Zdarzenia z lazaretu były tak przedziwne, że nie mieściły się w głowie dla towarzyszy Kazika. Jednak byli świadkami jego dokonań. Nie mogli udawać, że to nie miało miejsca. Do tej pory zastanawiali się, jak to możliwe, że ich towarzysz był w stanie pokonać tych barbarzyńców. Nie potrafili zrozumieć, jak tego dokonