przed siebie. Wpatrzył się mocno w cel ich wędrówki, a potem gwałtownie wykonał ruch przypominający gniecenie zużytego pergaminu.

Nie zdążył tego gestu zakończyć, gdy nie wiadomo jak, przenieśli się w pobliże tych osób.

I stało się coś, czego się w ogóle nie spodziewał. Stała się rzecz, której tak mocno pragnął, dla której był oddać swoje życie, wtedy przy ognisku, gdy odnalazł jej zakrwawione ciało. Tuż  przed nimi stała Athene, żywa Athene, która trzymała za rączkę ich kilkuletnią córeczkę. Obydwie patrzyły się w dal i machały w stronę oddalającej się postaci.

– To Athene! Słyszysz starcze, to Athene! A obok? Czy to , nie aby… – nie dokończył zdania. Bał się to powiedzieć na głos. Bał się, że za chwilę ten piękny sen przeminie, jak ulotna chwila, jak szczęście, którego zaznał tak krótko w swoim życiu.

Piękny sen.

– Tak Sinoe, to jest twoja córka. Tak, to jest twoja żona Athene. A tam w oddali to ty. A one, jak co dzień ciebie żegnają.

– Czy one nas widzą?

– Nie Sinoe, nie widzą nas.

– Czy to więc jest sen? A może zaczarowałeś mnie?

– Nie! My jesteśmy w równoległym świecie. W tym świecie istnieje alternatywna historia twojego życia. Nasz wszechświat, to wszystko, co nas otacza, przez co tak podążaliśmy, rozchodzi się, jak stare drzewo, na wiele odnóg, wiele gałęzi. Te gałęzie współistnieją w równoległych światach. A w jednym z nich jesteśmy my. A takich miejsc w tym wszechświecie jest nieskończenie wiele.

– Czy one więc żyją?

– W tym świecie, jak widzisz tak.

– Czy ja kiedykolwiek, je zobaczę jeszcze, starcze?

– Wszystko zależy od ciebie. Cała odpowiedzialność spoczywa na twoich barkach. To jakiego dziś dokonasz wyboru będzie miało niebagatelne znaczenie dla innych światów i dla ich życia, możliwości dalszego życia w tych innych równoległych światach. Dla tego świata, niestety, już jest za późno…

Starzec nie dokończył zdania.

Sielanka jaka miała miejsce jeszcze przed chwilą zamieniła się w coś potwornego. Nagle słońce znikło. Świat całkowicie pokryły czarne punkty. Punkty, które dzieliły cały otaczający ich krajobraz na coraz to mniejsze cząstki. Gdy to się dopełniło wszystko wokół zaczęło wirować, jakby zerwał się nagle niespodziewany wiatr. Ziemia, zaczęła gwałtownie pękać, na coraz to mniejsze kawałki. Wszystko wokół przypominało zaschnięte jezioro na pustyni, po gwałtownej ulewie, które raptownie wyparowało. A te małe cząstki zaczęły dzielić się na jeszcze mniejsze jednostki.

Już, przerażony, nie widział Athene i dzieciątka, one również zamieniły się w wirujące punkty. Jakaś dziwna siła ciągle, ten nieszczęsny świat dzieliła i dzieliła i tak bez końca. Nie było już wokół nic, tylko jakby jakaś trąba powietrzna, która to wszystko co zostało z tego świata, pojedyncze elementarne cząstki, wprawiała w nieprawdopodobnie szybki, wirowy ruch. Gdy już wszystko najwyraźniej zostało rozbite na części pierwsze, które kręciły się z niesamowitą siłą oraz prędkością wokół niewidzialnej osi, stała się rzecz niebywała – cała ta rotacja zatrzymała się na chwilę i …

– Starcze, proszę, ratuj je… Zrobię wszystko co zechcesz, tylko ratuj…

– Chciałbym, ale im już nic nie jest w stanie pomóc, Sinoe. Ale pamiętaj, co tobie wcześniej powiedziałem, że to jest tylko jeden z nieskończenie wielu otaczających nas w równoległych wymiarach światów. A w tych światach też toczy się twoje życie według alternatywnej historii. I tamte światy, jeśli zgodzisz się na wypełnienie proroctwa, wypełnienie swojej misji wobec wszystkich tych światów, jeszcze zdołasz uratować. Tak, mesjaszu możesz, jeśli będziesz chciał!

– Ja, a cóż ja mogę? Ja chciałem tylko spokojnie żyć. Mieć żonę i dziecko. A teraz co, znów patrzę na ich śmierć. Ja? Czym wszelkich bogów obraziłem, pytam się czym, że tak okrutnie zostałem pokarany? – załkał niziołek.

Wszystkie wirujące wokół osi punkty na chwilkę zatrzymały się z tego morderczego tańca. Tańca unicestwiana jednego z wielu równoległych światów, by po krótkiej chwili zapaść się do wielkości melona.

– Czy widzisz teraz, co zostanie z naszego świata, gdy mnie nie posłuchasz i nie wykonasz proroctwa?

– A cóż miałbym uczynić?

– Przekonać mściciela, by pokonał zło. Tylko tyle, a zarazem tak wiele. Od tego zależy przyszłość naszego świata, ale nie tylko, niestety, ale i naszego wszechświata.

– Nic starcze z tego nie rozumiem.

–Widzisz niziołku, nasz wszechświat, czyli zbiorowisko wielu światów równoległych, o których ci wspomniałem, ma swoje odpowiedniki w postaci ciemnej materii. Wszystko, co zostało stworzone przez Przeznaczenie, ma swój odpowiednik, po tamtej ciemnej stronie. Jest więc wszechświat nasz – którym rządzą zasady dobra, ale ten nasz wszechświat ma również swój równoważnik we wszechświecie ciemności, gdzie rządzi wszechobecne zło. Bo widzisz, by był balans musi być pomiędzy tymi dwiema formami równowaga. Gdy ta równowaga zostaje znacznie zachwiana, na którąś ze stron, wtedy następuje śmierć wszechświata i jednego i drugiego. Te dwie materie z początku zlewają się, by po jakimś czasie rozpaść się do form takich, jakie widziałeś przed chwilą, a potem, by zapaść się do rozmiarów arbuza. A w tym czasie działają siły tak ogromne, że cała ta masa i skupiona materia z tych dwóch wszechświatów eksploduje. W wyniku wielkiego wybuchu, przemieszane cząstki z których powstały wszechświaty, a musisz wiedzieć, że oba wszechświaty są zbudowane z takich samych cząstek elementarnych, chaotycznie rozchodzą się w pustkę. I po wielu tysiącleciach z tych elementarnych przemieszanych cząstek powstają, rodzą się nowe światy i te dobre i te złe. Ale wiedz, że czarna materia, czyli zło, jest zachłanne, ciągle jej mało. A tymi dwoma wszechświatami kierują dwaj bogowie. Jednym z nich jest Bóg zła, ma wiele imion, jak wiele jest światów. On żywi się strachem i nieszczęściem zniewolonych istot. Dzięki temu rośnie w siłę. I chcąc być najpotężniejszym z nich, prowadzony zazdrością, zawiścią, doprowadza w efekcie do tego, iż stan balansu jest zbyt mocno zachwiany. Tak jak to ma miejsce teraz. Właśnie teraz, mój drogi, jeśli nic nie uczynimy, równowaga zostanie tak wielce zachwiana, że grozi nam unicestwienie. A ty właśnie jesteś jednym z tych wybrańców, który może uratować nasz wszechświat. Jeśli nic nie uczynisz, to zapewne nie ujrzysz już Athene i swojej córeczki. Zrozumiałeś więc jakie to ważne byś jeszcze żył?

– Tak.

– Czy zrobisz więc wszystko, byśmy pokonali zło?

– Tak!

– Chodźmy więc czeka nas wiele pracy!

 

***

 

– Sinoe! Sinoe! – szarpał za ramię niziołka Darkar. – Obudź się to ja Darkar. Przybyłem ciebie uwolnić.

Sinoe otworzył z wielkim wysiłkiem powieki.

Nad nim ktoś się pochylał. Ktoś kogo znał.

Wiedział o tym, po prostu czuł to. Ale nie miał w tej chwili sił, by zastanawiać się nad tym, któż to może być.

Był tak zmęczony. Teraz przechodził fazę widziadeł sennych.  Majaki, których doświadczał, przypomniały mu o tym, w jakim celu właściwie tutaj przybył i jaki miał cel, by na te bagna przybyć.

Przypomniały mu o Athene.

Znów zapragnął być tak blisko niej oraz ich nienarodzonego dziecka.

Wtem uprzytomnił sobie, że ta nieznajoma postać, która coś do niego krzyczała, a początkowo postrzegał ją jakby zza gęstej mgły – widział tylko zarys samej postaci, że to jest przecież Darkar. To on się nad nim pochyla. Przybył tutaj na te przeklęte bagna za nim, by go ratować z tej potwornej opresji. Proroctwo jednak się spełnia. A miał już takie wątpliwości.

– Darkar? – niepewnie zapytał się mesjasz.

– Tak, to ja przyjacielu. Wreszcie ciebie dobudziłem. Czy dasz radę wstać? Wyglądasz na bardzo chorego… – zatroskał się wojownik.

– Nie wiem. Jestem tak słaby. Ale co się stało z wampirami oraz Maktarem i tym nieznajomym z rasy ludzi?

– Wampiry są zajęte walką, a ja zakradłem się tutaj, by odnaleźć ciebie i uwolnić. Jak widzisz chyba mi się udało.

– Ale walką z kim? Czy to nie jest mój następny sen na jawie?

– Nie Sinoe, to jestem ja: Darkar. Trochę się pozmieniało, ale to długa historia. I myślę, że ci ją opowiem, ale dopiero, jak stąd bezpiecznie odejdziemy. Mamy nowych towarzyszy.

– Ah, rozumiem. Jakbyś mógł pomóc mi wstać.

Darkar nie namyślając się długo delikatnie wspomógł niziołka.

– Wiesz, czekałem na ciebie! Trwało to tak niezmiernie długo, ale wreszcie przyszedłeś. A już myślałem, że mnie zostawisz na pastwę losu a moja misja spali na panewce. Lecz moje modlitwy zostały wysłuchane i oto jesteś. Podaj mi swoją dłoń, jakbyś mógł. Mam tak niewiele sił, ale na skok stąd, byśmy mogli z tego miejsca zbiec, powinno ich jeszcze starczyć.

– Nie rozumiem, Sinoe.

– Pamiętasz, jak spotkaliśmy się na wyspie? Wtedy wspominałem tobie, że czekałem na ciebie i po to, by się z tobą spotkać celowo dałem się pojmać bandzie Garetha.

– Tak coś wspominałeś na ten temat. Faktycznie pamiętam. Ale to nie czas na dłuższą o tym rozmowę. Zaraz mogą tutaj przybyć wampiry. Mamy Sinoe mało czasu!

– Ah, no tak. Ja, zresztą, jak zawsze muszę trochę sobie jeszcze pogadać. Ale spokojnie mój przyjacielu, wierz mi, że zdążymy uciec. Nie bój się  tylko chwyć mnie mocno za dłoń – zachęcał Sinoe Darkara – i pamiętaj nie puszczaj. Pamiętaj, powtarzam jeszcze raz, nie puszczaj choćby nie wiem co. I zanim mnie złapiesz, proszę, zamknij oczy, bo to, co ciebie za chwilę spotka może być dla ciebie przerażające.

Darkar zrobił z wahaniem to, o co poprosił go towarzysz. Ale zastanawiał się, czy to, co teraz robił nie jest zwykłą stratą czasu, która może go kosztować życie. Zastanawiał się, czy nie są to jakieś majaczenia chorej istoty. Lecz  zdecydowana odpowiedź na wątpliwości wojownika przyszła szybciej niż mógł się tego spodziewać zbrojny. Zdążył tylko chwycić dłoń niziołka. W tym samym momencie jakaś brutalna siła go porwała i poczuł, że stracił grunt pod nogami. Jako, że spełnił do końca życzenie Sinoe, również zamknął swoje oczy.

Postanowił, że jak to wszystko się skończy i stanie twardo swoimi nogami na ziemi,  zapyta niziołka o to, co się teraz właściwie zdarzyło. 

 „ To chyba prawda z tym proroctwem” – to była ostatnia myśl, którą zapamiętał.

Niebo nad nimi było bezchmurne. Wokół szumiały trawy poruszane miarowym i jednostajnym powiewem letniego zefirka. Byli na pięknie ukwieconej łące z niezliczoną paletą bajecznych barw wśród morza soczyście zielonych traw. W oddali szumiał delikatnie strumień. Lubili tutaj przebywać każdą wolną chwilą, by móc odpocząć od tygodniowego znoju.

 Oboje dzisiaj mieli wolny dzień od pracy. Postanowili więc, że spędzą z sobą cały dzień w tym przecudnym miejscu. Chcieli się wreszcie sobą nacieszyć. Odpocząć przed następnym tygodniem harówki u Pana McGrawaya.

Nie mieli lekkiego życia. Oboje pochodzili bowiem z, pogardzanej przez inne rasy, nacji niziołków. Jedyna praca, na jaką mogli w tej sytuacji liczyć to była jedynie ciężka robota na roli lub w gospodarstwie, ewentualnie w przypadku ich kobiet najniższy personel wśród służby:  posługaczka lub sprzątaczka  .

Z racji swojego urodzenia i przynależności do rasy niziołków często byli narażeni na kąśliwe a zarazem wielokrotnie obelżywe opinie na swój temat ze strony lepiej sytuowanych nacji, które były w pełni wolnymi obywatelami. Po wielokroć zdarzały się pobicia lub wręcz zabójstwa niziołków dla czystej rozrywki. Oficjalnie władze państwowe zwalczały z całą surowością te przypadki. Zwłaszcza dla niziołków, na nieszczęście, w zasadzie nie wykrywano sprawców tych czynów.

Jednak teraz, w tym letnim słońcu, czuli się wspaniale. Nie musieli myśleć o swoim położeniu w tym królestwie oraz problemach dnia codziennego. W tym baśniowym miejscu nic poza nimi i ich nie narodzonym dzieciątkiem nie liczyło się.

– Athene, przecież wiesz. Ja nie tylko jestem z tobą szczęśliwy i ciebie kocham, ale wręcz ubóstwiam, uwielbiam, ja… Nie mogę bez ciebie żyć! Jak mi ktoś ciebie odbierze odejdę od zmysłów, umrę!

Athene uśmiechnęła się promiennie do Sinoe. Uwielbiał, gdy była tak szczęśliwa. Wtedy jej uroda emanowała nie tylko z jej fizyczności i ciała, ale z jej wnętrza, krystalicznie czystej i dobrej duszy. Szlachetność jaśniała z jej całego ja. Kiedyś, gdy ją poznał, to wspaniałe jej wewnętrzne ciepło najbardziej go ujęło za serce. Tylko dzięki niej mógł znieść swój, praktycznie niewolniczy, los.

– Sinoe, ale ja przecież nie zamierzam ciebie zostawiać samego, a tym bardziej na dłużej … Moje kochanie, jak mogłeś tak pomyśleć?

– Ja… Nie ja… – nie mógł jej tego powiedzieć. Przecież to nie może być prawdą.

– Co się stało moje miłości?

– Ja… Athene, ja nie mogę bez ciebie żyć! Rozumiesz to!?

– Tak, ale chcesz mi coś powiedzieć? – upewniała się żona niziołka.

– Ja… Nie wiem, myślę, że to nie ma znaczenia, ale…

– Co ciebie gnębi? – zaniepokoiła się stanem męża Athene nie na żarty.

– Boję się. Bardzo boję się, że ciebie stracę. Mam złe przeczucia. – spojrzał na ukochaną. Na jego pucułowatych policzkach spłynęły łzy, które w tym słońcu błyszczały, jak oszlifowane diamenty.

– Ale czemu?

– Miałem sen! Co ja mówię, mam ostatnio tak sny straszne, tak … – Sinoe nie mógł znaleźć odpowiednich słów – Tak, o bogowie, w nich nie ma nas Athene! – wykrzyczał to jednym tchem.

– A gdzie ja jestem?

– Athene umierasz na moich oczach, umiera wraz z tobą nasze dzieciątko! Athene wraz z tobą nasz świat, mój świat! – niziołek się rozpłakał. Szlochał wtulony w piersi swojej Athene.

Nagle, ni z tego ni z owego olbrzymie chmury zakryły słońce. Wokół zrobiło się pochmurno i ciemno.

Spadły pierwsze krople deszczu.

– Sinoe, ja ciebie nie opuszczę, jakaś mara na ciebie się uwzięła. Ot co! Chodźmy w las, bo cali przemokniemy!

– Dobrze kochanie – uspokoił się na chwilę Sinoe.

 

***

 

– Sinoe ! Obudź się! – krzyknęła do swojego męża Athene . – Sinoe!

Niziołek zaczął powoli otwierać swoje oczy. Rozglądał się błędnym wzrokiem wokół siebie. Nie wiedział, gdzie jest, co się z nim dzieje. Nie poznał nawet swojej ukochanej żony, która nad nim się pochylała.

– Sinoe, to ja twoja Athene. Proszę spójrz się na mnie! Proszę kochanie. – delikatnie dotknęła jego twarzy. Głaskała go od jakiegoś czasu po czole, po policzkach.

– Athene, to ty?

– Tak, ja we własnej osobie, a któż inny to mógłby być?

– Ale ciebie nie ma! Ty przecież umarłaś i umarło moje dzieciątko w tobie. To nie możesz być ty! Widziałem to!

– Ależ kochanie, skąd ty to wiesz? Czemu wygadujesz takie straszne rzeczy? Czemu? Proszę nie rób tego! Przerażasz mnie! – rozpłakała się Athene. Miała już dość któreś z rzędu nocy, kiedy jej ukochanemu znów śnił się ten sam, straszny sen.

Wtedy, kiedy kilka dni temu na łące Sinoe powiedział pierwszy raz o tym widziadle, marze nocnej nie mogła uwierzyć, że go aż takie straszne iluzje męczą. Miała nadzieję, że to była tylko taka przypadkowa sprawa. Takie chwilowe osłabienie jego organizmu i psychiki. Niestety z tego, co ostatnio widzi, co się dzieje z jej mężem, zaczyna się niepokoić, że jest to jednak poważniejszy stan z jego osobowością.

– Sinoe, dobrze się czujesz? Już lepiej?

– Tak kochanie. Lepiej…

– Co ci się właściwie śni? Nigdy mi nie chcesz tego mrocznego snu opowiedzieć? Czemu?– Athene z troską zapytała się swojego ukochanego.

– Coś strasznego, nie chcę byś znała te wszystkie szczegóły. Przecież to nie może być nasza przyszłość, o nie! Ja w to po prostu nie wierzę. Nie chcę w to wierzyć. Proszę nie zostawiaj mnie samego na tym świecie!

– Ale ja ciebie nie mam zamiaru zostawić. Czemu tak myślisz?

– Bo odejdziesz daleko ode mnie, ale ja ciebie odnajdę nawet na krańcu świata, nawet na tym innym świecie! Nie wiem, jak długo to będzie trwało, ale będziemy razem aż po kres wszystkiego. Gdzieś, zapewne tam daleko.

 

***

 

– Stójcie! – krzyknął Maktar. –  Stójcie! Słyszycie!?

Wędrowali przez niedostępne ostępy bagien. Musieli się z wysiłkiem przedzierać przez bagienną roślinność, pokonywać płycizny bagien i uważać na zdradliwe kępy wyrastającej z moczar trawy. Nadepnięcie na nią mogło skończyć się tragicznie w skutkach, szybkim wciągnięciem w głęboką toń.

Byli podrapani i on, i Rodgar de Zuuw. Świeża krew  wyciekająca z zadrapań potęgował w murgrze jakże niemiłe przeświadczenie, że oni przecież są tylko pożywieniem dla towarzyszących im wampirów.

Wreszcie oddział stanął w sprzyjającym miejscu, które było dość sporym kawałkiem stałej, twardej gleby wśród morza otaczających ich mokradeł. Od szpicy ruszył ku Maktarowi jego pan Rodgar, niezdarnie przedzierając się przez krzaki kolczastych jeżyn.

– Co tam znowu Maktar? –  zasyczał wręcz Rodgar de Zuuw. –  Znów musimy stawać!? Przecież dopiero co robiliśmy odpoczynek z twojego powodu!

  Panie mesjasz czuje się chyba coraz gorzej. Ma drgawki i gorączkuje. Obawiam się, że może nie dotrzeć do granicy.

  Co ty znów bredzisz!? –  wściekł się na swojego zausznika Rodgar. To była następna sytuacja, która niezbicie dowodziła, w mniemaniu de Zuuw, że murgr  ma jakieś konszachty z tym przeklętym niziołkiem. A może, przeleciało mu przez myśl, kombinuje, by uwolnić tego małego cwaniaczka? – Nie, drogi Makarze, nie będzie żadnych przerw w naszym marszu do granicy państwa. Będziemy dalej wędrować zgodnie z naszym planem. Musimy dotrzeć, jak najszybciej do celu naszej podróży. Bo tylko tam będziemy mieli pewność, że nic nam nie stanie na przeszkodzie z dostarczeniem tego kurdupla – w tym miejscu de Zuuw wydął złośliwie swoje wiecznie wilgotne i zawzięte usta. Grymas na jego twarzy był ohydny. – do Cytadeli! Czy wreszcie to pojąłeś żałosny murgrze?

– Ależ Panie, co z nim będzie jak nam po drodze wyzionie ducha? – spojrzał wymownie na więźnia Maktar.

– Nie obawiaj się. Nic mu nie będzie. Wytrzyma jeszcze te kilka dni drogi przez bagna Palonii. Ale jeśli ciebie to uspokoi to daj mu odrobinę wody. Masz na to pięć minut. – powiedziawszy to Rodgar ruszył w kierunku czoła kolumny.

Maktar spojrzał na Sinoe, który całą właściwie drogę od momentu opuszczenia siedziby wampirów gorączkował i miał niezwykle silne drgawki. Martwiła go niezmiernie cała ta sytuacja. Nie mógł uwierzyć, że jego przewidujący pan, nie robił w jego mniemaniu nic, by ich ważny więzień dla Marchii, co tam dla Marchii, dla nich samych, w dobrym stanie zdrowia a już na pewno żywy, dotarł przed oblicze majestatu Imperatora. Przecież tylko dostarczenie tego niziołka do Cytadeli gwarantowało im ocalenie głów. Nie chciał myśleć o tym, co ich czeka, gdyby przybyli do stolicy bez tego mesjasza. Dlatego wychodził z założenia, że dla swojego dobra i dobra de Zuuw musi się nim opiekować.

Sinoe zajęczał.

Maktar pośpiesznie zbliżył się do nieprzytomnego. Całą tą przeklętą drogę próbował nasłuchiwać, co mesjasz może mówić. Może z tych zrozumiałych dla niego strzępów, z majaczeń gorączkowych niziołka uzyska jakieś istotne dla nich i Imperatora informacje.

Nachylił się nad nim i krótką chwilę nasłuchiwał. Wydawało mu się, że Sinoe znów coś mówi albo mamrocze, ale póki co, to były jakieś niezrozumiałe słowa.

Początkowo nie mógł ich pojąć. Lecz za którymś razem z rzędu zaczął wychwytywać sens tego, co mówi nieprzytomny.

Wreszcie wszystko stało się dla niego jasne.

– Athene… ja… idę wreszcie do ciebie. A…– więzień zacharczał gwałtownie aż murgr przerażony odskoczył od noszy chorego.

Gdy się ponownie zbliżył, zapytał się.

– Mesjaszu, kim jest Athene?

Nagle nieprzytomny mesjasz otworzył gwałtownie swoje oczy. Rozejrzał się wokół rozpalonym a zarazem oszołomionym wzrokiem.

– Athene, czemu mnie zostawiasz? Czemu odeszłaś tak daleko? Czy było nam tak źle?

Po pucułowatej i zmęczonej twarzy Sinoe potoczyły się łzy. Maktar był coraz bardziej zdezorientowany tym, co się dzieje z jego podopiecznym. Nie rozumiał kompletnie nic z tej sceny, która w tej chwili rozgrywała się na jego oczach.

– Mesjaszu! – potrząsnął gwałtownie Sinoe murgr.

Niziołek na chwilę odzyskał przytomność.

– Kim jesteś? Coś za jeden?

– Maktar. Nie pamiętasz mnie? Opiekuję się tobą.

– Maktar? Nie znam ciebie!

– Mówiłeś o Athene, kim ona jest? Czemu mówiąc o niej płaczesz?

– Athene? Athene odeszła dawno temu, szukam jej i ją odnajdę, jak to jej obiecałem i mojemu nienarodzonemu dziecku. Bo ona przecież jest w innym równoległym świecie, bo ona przecież tam żyje z moim dzieckiem. To będzie nagroda na końcu mojej ścieżki, bo przecież ten nasz świat przetrwa i ten jej świat też…

Sinoe znów stracił przytomność.

 

***

 

Słońce powoli chyliło się ku widnokręgowi. Na niebie pojawiła się bladoróżowa poświata. Piękny, najdłuższy dzień w roku powoli się kończył. Zwykle o tej porze życie w ich wiosce zanikało. Każdy wracał z roboty, miał ochotę tylko najeść się do syta i wypocząć przed następnym dniem oraz czekającym go znojem.

Ale nie tym razem. Dla  niziołków nadchodziła wraz z zachodem słońca wielka chwila. Była to jedyna noc w roku, zwana Chag’Tkuma Esz. Najważniejsze święto w ich kalendarzu. Święto ognia i wody. Jedyna noc, gdy następowało połączenie tych dwóch żywiołów w jedność. Święto, kiedy świat duchów, przenikał się z tym doczesnym światem istot żywych. Święto, gdy tak odmienny pierwiastek, który symbolizowała woda – kobieta, łączyła się z pierwiastkiem, którego symbolem był ogień – mężczyzną.

Właśnie, podczas takiej świętej nocy, rok temu spotkali się Sinoe Mnemeth i Athene  Narmerth. Athene, będąc wtedy jeszcze panienką zgodnie z panującym w ich plemieniu zwyczajem a także zgodnie z wierzeniami, wraz z innymi pannami na wydaniu skrzesała rytualnie ogień z drewna jesionu i brzozy, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk w całej ich wsi. Działo się tak zawsze na rozpoczęcie święta. Podczas rozniecania świętego płomienia intonowała pieśń ku swoim bogom, by bogowie dali jej na męża tego, którego już pokochała. Tak rozpalony ogień kawalerowie roznosili do przygotowanych nieopodal stosów, by je podpalić szczapami pobranymi ze świętego płomienia. W tym czasie wszyscy mieszkańcy wioski stali wokół płonącej watry i śpiewali pieśni do swych bogów, przebaczalne do duchów a także wszelkiego innego świata.

Później, gdy już noc zakryła ciemnością wszystko wokół, a ogień z rozpalonych palenisk ciepłem i światłem rozświetlał okolicę, i odbijał się kolorowymi jęzorami od tafli pobliskiej rzeki, panny rozradowane oraz niesione pieśnią miłosną intonowaną przez kapłana ceremonii a wyśpiewywaną przez zamężne kobiety, puszczały wianki z umieszczonymi świecami wewnątrz na rwącą w rzece wodę. Wianki panny plotły z kwiatów i aromatycznych ziół.  Miało im to zapewnić powodzenie wśród chłopców.

Trochę poniżej czekali młodzi kawalerowie i wyłapywali je. Szczęściarz z wyłapanym wiankiem szedł do świętującej gromady, by poznać swoją oblubienicę. Każdy bowiem wianek był rozpoznawalny, sekretnym szczegółem, dla każdej z panien.

W taki właśnie sposób podczas święta los wybrał dla Athene Sinoe. Jednak w to całe szczęście jakie ich spotkało, że tych dwoje młodych niziołków zakochanych w sobie po uszy mogło być z sobą, wkradł się zły omen. Zanim Sinoe wyłapał upragniony wianek, ten niefortunnie poszedł na dno tuż przed samym młodzieńcem.

Była to bardzo zła wróżba. Znaczyła, że panna, która go wypuściła na wodę, będzie żoną, lecz niezwykle krótko, gdyż szybko rozstanie się z życiem a kawaler rychło będzie wdowcem. Lecz wiedźma z ich wioski dała im iskierkę nadziei. Powiedziała, że mogą spróbować przebłagać niepomyślnie nastawione do niej bóstwa w następną, nadchodzącą noc Chag’Tkuma Esz – w najbliższym roku. Lecz jest warunek, by Athene, już przecież kobieta zamężna, była w stanie błogosławionym. Kiedy podczas świątecznej uroczystości panienki będą rzucać wianki na rwącą w rzece wodę ona zapali w świętym ogniu słomianą kukłę i wrzuci tak ją płonącą do strumienia. A potem tuż przed samymi wróżbami a także gusłami, na znak dany przez mistrza ceremonii, mąż z figurką, symbolizującą jego połowicę, przeskoczy przez święty ogień. Jeśli utrzyma figurkę w dłoniach to będzie znaczyć, że bóstwa zostały przebłagane, ale gdyby, nie daj boże, zgubił figurkę w świętym płomieniu, znaczyć to będzie, że bogowie się odwrócili od nich, a oni nie dostąpili z ich strony łaski.

Dlatego ta noc była tak dla nich ważna. Ale te sny niepokoiły Sinoe. Czy skończy się to, co rozpoczęło się rok wcześniej. Czy skończą się te sny?

– Sinoe, czy przygotowałeś tę kukłę do spalenia?

– Tak Athene, ale czy to zadziała?

– Kochanie czemu ma nie zadziałać?

– Nie wiem. Przerażają mnie te sny o tym jak umieracie, ty i nasze maleństwo. Ale nigdy nie wiem, kiedy i jak to nastąpi.

  Może w ogóle, po dzisiejszej nocy, mój głupolku. –  powiedziało ciepło Athene. –  Zobaczysz wszystko się ułoży. Będzie dobrze. Mara minie a my będziemy żyli długo i szczęśliwie. A za jakiś czas będziemy intonować pieśń podczas Chag’Tkuma Esz a nasze nienarodzone jeszcze dziecię będzie wybierać z rządzeniem losu swego męża lub żonę.

Sinoe chciał wierzyć w ten optymizm swojej ukochanej żony. Ale nie wiedzieć czemu nie podzielał go. Martwił się nadal.

I to bardzo.

„Warto jednak spróbować.” –  pomyślał na koniec.

– Chodźmy kochanie. – rzucił od niechcenia do swej połowicy. – Już czas. Czas to fatum zmienić na lepszy dla nas los.

 

***

 

Podróż przez bagna Palonii śladem porwanego niziołka trwała już niezmiernie długo. Dla bezpieczeństwa Sinoe i dla  przyszłego powodzenia misji odbicia przez komando więźnia, by nie zostać przedwcześnie wykrytymi przez ściganych lub ich estrie, drużyna Darkara pozostawała ze śledzonymi w kontakcie, ale dzień drogi za nimi. Dzięki paranormalnym umiejętnościom dhampirów a także Kelorna, bez zbytnich problemów, utrzymywali ten dystans. Równie istotne dla powodzenia całej akcji, było to, że wampiry towarzyszące zausznikom Imperatora nie były w stanie wyczuć ciepłokrwistości oddziału ratunkowego, a było to ważne ze względu na możliwość wyrwania więźnia z matni w odpowiednim dla komanda momencie. A to powinno dać im element zaskoczenia, który mógł być tak ważny dla powodzenia całej akcji.

Jednak mijał już szósty dzień z rzędu od momentu wyjścia z Opuszczonego Miasta a nic nie wskazywało na to, by ten odpowiedni moment mógł nadejść, kiedy mogliby wyrwać z łap powierników Czarnego Pana niziołka. Co gorsza, na podstawie obranej marszruty Darkar domyślał się, gdzie mogą podążać. Wszystko wskazywało, że celem ich wędrówki jest granica Marchii i bagien Palonii. A to mogło znaczyć, że na granicy może na tropionych czekać oddział eskortujący a zadanie uwolnienia Sinoe może się w nowej sytuacji mocno skomplikować. Należało więc podjąć jakieś decyzje. Znaleźć najlepsze rozwiązanie dla ich misji.

Wreszcie Darkar zaprosił Silvie i Kelorna na omówienie dalszej, możliwej strategii działania. Musieli podjąć jakieś kroki zaradcze.

– Proszę siadajcie moi drodzy. – zwrócił się do wojowniczki i hybrydy przyjaciel Sinoe. – Chciałbym, jak pozwolicie, z wami przedyskutować naszą sytuację i możliwości jakimi dysponujemy, by być w stanie odbić Sinoe. Ja muszę się wam przyznać do jednej rzeczy, że ta nasza bezradność jest dla mnie coraz bardziej męcząca. Z jednej strony chciałbym mieć to za sobą, z drugiej mam świadomość, że naszym ograniczeniem jest schorowany Sinoe. Tak naprawdę nawet nie wiemy w jakim on jest stanie zdrowia. Mimo tego wiem, że musimy coś szybko postanowić, bo do granicy już jest bardzo blisko.

– Faktycznie, jest nieciekawie. – dodała Silvie. – Jak tak dalej pójdzie to już niedługo przekroczymy rzekę i dostaniemy się na terytorium Marchii. A tam pewnikiem już czekają zbrojni na naszego niziołka.

– Jedyna nasza szansa, przynajmniej tak mi się wydaje, to wykorzystać moment kiedy będzie zamieszanie w trakcie przejmowania więźnia przez zbrojnych od wampirów. Wampirów już nie będzie, a orki… No cóż, nie powinny nam sprawić zbyt dużych problemów – uśmiechnął się lekceważąco Kelorn na myśl o tej walce.

– Wszystko moi drodzy się zgadza, tylko ja obawiam się jednego, by w trakcie naszego uderzenia nie ucierpiał nam zbytnio Sinoe. I tutaj jest pies pogrzebany. Ja myślę, że nawet teraz moglibyśmy pokusić się o ten atak, ale boję się o niego. Po prostu nie damy rady go uwolnić niepostrzeżenie. Uważam, przynajmniej na razie, że ryzyko jest mimo wszystko zbyt duże.

Wszyscy, jak jeden mąż wpatrzyli się, jakby się zmówili, w bagienną, wilgotną do granic możliwości glebę, która była porośniętą, jedyną w swoim rodzaju, nigdzie indziej nie spotykaną roślinnością wodolubną. Wokół miejsca ich odpoczynku rozlewało się morze niebezpiecznych i zdradliwych moczar. Nawet dla nich.

– Słuchajcie – po chwili namysłu odezwał się Darkar do współtowarzyszy – może jednak mam jakiś pomysł, ale w jego realizacji potrzebuję waszej pomocy, ale nie takiej zwykłej… No wiecie – zawahał się na chwilę    Waszych, tych innych, zdolności. A do tej pory ich nie poznałem!

– To znaczy? –  zapytał się Kelorn.

Sylvie na tę głośno wypowiedzianą zuchwałą myśl, wręcz natychmiast zaczęła tymi swoimi niesamowicie zielonymi oczami niepokojąco świdrować przyjaciela Sinoe prawie na wylot, prawie do najskrytszych zakamarków jego osobowości i umysłu. Wydało mu się, że chciała zajrzeć tam, jak najbrutalniej, odgadnąć niezwłocznie, jaki może być jego plan. Tak przynajmniej mu się wydawało. Zwłaszcza, że w temacie tej części swojego dziedzictwa, jak dotąd zauważył, była mocno drażliwa.

– Wasze zdolności związane z waszym pochodzeniem. W końcu, jak wszędzie piszą i mówią, musicie jakieś mieć. Więc może zacznijmy od tego, co potraficie oprócz tego o czym już wiem? – zapytał się przyjaciel Sinoe.

– Wybacz, ale ja przyrzekłam sobie, – tak, jak spodziewał się Darkar, Silvie już rozdrażniona samym pytaniem i tym, że znów jej przypomniano o pochodzeniu, momentalnie wybuchła – że nigdy nie użyję w swoim życiu tej swojej części osobowości, której nienawidzę i nie znoszę w sobie, kiedykolwiek. Wybacz Darkarze, ale nie wchodzi to absolutnie w rachubę. Nie jesteś mnie w stanie do tego przekonać, a nawet zmusić!

– Czemu? Silvie, proszę, przynajmniej oświeć nas, co potrafisz. To do niczego ciebie nie zobowiązuje. Dopiero potem, na spokojnie, wspólnie zastanowimy się czy będą nam te twoje zdolności paranormalne potrzebne do czegoś czy nie. Nie unoś się tak od razu. Jeszcze raz powtarzam, jak stwierdzę, że potrzebuję twojej pomocy, dam ci czas na zastanowienie się czy jesteś w stanie dla dobra sprawy jednak wykorzystać te znienawidzone, swoje umiejętności. Dobrze?

– No dobrze, na to mogę się zgodzić – niechętnie potwierdziła to zielonooka wojowniczka. – Więc słuchajcie: mogę lewitować, latać w postaci nietoperza, mogę być niewidzialna, mogę się teleportować, hipnotyzować dzikie zwierzęta, czytam w myślach, ale nie każdego. – ściszyła głos, spojrzała, jakby przelotnie na Darkara i momentalnie zaczerwieniła się. – No wiecie takie tam. Ale musicie wiedzieć, że dawno już nie używałam tych zdolności. Bo postanowiłam, że jestem tylko człowiekiem. Natomiast ludzie przecież nie mają takich umiejętności! A tak w ogóle to nic nadzwyczajnego – dodała skromnie opuszczając wzrok w rozmokła ziemię.

– A ty Kelorn?

– Tak samo, jak Silvie. Oprócz tego mogę mieć postać wilka, skakać z dużych wysokości, niesamowicie wspinać się i w zasadzie to wszystko.

– No dobrze, i na razie Silvie nie protestuj chcę tylko wam powiedzieć, jaki mam ewentualnie plan, dobrze!?

Oboje wojowniczka i pólwilkołak –  pólwampir skinęli głowami, że rozumieją to i wysłuchają cierpliwie Darkara.

– Myślę, że to co wam teraz przedstawię, to jest jedyny plan, jaki pozwoli nam odbić Sinoe, nie narażając go na śmierć… – zaczął swoją opowieść Darkar

 

***

 

Sinoe kurczowo, tuż przy samym sercu trzymał drewnianą figurkę, z którą miał przeskoczyć święte ognisko. Sprawiał wrażenie, jakby obwiał się, że jeśli ten kawałek drewna wypadnie już teraz to ma to jakiekolwiek znaczenie dla przyszłości jego żony. Wpatrywał się w tę lalkę w takim skupieniu, że aż można było odnieść wrażenie, że niziołek próbuje zaczarować ją ze wszystkich swoich sił, by nie daj boże nie wypadła mu nawet przypadkiem z rąk.

Bał się, że bogowie uprą się i nie zdoła ocalić Athene oraz dzieciątka będącego w niej.

Jęzory ognia falowały wesoło na stosem palącego się drewna. Wszyscy wokół paleniska radowali się  oraz cieszyli z tego, jakim dobrobytem matka natura, bogowie hojnie ich obdarowali w ostatnim roku. Intonowali na ich cześć święte pieśni. Muzykanci wesoło przygrywali, by wszyscy mogli napawać się tym wspaniałym świętem.

Nagle mistrz ceremonii podniósł swoją prawą dłoń do góry, by zgromadzeni mogli ją spostrzec. Na ten znak wszyscy ucichli. Wesoła wrzawa   w oka mgnieniu zamieniła się w trudne do zniesienia milczenie. Oczy zgromadzonych nakierowały się na wystraszonego Sinoe.

– Sinoe twój czas nadszedł. Czas próby! – przemówił do niziołka kapłan. –  Wszyscy słuchajcie, Sinoe będzie błagał bogów o odpuszczenie losu, jaki zgotowali dla jego połowicy i nienarodzonego dziecka. Będzie prosił o wybaczenie, o nadzieję dla swojej rodziny na przyszłość. Wszyscy tu zgromadzeni módlcie się w sobie, by ci bogowie wybaczyli mu i Athene, naszemu bratu i naszej siostrze, z naszego plemienia niziołków.

Mistrz ceremonii zamilkł, jak pozostali.

Skinął głową w stronę Sinoe.

Niziołek stał.

Był przerażony. Nie wiedział, co ma robić. Bał się, że nie da rady. Nie przeskoczy, nie uratuje Athene i dziecka.

Strach paraliżował go.

Wpatrywał się w ogień. Chciał go zaczarować. Chciał mieć to już za sobą.

– Sinoe, musisz to zrobić. – ponownie przemówił mistrz. Nie masz Wyboru. Już zbliża się czas. Musisz skoczyć o północy. Inaczej przepadnie twoja szansa na przebaczenie u bóstw. Sinoe skacz.

– Ale ja nie mogę. Słyszycie nie mogę tego zrobić. Tak się boję, że nie podałam temu zadaniu. Te sny słyszycie, te moje sny.

Do męża podeszła Athene. Dotknęła jego płowych włosów i pogłaskała delikatnie po głowie. Chciała go uspokoić.

– Sinoe, ja już spaliłam w rzece kukłę. Teraz już tylko od ciebie zależy, czy twoje sny się spełnią czy nie. Ja wierzę, co ja mówię, ja ufam, że uda nam się uzyskać przebaczenie. Proszę więc moje kochanie skacz przez ten święty ogień. Skacz.

Wtem, zgromadzeni zaczęli wołać.

– Sinoe, skacz! Sinoe skacz! – głośniej i głośniej.

Niziołek nadal kurczowo trzymał figurkę.

Zamknął oczy.

Spiął się w sobie.

I wreszcie ruszył w stronę świętego ognia.

W czasie biegu zatracił całkowicie poczucie czasu. Jedyna myśl, jaką miał w sobie to było: utrzymać laleczkę za wszelką cenę. Athene i dziecko są teraz najważniejsze. Musiał je uratować. Całkowicie zatracił się w tym przekonaniu. Całe swoje ja. Wiedział, że musi, by ten sen już nigdy się nie pojawił.

Gdy dobiegł do paleniska gwałtownie się wybił.

Skoczył.

Zawisł w powietrzu na okamgnienie. Jego nogi zamachały żywiołowo i niespokojnie.

I stało się.

Niziołek wybił się źle – zbyt daleko od stosu. Zrobił to zbyt pochopnie. Za mocno skoncentrował się na kawałku drzewa, który trzymał kurczowo w palcach. Zapomniał, że musi dobrze się odbić od ziemi i do tego w odpowiednim miejscu, by nie zahaczyć nogami o płonące bierwiona. Zapomniał, że musi się skupić na samym skoku.

Zaczepił o polana. I wtedy w odruchu obronnym, by nie wpaść do ognia i nie spalić się żywcem, musiał złapać równowagę. Rozłożył więc bezwiednie ramiona. Wtenczas drewniana figurka wpadła w sam środek ogniska.

Wszyscy zamilkli.

Otumaniony a zarazem nie zdając sobie sprawy z tego, co się stało, Sinoe rozejrzał się błędnym i przerażonym wzrokiem wokół. Chcąc sprawdzić, czy ma nadal laleczkę, z przerażeniem stwierdził, że nie ma jej w rękach.

Padł na kolana.

Załkał.

Przepowiednia ze snów się wypełniła.

Nadszedł czas, nowy czas.

Nowa epoka.

 

***

 

Niebo nad okolicą było zasnute chmurami, które nisko nad koronami drzew pchał wiatr. Wokół było nad wyraz ciemno i pochmurnie a było to przecież wczesne popołudnie letniego dnia. Mogłoby się zdawać, że to jakby natura coś opłakiwała, coś jej bliskiego sercu.

Pierwsze krople deszczu gwałtownie uderzyły o poszycie lasu. Opad spadający z ołowianych, przyciężkich zbyt obfitą ilością zgromadzonej w nich wody chmur, musiał pokonać na swej drodze ku ziemi parasol ochronny utworzony z zieleniejących liści, szczytowych gałęzi drzew, rosnących w tym pierwotnym lesie.

Nagle, wśród moknącego mchu i wyrastających gęstymi kępami z niego traw, jakaś niewielka postać gwałtownie poruszyła się. Była to postać licha i mała. O dziwnej aparycji dla ludzi, elfów lub innych popularnych na tym świecie ras. W otoczeniu tej poplątanej, zielonej gęstwiny runa leśnego tuż przy samej ziemi owa istota była kompletnie niewidoczna. Niewątpliwie, zbudziła ją, nad wyraz okrutnie z głębokiego snu, kaskada mokrych, ciepłych kropli  deszczu rozpryskujących się lawinowo o jej skórę.

Niziołek wprzódy otworzył, z wielkim ociąganiem, jedno oko, potem z dużym trudem oraz głośnym jękiem zmusił się do otwarcia drugiej powieki. To przepicie z dnia poprzedniego łupało go niemiłosiernie w czaszce. Czuł, że każda część jego ciała nie ma na tyle w sobie sił aby móc wykonać tę prostą, zwykłą czynność. A kiedy już mu się to udało poczynić, kosztowało go to, tak wiele  niewyobrażalnego cierpienia.

Sinoe, zrazu niepewnie, a potem z coraz większą siłą i determinacją, wreszcie, po krótkiej a zarazem męczącej walce, usiadł na otaczającej go zewsząd trawie. Skołowanym wzrokiem rozejrzał się niepewnie wokół siebie. Nie do końca jeszcze zdawał sobie sprawę z tego, gdzie on właściwie jest oraz czemu znalazł się tutaj a nie w wygodnym łóżku w swojej chałupie. Właściwie to nie wiedział jakie zdarzenia miały miejsce w trakcie wczorajszego wieczoru i nocy.

Nie pamiętał kompletnie nic.

Przynajmniej chwilowo tak mu się wydawało.

Pewnie potrzebował czasu na spokojne przemyślenie sobie tej zaistniałej sytuacji.

Gdy w końcu deszcz zamienił się w prawdziwą ulewę, a strugi wody lejące się z nieba bardziej przypominały rwącą, górską rzekę niż mżawkę, postanowił dokonać następnego ważnego kroku w swoim trudnym do opisania stanie ciała oraz ducha i po prostu wstać. Zgodnie ze swoim skromnym planem, miał zamiar uchronić się pod rozłożystym drzewem przed lejącymi się z nieba strumieniami wody oraz chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie zdarzyło się poprzedniej nocy.

Stojąc tak pod drzewem, ze wszystkich sił, chciał sobie odtworzyć w pamięci wydarzenia jakie miały miejsce nocą. Jednak nie potrafił sobie nic kompletnie przypomnieć. W jego głowie gościła całkowita pustka. Miał przeczucie, że coś jest nie tak, że musiało się coś wydarzyć ważnego. Nie był w stanie zapanować nad tym odczuciem.

Na jego samopoczuciu strasznie ciążyło mu odium popełnionej winy. Z upływem czasu nie mogąc pokonać w sobie goszczącego w nim niesmaku twardo postanowił wrócić do wsi i porozmawiać z Athene. Pragnął, by jego połowica przypomniała mu szczerze a także w miarę dokładnie wydarzenia z poprzedniej nocy.

Jak postanowił tak też i uczynił.

Wędrując do swojej sadyby nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu tym bardziej, iż słońca nie było można dostrzec zza sunących po niebie chmur. Początkowo wędrował krokiem ociężałym, walczył z potwornymi mdłościami, zawrotami głowy oraz całkowitym brakiem jakichkolwiek sił witalnych. Zmagał się sam z sobą a także ze swoimi słabościami.

Jednak z upływem czasu a zwłaszcza pod wpływem ilości wdychanego przez niziołka rześkiego i żywicznego zapachu lasu siły początkowo powoli a później coraz szybciej zaczęły do niego wracać. Kiedy dotarł do gościńca, prowadzącego do osady, był co prawda kompletnie przemoczony, zziębnięty, ale zarazem szczęśliwy, że nie ma już tak ciężkiego kaca. Wyraźnie już czuł, że jego nastrój jest znacznie lepszy niż rankiem po przymusowym przebudzeniu w lesie.

Niewykluczone, że ten całkiem dobry nastrój byłby dalej tak trwał, gdyby nie to, że po tym, jak wspiął się na pagórek i spojrzał z niego w stronę swojej wioski, jego oczom ukazał się makabryczny widok.

Tam w oddali, w miejscu, gdzie stały tak dobrze mu znane domostwa i zabudowania gospodarskie, tliły się ,tymczasem, tylko kikuty spalonych domów. W jednej, ulotnej chwili zdał sobie sprawę, że cała wieś spłonęła. Co najgorsze nie usłyszał żadnych dźwięków dochodzących z osady ani tam nikogo nie dostrzegł. A przecież w takiej sytuacji, sytuacji kataklizmu, który na nich niespodziewanie spadł, jego współplemieńcy powinni ganiać, jak oszalali po całej okolicy a także ratować ocalały dobytek oraz siebie nawzajem.

Sinoe, nie czekając ani chwili dłużej, rzucił się pędem, na przełaj, w kierunku ich domu. Kiedy już był wystarczająco blisko swojego domostwa w okamgnieniu stwierdził, że chałupa, niestety też, spłonęła. Nie namyślając się długo, co dalej począć, zawrócił i pobiegł w stronę  miejsca odprawiania ceremonii z okazji święta  Chag’Tkuma Esz.  Gdy tam dotarł to, co tam zobaczył go poraziło, było ponad jego siły.

Wokół świętego ogniska, jak okiem sięgnąć, leżały zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn. Można było wywnioskować, że ci którzy najechali ich wioskę, musieli działać z zaskoczenia, a ludność miejscowa została okrążona. Nikt nie miał prawa wyrwać się z tej matni. A poza Sinoe zapewne nikt nie przeżył tej jatki.

Sinoe natychmiast pomyślał o Athene i dziecku. Nie zwlekając ani chwili dłużej począł szukać jej wśród martwych ciał.

Nie musiał długo szukać.

Tuż przy samym palenisku leżała jego Athene. Miała wbity miecz w sam brzuch, tam gdzie ich maleństwo bezpiecznie czekało na rozwiązanie.

Padł na kolana.

Rękoma podniósł ciało swojej żony i położył sobie na kolana. Łzy ciekły mu po policzkach zmieszane z deszczem i spływały na jego Athene. Nie mógł zrozpaczony kompletnie zrozumieć, co właściwie się tutaj stało. Czemu jego żona nie żyła. Nie potrafił jednak pełen bólu odpowiedzieć na żadne nurtujące go pytanie, nie odnajdywał żadnych śladów i wskazówek, by móc w pełni na to sobie odpowiedzieć. Wiedział tylko tyle, że jego najdrożsi nie żyli. Zostali zamordowani.

Przytulił swoją twarz do jej wymęczonej twarzy, wykrzywionej w potwornym grymasie bólu i przerażenia.

Łkał.

Tak mocno łkał. 

– Athene, czemu odeszłaś.? Czemu?

Nagle przed oczami stanął mu wczorajszy wieczór. Zobaczył siebie, jak skacze przez to ognisko, zaczepia nogami o polana, figurka spada w sam środek ognia a zgromadzone wokół watry istoty raptownie milkną.

Potem zobaczył, jak pije wino, piwo i wódkę, jak wszystko miesza, jak pije bez żadnego umiaru. Dalej dostrzegł, jak coraz bardziej odpływa na haju z butelką w ręce, jak nie kontroluje siebie, jak się oddala do lasu a jego wioska i jego Athene zostają poza nim, jakby we mgle, która pokryła wszystko swoim mlecznym kokonem. Na koniec zobaczył jak biegnie a tak naprawdę toczy się chwiejnym krokiem do lasu, jak wyje i wreszcie jak pada, gdy potyka się o wystający korzeń.

– Nieeeeeeeeeeeee! – wył jak ranne zwierze.

Kiedy powróciła mu na chwilę jasność umysłu to już wiedział, co powinien zrobić. Wiedział, że musi odnaleźć swoją Athene, przecież obiecał jej to. Wiedział, że tylko to rozwiązanie jest właściwe w tej sytuacji.

Był pewien, że odnajdzie ją nawet w tym innym świecie. Tak ją kocha.

– Athene, moje kochanie, czy ty wiesz, jak trzeba wiele przecierpieć, by wiedzieć, jak bardzo się kogoś kocha?

Sięgnął ręką za pas. Wyciągnął zza niego krótki nóż.

Podniósł uzbrojoną dłoń ku górze.

Jego ręka nabrała niesamowitego rozpędu.

Gdy już widział oczami wyobraźni, jak stal jego noża rozrywa mu ubranie i wbija się bezlitośnie w pierś; ktoś, niespodziewanie w tej doniosłej dla Sinoe chwili, chwycił go za uzbrojoną rękę; ktoś, kto nagle zaskakująco wyrósł przed nim i był znacznie silniejszy od niziołka.

Spojrzał tam.

Przed nim stał starzec, ale bardzo krzepki i żylasty. Wspierał się kosturem, który był podparciem dla niego w trakcie dalekich wędrówek. Z pleców dyndał mu swobodnie zgrzebny wór z prowiantem i niezbędnym ekwipunkiem do długich podróży. A z jego oczu emanowała siła. Siła wielka i straszliwa. Siła nieziemska.

– Puść! – krzyknął wściekły Sinoe do krzepkiego starca.

Ten jednak nie dał za wygraną i z coraz większą siłą wykręcał rękę niepokornemu niziołkowi.

– Puść! Słyszysz, przeklęty starcze, puść! Ja muszę do niej iść.

– Nie Sinoe! Ty do niej teraz nie pójdziesz. Masz jeszcze do wykonania jedną rzecz dla tego świata. Więc teraz nie możesz umrzeć. Jeszcze nie nadszedł twój czas, niziołku! A jeśli chcesz znów, w tym innym świecie, zobaczyć Athene, musisz to zrobić, co do ciebie należy. Inaczej nigdy jej nie zobaczysz, a wszystko wokół ogarnie wielka pustka. – nakazał głosem nie znającym sprzeciwu krzepki starzec.

Sinoe zrezygnowany mocniej zachlipotał.

Krótko potem padł na ziemię koło swoje Athene.

Zemdlał.

 

***

 

Rodgar de Zuuw, z grymasem wściekłości na ustach, z oczami płonącymi od chęci mordu i zabijania, stał na jedynej w okolicy kępie trawy w otaczającym go zewsząd morzu bagien. Nie mógł uwierzyć w całkowity zbieg okoliczności w zdarzenie, które miało miejsce przed momentem. Jego  furię potęgowało to, iż zostało w nim zachwiane coraz lepsze samopoczucie, które powoli w nim narastało.

Coraz lepszy humor zaczął odczuwać od chwili przekroczenia nurtu granicznej, rwącej rzeki. Tym bardziej, że znajdowali się już na terytorium Marchii, na nadgranicznych mokradłach. Tak nie wiele im brakowało, by je pokonać i ruszyć suchym traktem do najbliższej strażnicy. Lecz incydent sprzed chwili znów zaburzył jego plany, plany szanownego Rodgara de Zuuw. Powoli mógłby czuć się znacznie bezpieczniej, bardziej komfortowo niż w przeciągu ostatnich tygodni w towarzystwie tych przeklętych sługusów Marathira. A nade wszystko byłby już tak bliski realizacji zadania dla Imperatora. A tak… Był w czarnej dupie.

Spojrzał się znów na kręgi rozchodzące się po lustrze wody.

Zacisnął mocniej dziąsła.

Był wkurwiony.

Bród, który jeszcze chwilę temu pokonywał, był tak cholernie wąski, że w jednym szeregu ledwo mieściła się dwójka baitali. Ale nie spodziewał się, że znów nadejdą kłopoty. Nie potrafił uwierzyć w to, że znów na drodze do jego wielkiego sukcesu, stanie taka mała rzecz, która tak skutecznie powstrzyma go przed wykonaniem tego zadania. Musiał to być spisek i jedynie w takie wytłumaczenie był w stanie uwierzyć.

  Pierwszy szpieg Imperatora, nie chciał dać wiary w zwykły splot okoliczności. To było jego zdaniem niemożliwe i mało prawdopodobne. To był w jego opinii na pewno spisek, i to spisek tego przeklętego mugra.

Był o tym całkowicie przekonany.

 

***

 

Incydent wydarzył się w czole kawalkady.

 Rodgar, nie mógł wiedzieć, a może nie przyjmował tego do swojej świadomości, że baitalom, targającym na swoich barkach leże z przechodzącym przemianę w wampira –  niziołkiem, brakowało  odpowiedniej ilości miejsca na płyciźnie. Ta sytuacja powodowała obsuwanie się stóp niosących w toń wody oraz rzutowała, co jest naturalnym następstwem powyższych okoliczności, na brak równowagi u taszczących Sinoe wampirów. Obraz całości dopełniało jeszcze to, że całym ciałem niziołka targały strasznie silne konwulsje, które jeszcze dodatkowo utrudniały przeprawę na tak grząskim gruncie dla tragarzy.

Sinoe niespodziewanie dla wszystkich, wpadł w gwałtowne i silne konwulsje. Jego małe ciało zaczęło się strasznie miotać na noszach. Te drgawki wyglądały, jak jakiś straszliwy taniec, potępionej istoty przez bogów za jej przerażające przewiny. Z jej ust poczęła się toczyć krwawa piana.

O krok przed kolumną złożoną z baitali dźwigających mesjasza, ze względu na wąskość brodu, możliwie blisko swojego podopiecznego, wędrował Maktar. Jego najważniejszym zadaniem było pilnowanie więźnia, a także pielęgnacja oraz opieka nad nim. Mugr uważał, że stan  zdrowia więźnia cały czas się pogarsza od momentu odebrania go z Opuszczonego Miasta. Opiekował się nim, jak najlepiej potrafił, ze względu i na siebie i na swojego pana Rodgara de Zuuw. Jednak ten, w mniemaniu mugra, kompletnie jego starań nie doceniał. A robił przecież tak wiele, by ich więzień dotarł żywy przed oblicze Czarnego Pana. Jego ciężka i wytężona praca, miała tylko ten cel, by wynieść cało swoją głowę i głowę swojego pana z tej całej szpiegowskiej kabały. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby znów pokpili sprawę tego przeklętego mesjasza i Imperator wpadłby w swój niepohamowany gniew.

Jednak nie dane była dla Maktara, by spokojnie, bez dodatkowych stresów przebyć te pograniczne bagna. Na nieszczęście dla niego, w trakcie brodzenia, W pewnym momencie natężenie ataków drgawek mesjasza było tak wielkie, iż nawet tak silne wampiry, jak  baitale, miały olbrzymi problem z utrzymaniem równowagi w tym nader grząskim gruncie, po którym brodziły.

I w takich okolicznościach zdarzył się ten straszny dla Maktara incydent.

Niziołek, po którymś z rzędu, gwałtownym ataku, osunął się niespodziewanie z noszy w toń.  Obserwujący, całe to zdarzenie mugr, z olbrzymim przerażeniem zrozumiał, że jego podopieczny za chwilę zapewne się utopi. Nie namyślając się długo wskoczył do bagniska, by spróbować uratować niziołka z matni.

 Maktar, ryzykował w kipieli swoim życiem. Jednak nie kierowała nim altruistyczna chęć niesienia pomocy poszkodowanemu, ale obawa o swoje życie oraz  jego pana Rodgara przed gniewem Imperatora.

 

***

 

Rodgar jednak poświęcenia swojego sługi, dla sprawy jak i dla niego samego, nie dostrzegał. Był wręcz pewien nie tylko całkowitego braku lojalności mugra wobec Marchii, ale nade wszystko wobec siebie, jako jego suwerena. Wreszcie był praktycznie pewien jego zaprzedaństwa wobec wrogów Imperium. Od momentu wyjścia z Opuszczonego Miasta, w trakcie wędrówki przez te bagna, na podstawie obserwacji relacji, jakie się rodzą pomiędzy Maktarem i Sinoe, zdał sobie wreszcie sprawę z tego, jak był haniebnie oszukiwany. Dlatego to całe zdarzenie, a był tego pewien, było zapewne następną prymitywną sztuczką tego przeklętego Maktara. Co prawda jeszcze nie wiedział, ani nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co ten knuje, ale był pewien, że już niedługo w pogranicznym garnizonie wszystkiego się dowie od wiarołomnego sługi.

Na tę myśl Rodgar oblizał swoje wilgotne wargi.

Na chwilę poczuł, jak jego serce cudownie się raduje.

Pomimo tego maluśkiego stanu euforii jaki narósł, gdy obmyślał możliwe tortury dla Maktara, czuł drążący go niepokój. Martwiło go bowiem jeszcze kilka zdarzeń z ostatnich dni. A gdy powoli zaczął analizować zdarzenie po zdarzeniu i wiązać je w logiczną całość w tematyce pochwycenia przez niego tego przeklętego kurdupla Sinoe od momentu pierwszych niepowodzeń w tej sprawie, aż do tej pory. Powoli wszystko to, co się zdarzyło na przestrzeni tych tak wielu lat, jakby wypływało z gęstej mgły i układało się dla niego w coraz bardziej logiczną całość. Od samego początku musiał przecież być inwigilowany przez, i tutaj zaczynała się wielka tajemnica dla kogo pracował mugr, wrogów Marchii. Teraz już wiedział, czemu do tej pory nie był w stanie pochwycić tego marnego mesjasza, dlaczego po drodze do tego sukcesu, a był to sukces niewątpliwie, musiał pokonać tyle kłód, które ktoś z rozmysłem rzucał mu pod nogi.

Spojrzał się w stronę rzeki, gdzie zanurkował Maktar.

„Czyżby to wszystko było jedną wielką zmową? Przecież ten przeklęty mugr nie jest w stanie zaplanować a następnie zrealizować tak wielką akcję. Więc, jeśli to jest zmowa, to kto za nią stoi?” – zadawał sobie to pytanie obserwując bacznie wodę. A zaraz potem sobie na nie odpowiedział: „ Tylko jedna siła w tym świecie jest w stanie to zrealizować  – Gildia Kupiecka”.

Rozmyślał dalej argumentując w swoim umyśle postawioną tezę: „ Weźmy choćby tą sytuacja z brakiem jakiegokolwiek kontaktu z estriami !”. I zaraz sobie odpowiadał : „ Gildia i szpiegostwo równa się Maktar”.

Uśmiechnął się.

Był zadowolony z tej pełnej analizy sytuacji.

Był coraz bardziej przeświadczony o tym, że w tym wszystkim nie ma żadnego dzieła przypadku. Dlatego ten incydent, w jego opinii, był również, jak najbardziej zaplanowany i na pewno zamierzony… Dopiero teraz  zaczął powoli uświadamiać sobie, czemu tak długo z zarzuconych przez niego sieci wymykał się mu niziołek, czemu zajęło mu to zadanie aż tak wiele czasu.

Rozmyślania Rodgara przerwała marszcząca się powierzchnia rozlewiska na mokradłach. Z głębiny, ponad lustro brudnej, śmierdzącej zgnilizną wody, wpierw wynurzyła się głowa Maktara, a następnie jego lewe ramię. Triceps mugra był maksymalnie napięty i tworzył pod skórą nierównomiernie pofałdowany obszar.

Pod wpływem wykonywanej pracy, przez rękę mugra, jego dłoń wyszarpała głowę Sinoe z bagiennego rozlewiska, ciągnąc topielca za włosy.

Usta mesjasza mogły wreszcie złapać pierwszy haust powietrza.

 

***

 

Maktar był zmęczony. Oddychał szybko. Łapczywie łapał w swoje płuca każdy haust powietrza.

Wampiry kompletnie znudzone, beztrosko obserwowały całe zdarzenie. Było im wszystko jedno, czy akcja ratunkowo się powiedzie, czy też nie. Jedynie, czego pragnęły w tej chwili, to pozbyć się jak najszybciej tych dwóch zauszników Imperatora i wrócić do Opuszczonego Miasta. W ich mniemaniu, podróż, którą odbywali, zbyt mocno się przedłużyła.

Wreszcie murgr, gdy chwilkę odpoczął i nabrał nowych sił, wyciągnął niziołka na jedyny w okolicy suchy kawałek lądu. Tuż pod nogi wściekłego Rodgara de Zuuw.

 Sinoe był nadal nieprzytomny.

 Maktar w końcu, po dłuższej chwili, ocucił zemdlonego.

-     Mesjaszu, żyjesz? – zapytał widząc, jak Sinoe powoli zaczyna odzyskiwać świadomość.

-     Kim jesteś? Czy ja ciebie znam dziwna istoto? – wyszeptał słabym głosem mesjasz.

-     Nie poznajesz mnie? – zapytał rozczarowany murgr.

-     Nie, ale czemu tutaj jestem i co się stało?

-     O mało się nie utopiłeś. Dostałeś okropnych drgawek i wpadłeś do wody.

-     Znów to widziałem! Rozumiesz, znów ją widziałem!

-     Kogo?

-     To jakby zdarzyło się wczoraj… – na chwilę wzrok niziołka znieruchomiał.

Mugr, tak mu się przynajmniej wydawało, jakby dostrzegł w kąciku oka pojmanego łzę, która spływała powoli po policzku.

 – Moja Athene, była znów martwa, rozumiesz!? 

 

***

 

Ponownie widział ją, jak leżała martwa… 

”Czyżby moja misja przepadła? Czyżbym stracił ją, ale tym razem na wieczność? Ale przecież to nie może być prawda! Moja Athene, musi gdzieś tam żyć! A ja muszę do niej dotrzeć, muszę uratować ten świat, wypełnić zadanie do końca. A tam, gdzieś w tym innym świecie, wymiarze w nagrodę otrzymam szansę, by znów być z żoną i dzieckiem” – myślał intensywnie Sinoe.

– Już niedługo będę u ciebie – niziołek wymówił te słowa z wielką determinacją.

Nagle, niespodziewanie dla siebie samego, dostrzegł, że jakaś postać się nad nim pochyla. Nie był pewien kim jest owa istota.

-     Ty? To ty mnie uratowałeś?

Jego wzrok wydawał się być o wiele bardziej przytomny, niż miało to miejsce jeszcze przed chwilą.

– Tak panie! – odpowiedział Maktar.

Mesjasz powoli, z olbrzymim trudem, rozejrzał się wokół siebie. Na chwilę zatrzymał wzrok na Rodgarze de Zuuw.

Rodgar był całkowicie rozjuszony, zwłaszcza gdy przyglądał się, jak przy tym kurduplu skacze jego sługa.

W końcu niziołek odwrócił wzrok od zdeprymowanego człowieka. Odezwał się powtórnie do istoty klęczącej nad nim.

-     Czy ciebie zwą Maktarem? – zdawało mu się, że tak owa istota może mieć na imię.

-     Tak.

-     To ty uratowałeś mi życie? – Sinoe, powtórnie zapytał o to samo, jak gdyby upewniał się, co do tego faktu.

-     Tak, to byłem ja.

-     Czy mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę? – zapytał z wahaniem.

Maktar na chwilę zaniemówił. Czuł, że jest w trudnym położeniu, zwłaszcza, że tuż za nim stoi jego suweren. A mesjasz bardzo cicho szeptał. Dlatego, by go zrozumieć był zmuszony nadstawić ucha nad przy ustach niziołka.

Nie bardzo wiedział, co ma na to odpowiedzieć.

Nim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, już wyręczył go mesjasz.

-     Nie bój się, to będzie prośba, która tylko może ci pomóc, a nie zaszkodzić.– dalej szeptał Sinoe.

-     Mhhhhhh...

-     Mam rozumieć, że się zgadzasz!?

-     Tak. Niech będzie – odpowiedział z wahaniem murgr.

-     Już niedługo was opuszczę. Dziękuję ci za twoją opiekę a w nagrodę powiem ci teraz gdzie mnie odnajdziesz za jakiś czas. To będzie twoja nagroda za twój wielki trud i uratowanie mi życia. Dzięki tobie odzyskam Athene.

-     Jak to opuścisz? – zdziwił się szczerze sługa Rodgara. – Nie sądzisz, że to jest raczej niemożliwe?

-     Wierz mi, to możliwe i już niedługo nastąpi. Ale pamiętaj też o tym, że to, co ci za chwilę rzeknę, powinieneś zachować tylko i wyłącznie dla siebie. W żadnym wypadku – niziołek wskazał wzrokiem Rodgara – nie mów tego temu człowiekowi, który znudzony patrzy w naszą stronę. To, co ci teraz powiem za jakiś czas może uratować ci życie. Zaufaj mi.

-     Ja... Ale ja muszę mu o tym powiedzieć. Nie mogę tego ukrywać. Jestem jego wiernym sługą.

-     Zaufaj mi i zachowaj to tylko dla siebie.

Nim Maktar zdążył cokolwiek odpowiedzieć, już przy nich stał skrzywiony, kipiący wściekłością Rodgar de Zuuw.

-     Maktar, czy tobie naprawdę się wydaje, że ja nie widzę, jak spiskujesz z tym kurduplem!? Czyżbyś miał przed sobą jakiegoś durnia? – wykrzyczał zaciekle człowiek.

-     Ależ panie, ja tylko... – nie zdążył nawet dokończyć zdania. Rodgar kontynuował swoje oskarżenia.

-     Myślisz, że jestem ślepy i nie widzę jak sobie cały czas szeptacie na uszko? Jak cały czas spiskujecie? Ale ja wszystko wiem i widzę, co się wokół mnie dzieje! Nie uda ci się go uwolnić. – De Zuuw spojrzał jednoznacznie na niziołka. – Ja już to przewidziałem. Nie uda ci się mu pomóc, a ty mugrze, tak przeklęty zdrajco, zostaniesz przykładnie ukarany i wszystko wyśpiewasz w twierdzy!

-     Panie, mylicie się… – Rodgar nie pozwolił mu nawet powiedzieć czegokolwiek na swoją obronę, tylko gwałtownie odwrócił się na pięcie i odszedł na czoło kolumny marszowej. Po drodze nakazał baitalom załadować kurdupla na nosze i kontynuować przerwany marsz.

-     Więc, pomożesz mi? – nie dawał za wygraną niziołek.

-     Tak – odpowiedział z wahaniem Maktar. Ale cóż ryzykuje, a może faktycznie ta informacja uratuje mu życie.

-     Jak zniknę z waszego obozu, pamiętaj byś przybył ze swoim panem do miejsca zwanego Martwą Oazą. Tam będę na was czekał w ostatniej pełni księżyca w drugiej kwarcie przesilenia letniego, byście mnie pojmali. Zrozumiałeś?

-     Czemu mi to mówisz? – nie dowierzał murgr.

-     To będzie przysługa dla ciebie, za to że dziś uratowałeś mi życie. Dzięki tobie już niedługo odnajdę moją Athenę. Wiedz o tym, że mój czas powoli dobiega końca.

-     To znaczy?

-     Że mogę już niedługo wyruszyć na spotkanie z moją Athene. To będzie twoja przysługa dla mnie – zakończył mesjasz swój wywód.

Po czym zemdlał.

 

***


- Niziołku, czas jeść! – krzyknął starzec. Miał nadzieję, że wreszcie po kilku miesiącach od odnalezienia niziołka zdarzy się jakiś cud i ten oto siedzący naprzeciw miski z wieczerzą wreszcie ocknie się z tego letargu.

 Jednak i tym razem to nie zadziałało.

Od momentu, jak przybyli do chaty krzepkiego starca, czyli kilka miesięcy temu, stan mesjasza, był stabilny, ale nie było z nim jakiegokolwiek kontaktu. Starzec próbował już różnych metod, ale nic nie skutkowało. Próbował przemawiać niziołkowi do rozsądku, przekonywać, namawiać, nawet tłumaczyć i zastraszać. Sinoe przypominał jednak roślinę.

Ród starca od wieków, czyli od momentu zaistnienia teorii Chironiusza, służył w tym bractwie. Ich zadaniem było uczynienie wszystkiego, by przepowiednia miała szansę się spełnić. Jego zadaniem było, tak jak i jego poprzedników z całego rodu, przygotować wszystko na przyjście mesjasza oraz mściciela. I robił to, co do niego należało, ale miał olbrzymią nadzieję, że wykonana przez niego praca, na sam koniec da mu o wiele więcej satysfakcji i radości z wykonanego zadania. Miał nadzieję, że ujrzy istotę, która naprawdę będzie zasługiwała na miano mesjasza i z zachowania, i z postury, a zwłaszcza z wewnętrznego przekonania o doniosłości roli, jaka została tej istocie powierzona.

Rzeczywistość okazała się fatalna i stawiała pod znakiem zapytania w ogóle możliwość wykonania misji przez wybrańca. Bo czy ten pomazaniec siedzący naprzeciwko jest w stanie uratować ten świat?

Mesjasz tylko siedział i patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie. Jadł, bo krzepki starzec zmuszał go do tego siłą. Starzec nie był więc zachwycony rolą niańki i cyrulika w jednej osobie. Całe życie realizując zapisany los był przeświadczony, że jego znój będzie wyglądał inaczej, że praca którą musi wykonać w tym szczytnym celu będzie inna…

„Widocznie tak ma być. Koniec i kropka” – pomyślał, który to już raz?

– O mój losie! I to jest ten nasz cały mesjasz i wybawiciel? Czy on ma w ogóle szansę na odkupienie naszych win? – zapytał sam siebie, głosem nie kryjącym rozczarowania.

Niziołek, oczywiście, jak to miał w zwyczaju nie reagował na tę perfidną zaczepkę. Ale krzepki starzec był uparty. Miał świadomość tego, jakiego zaszczytu dostąpił jego ród, jego przodkowie. Wiedział, że protoplaści przyrzekli wypełnić swoją dolę w tej misji. Nie mógł w żaden sposób zawieść swojej familii i swoich ojców, nie mógł zaprzepaścić pracy tak wielu pokoleń. Dlatego od kilku tych miesięcy nie ustawał w wysiłkach, szukał sposobu na to, by zrozumieć Sinoe, odnaleźć klucz to otwarcia drzwi w duszy mesjasza. Wreszcie po miesiącach przemyśleń, po którejś z rzędu lekturze przepowiedni postanowił dać niziołkowi to czego on tak naprawdę szukał, ukojenia cierpienia po stracie mu bliskich.

– Niziołku, czy chciałbyś wiedzieć, co może ci pomóc zrozumieć czemu masz zrobić to, co los ci wyznaczył? – zapytał się starzec swojego podopiecznego bez większej nadziei, iż niziołek jakkolwiek zareaguje. Patrzył mu się głęboko w oczy, wydało mu się, że jakby zobaczył w jego źrenicach słaby, ale błysk zainteresowania. Kontynuował więc swoją wypowiedź. – Jeśli tak, to chwyć mnie za rękę. Tak mocno, jak potrafisz. Pokarzę ci coś, czemu musisz to zrobić dla siebie i dla innych! Proszę chwyć mnie za moją dłoń.

Krzepki starzec przysunął swoją dłoń w stronę niziołka w nadziej, że ten odpowie na ten gest i chwyci go za prawicę.

Jednak nic się nie stało.

– Czy wiesz, czemu uratowałem twoje życie? – zapytał się powtórnie z nutką przygnębienia w głosie.

Nie liczył na odpowiedź, ale ku jego zdumieniu niziołek przemówił.

– Starcze, przeklinam ten dzień w którym odebrałeś mi możliwość podążenia za nią. Zmusiłeś mnie do dalszej egzystencji. Miałem nadzieję, iż głód i pragnienie mnie zabije, ale nie z tobą starcze! Ciągle ratujesz mi życie i o mnie dbasz! Czemu więc to czynisz? Czy nie lepiej istocie tak wypalonej, jak ja jest dać odejść, bym mógł tam odnaleźć moją Athene? – po policzkach Sinoe popłynęły łzy.

– Nie uratowałem ciebie po to, by cię męczyć, ale właśnie po to, byś mógł odnaleźć swoją żonę w innym świecie. Ale nim to nastąpi musisz coś uczynić dla tego świata. Musisz wypełnić swoją misję tak samo jak ja to czynię, jak czyni to mój ród od wieków i pokoleń. Czy wiesz czemu jest to tak ważne?

– No proszę starcze opowiedz, co jest takie ważne dla tego świata, bym mógł wreszcie spełnić swój obowiązek i odejść z tego padołu łez? – szydził niziołek. – Czemu miałbym to uczynić? Jak mam ratować ten świat, gdy zabrano mi już wszystko, co dla mnie było najukochańsze, co było najlepsze z mojego jestestwa? To właśnie ten twój świat, to twoje przeznaczenie, los, zresztą nazywaj to sobie, jak chcesz: zabrał mi ją i moje nienarodzone dziecko! A ja zamiast ich bronić zawiodłem ich, bo poszedłem napity spać do lasu. Więc czemu miałbym cokolwiek robić dla tego losu, któremu to wszystko zawdzięczam?

– Czy aby jesteś pewien, że nie miało to związku z twoją misją, jaką masz do zrealizowania? A może to przeznaczenie popchnęło cię w objęcia pijaństwa i zaprowadziło w knieję byś przeżył? Nie zastanowiło cię nigdy to, jak to możliwe, że tylko ty przeżyłeś i kiedy chciałeś odebrać życie pojawiłem się ja, by ci przeszkodzić?

– Nie miało dla mnie to znaczenia. Byłem i jestem nieszczęśliwy, jeśli jest tak jak mówisz. Po cóż mi żyć, w jakim celu? Nie rozumiesz, ja chcę odejść do Athene! – gniewnie wykrzyczał swoją niemoc Sinoe.

– Czy chciałbyś niziołku zrozumieć to, czemu tak się stało? Czy jeśli zrozumiesz wykonasz to czego od ciebie zażąda przeznaczenie? Czy chcesz zrozumieć?

– A po co starcze? Czy myślisz, że wtedy natchniesz mnie nową nadzieją? – powątpiewał niziołek. – Czy naprawdę tak trudno ci zrozumieć, że straciłem wszystko, co było niezmiernie ważne dla mnie w życiu?

– A nie pomyślałeś przez chwilę, że mógłbyś stracić jeszcze więcej? Może jednak nie jest tak, jak myślisz? Może jesteś w stanie stracić o wiele, wiele więcej jeśli nie zrobisz tego, do czego jesteś przeznaczony mesjaszu?

– Spróbuj więc przekonać mnie, że tak jest!

Starzec wyciągnął ponownie swoją dłoń i rzekł:

– Weź mnie za rękę. Zamknij oczy. Skup się na tym, co dla ciebie jest tak ważne. Zaprowadzę cię tam, gdzie chciałbyś być. Ale pamiętaj musisz otworzyć swój umysł i swą duszę, by móc zrozumieć to co zobaczysz. Ja będę tylko twoim przewodnikiem. Czy jesteś gotów to uczynić? – zapytał starzec.

– Tak, jestem.

– Więc podążaj ze mną.

 

***

  Sinoe zamknął oczy.

Nie mógł się przecież spodziewać tego, co zechce mu pokazać ten przeklęty, uparty starzec. Wszak nic nie było go w stanie przekonać do dalszej, bolesnej wegetacji. Był jednak zmęczony tą fatalną, a zarazem przedłużającą się sytuacją, tak samo zapewne odczuwał to położenie i jego opiekun. Musiał więc coś z tym zrobić, by przerwać ten przeklęty krąg.

Dlatego wreszcie się odezwał, by móc zakończyć tę szarpaninę ich obydwu. Dlatego właśnie zgodził się na to, co miało za chwilę nastąpić. Dlatego zgodził się chwycić dłoń starca i pójść tam, gdzie miał go zamiar poprowadzić.

W inny wymiar.

Sinoe spokojnie oddychał. Rozluźnił się, jak radził mu jego przewodnik.

Był gotów na tą dziwną podróż.

Nagle, niespodziewanie, coś nim mocno szarpnęło w przód i w tył. Próbował przerażony otworzyć oczy, podnieść powieki, ale nie był w stanie tego zrobić. Jakaś ogromna siła nie pozwalała mu na wykonanie tej prostej czynności. Wciskała go w krzesło. Miał, a może odczuwał, dziwne poczucie braku ograniczeń dla swojego ciała jakąkolwiek barierą fizyczną lub siłą. Nie czuł jakiegokolwiek oporu, odniósł przez moment wrażenie, że jest całkowicie wolny, jakby nie istniały wokół niego jakiekolwiek przeszkody, jak choćby ściany. Czuł niesamowitą lekkość i nieskrępowanie. Czuł się tak bardzo wolny.

W końcu zdołał otworzyć oczy.

Z przerażeniem stwierdził, iż już nie znajduje się w pokoju, w którym przebywał przed chwilą. Niepewnie rozejrzał się wokół. Tuż, obok siebie zobaczył starca, który ciągle trzymał go za dłoń. Dookoła nich wszystko wirowało, by płynnie przejść w ruch do przodu, a światła ich otaczających gwiazd zlały się w jedno.

Gdy był już prawie pewien, że ta dziwna podróż nigdy się nie skończy, poczuł ogromną siłę, która go gwałtownie wyhamowała. Czuł, jak żołądek przesuwa mu się niebezpiecznie do góry.

Sam nie wiedział kiedy gwiazdy ustąpiły miejsca zwykłemu krajobrazowi.

„Czyżby to był świat, w którym dotychczas żył?” – pomyślał Sinoe.

Nagle wszystko się zatrzymało.

– I…? – zapytał się niepewnie Sinoe starca nie bardzo wiedząc, co ma nastąpić dalej.

– Spójrz! – ten w odpowiedzi wskazał palcem przed siebie.

Podążając wzrokiem we wskazanym kierunku zobaczył kilka rozmazanych plam, w których nic początkowo nie był w stanie nic rozpoznać. Dopiero, gdy się zbliżyli wystarczająco blisko, rozpoznał w nich jakieś istoty.

Sinoe przeszył dreszcz. Dreszcz podniecenia, że może to są…

– Za daleko, starcze, nie wiem kto to może być! – skłamał Sinoe.

– Chcesz wiedzieć kim są?

– Tak! – prędko odpowiedział niziołek swojemu kompanowi. Jakby bał się tego, że nagle się obudzi i okaże się, że to był tylko sen. – Chodźmy prędko. – dyszał z niecierpliwością mesjasz.

– Ściśnij mi dłoń! ­– nakazał starzec.

Starzec wolną rękę wyciągnął przed siebie. Wpatrzył się mocno w cel ich wędrówki, a potem gwałtownie wykonał ruch przypominający gniecenie zużytego pergaminu.

I stało się coś, czego się w ogóle nie spodziewał; stała się rzecz, której tak mocno pragnął, dla której był oddać swoje życie, wtedy przy ognisku, gdy odnalazł jej zakrwawione ciało. Tuż przed nimi stała Athene, żywa Athene, która trzymała za rączkę ich kilkuletnią córeczkę. Obydwie patrzyły się w dal i machały w stronę oddalającej się postaci.

– To Athene! Słyszysz starcze, to Athene! A obok? Czy to, nie aby… – nie dokończył zdania. Bał się to powiedzieć na głos. Bał się, że za chwilę ten piękny sen przeminie, jak ulotna chwila, jak szczęście, którego zaznał tak krótko w swoim życiu.

Piękny sen.

– Tak Sinoe, to jest twoja córka. Tak, to jest twoja żona Athene. A tam w oddali to ty. A one, jak co dzień cię żegnają.

– Czy one nas widzą?

– Nie, Sinoe, nie widzą nas.

– Czy to więc jest sen? A może mnie zaczarowałeś?

– Nie! Jesteśmy w równoległym świecie. Tu istnieje alternatywna historia twojego życia. Nasz wszechświat, to wszystko, co nas otacza, przez co tak podążaliśmy, rozchodzi się, jak stare drzewo, na wiele odnóg, wiele gałęzi. Te gałęzie współistnieją w równoległych światach.

– Czy one żyją?

– W tym świecie, jak widzisz tak.

– Czy ja kiedykolwiek, je zobaczę jeszcze, starcze?

– Wszystko zależy od ciebie. Cała odpowiedzialność spoczywa na twoich barkach. To jakiego dziś dokonasz wyboru będzie miało niebagatelne znaczenie dla innych światów i dla ich życia.

Starzec nie dokończył zdania.

Sielanka jaka miała miejsce jeszcze przed chwilą zamieniła się w coś potwornego. Nagle słońce znikło. Świat całkowicie pokryły czarne punkty. Punkty, które dzieliły cały otaczający ich krajobraz na coraz to mniejsze cząstki. Gdy to się dopełniło wszystko wokół zaczęło wirować, jakby zerwał się nagle niespodziewany wiatr. Ziemia zaczęła gwałtownie pękać i dzielić się na coraz to mniejsze kawałki.

Nie widział już Athene i córki, one również zamieniły się w wirujące punkty. Jakaś dziwna siła rozkładała ten świat bez końca. Wokół nie było już nic, tylko jakaś trąba powietrzna, która to wszystko co zostało z tego świata, pojedyncze elementarne cząstki, wprawiała w nieprawdopodobnie szybki, wirowy ruch. Gdy już wszystko najwyraźniej zostało rozbite na części pierwsze, które kręciły się z niesamowitą siłą oraz prędkością wokół niewidzialnej osi, stała się rzecz niebywała – cała ta rotacja zatrzymała się na chwilę i …

– Starcze, proszę, ratuj je… Zrobię wszystko co zechcesz, tylko ratuj…

– Chciałbym, ale im już nic nie jest w stanie pomóc, Sinoe. Ale pamiętaj, co tobie wcześniej powiedziałem, że to jest tylko jeden z nieskończenie wielu otaczających nas w równoległych wymiarach światów. A w tych światach też toczy się twoje życie według alternatywnej historii. I tamte światy, jeśli zgodzisz się na wypełnienie proroctwa, wypełnienie swojej misji wobec wszystkich tych światów, jeszcze zdołasz uratować. Tak, mesjaszu, możesz, jeśli będziesz chciał!

– A cóż ja mogę? Chciałem tylko spokojnie żyć. Mieć żonę i dziecko. A teraz co, znów patrzę na ich śmierć. Czym wszelkich bogów obraziłem, że tak okrutnie zostałem pokarany? – załkał niziołek.

– Czy widzisz teraz, co zostanie z naszego świata, gdy mnie nie posłuchasz i nie wykonasz proroctwa?

– A cóż miałbym uczynić?

– Przekonać mściciela, by pokonał zło. Tylko tyle, a zarazem tak wiele. Od tego zależy przyszłość naszego świata, ale nie tylko, niestety, ale i naszego wszechświata.

– Nic z tego nie rozumiem.

– Widzisz niziołku, nasz wszechświat, czyli zbiorowisko wielu światów równoległych, o których ci wspomniałem, ma swoje odpowiedniki w postaci ciemnej materii. Wszystko, co zostało stworzone przez Przeznaczenie, ma swój odpowiednik po tamtej ciemnej stronie. Jest więc wszechświat nasz – którym rządzą zasady dobra, ale ten nasz wszechświat ma również swój równoważnik we wszechświecie ciemności, gdzie rządzi wszechobecne zło. Bo widzisz musi być balans pomiędzy dobrem i złem, upraszczając naszą myśl. Gdy ta równowaga zostaje znacznie zachwiana, na którąś ze stron, wtedy następuje śmierć wszechświata i jednego i drugiego. Te dwie materie z początku zlewają się, by po jakimś czasie rozpaść się do form takich, jakie widziałeś przed chwilą, a potem, by zapaść się do rozmiarów arbuza. A w tym czasie działają siły tak ogromne, że cała ta masa i skupiona materia z tych dwóch wszechświatów eksploduje. W wyniku wielkiego wybuchu, przemieszane cząstki z których powstały wszechświaty, a musisz wiedzieć, że oba wszechświaty są zbudowane z takich samych cząstek elementarnych, chaotycznie rozchodzą się w pustkę. I po wielu tysiącleciach z tych elementarnych przemieszanych cząstek powstają, rodzą się nowe światy i te dobre i te złe. Następuje zamknięcie sie cyklu. Ale wiedz, że czarna materia, czyli zło, jest zachłanne, ciągle jej mało. A tymi dwoma wszechświatami kierują dwaj bogowie. Jednym z nich jest Bóg zła, ma wiele imion, jak wiele jest światów. On żywi się strachem i nieszczęściem zniewolonych istot. Dzięki temu rośnie w siłę, by móc zniszczyć Boga dobra. I chcąc być najpotężniejszym doprowadza w efekcie do tego, iż stan balansu jest zbyt mocno zachwiany. Tak jak to ma miejsce teraz. Właśnie teraz, mój drogi, jeśli nic nie uczynimy, równowaga zostanie tak wielce zachwiana, że grozi nam unicestwienie, po którym rozpocznie się nowy cykl. A ty właśnie jesteś jednym z tych wybrańców, który może uratować nasz wszechświat. Jeśli nic nie uczynisz, to zapewne nie ujrzysz już Athene i swojej córeczki. Zrozumiałeś więc jakie to ważne byś jeszcze żył?

– Tak.                                                                                                             

– Czy zrobisz więc wszystko, byśmy pokonali zło?

– Tak!

– Chodźmy więc, czeka nas wiele pracy!

***

 

– Sinoe! Sinoe! – szarpał za ramię niziołka Darkar. – Obudź się, to ja, Darkar. Przybyłem cię uwolnić.

Sinoe otworzył z wielkim wysiłkiem oczy. Nad nim ktoś się pochylał. Ktoś kogo znał. Był tak zmęczony. Teraz był w półśnie.

Majaki jakie akurat miał, przypomniały mu o Athene.

Znów zapragnął być tak blisko niej oraz ich nienarodzonego dziecka.

Wtem uprzytomnił sobie, że ta nieznajoma postać, która coś do niego krzyczała to przecież Darkar. To on się nad nim pochylał. Przybył tutaj na te przeklęte bagna za nim, by go ratować z tej opresji. Proroctwo jednak się spełnia.

– Darkar? – niepewnie zapytał mesjasz.

– Tak, to ja przyjacielu. Wreszcie cię dobudziłem. Dasz radę wstać? Wyglądasz na bardzo chorego…

– Nie wiem. Jestem słaby. Ale co się stało z wampirami oraz Maktarem i tym nieznajomym z rasy ludzi?

– Wampiry są zajęte walką, a ja zakradłem się tutaj, by ciebie uwolnić. Jak widzisz chyba mi się udało.

– Ale walką z kim? Czy to nie jest mój następny sen na jawie?

– Nie, Sinoe, to ja, Darkar. Trochę się pozmieniało, ale to długa historia. I myślę, że ci ją opowiem, ale dopiero, gdy stąd bezpiecznie odejdziemy. Mamy nowych towarzyszy.

– Ach, rozumiem. Pomóż mi wstać.

Darkar nie namyślając się długo delikatnie poddźwignął niziołka.

–  Czekałem na ciebie! Trwało to tak długo, ale przyszedłeś. A już myślałem, że mnie zostawisz na pastwę losu, a moja misja się nie powiedzie. Lecz moje modlitwy zostały wysłuchane i oto jesteś. Podaj mi swoją dłoń,. Mam tak niewiele sił, ale na skok stąd, byśmy mogli z tego miejsca zbiec, powinno ich jeszcze starczyć.

– Nie rozumiem, Sinoe.

– Pamiętasz, jak spotkaliśmy się na wyspie? Wtedy wspominałem tobie, że czekałem na ciebie i po to, by się z tobą spotkać celowo dałem się pojmać bandzie Garetha.

– Faktycznie pamiętam. Ale to nie czas na dłuższą o tym rozmowę. Zaraz mogą tutaj przybyć wampiry. Mamy mało czasu!

– Ach, no tak. Ja, zresztą, jak zawsze muszę trochę sobie jeszcze pogadać. Ale spokojnie mój przyjacielu, wierz mi, że zdążymy uciec. Nie bój się tylko chwyć mnie mocno za dłoń – zachęcał Sinoe – i nie puszczaj. Pamiętaj, powtarzam jeszcze raz, nie puszczaj choćby nie wiem co. I zanim mnie złapiesz, zamknij oczy, bo to, co ciebie za chwilę spotka może być dla ciebie przerażające.

Darkar zrobił z wahaniem to, o co poprosił go towarzysz. Ale zastanawiał się, czy to, co teraz robił nie jest zwykłą stratą czasu, która może go kosztować życie.

 Lecz zdecydowana odpowiedź na wątpliwości wojownika przyszła szybciej niż mógł się tego spodziewać zbrojny. Zdążył tylko chwycić dłoń niziołka. W tym samym momencie jakaś brutalna siła go porwała i poczuł, że stracił grunt pod nogami. Jako, że spełnił do końca życzenie Sinoe, również zamknął swoje oczy.

Postanowił, że jak to wszystko się skończy i stanie twardo swoimi nogami na ziemi, zapyta niziołka o to, co się teraz właściwie zdarzyło.

 „ To chyba prawda z tym proroctwem” – to była ostatnia myśl, którą zapamiętał.

Rozdział VI Darkar

  To nowy mściciel przybył, By bronić waszych praw  – Istoty światła, To nowy mściciel przybył, By mesjasz w pokoju mógł Odejść da...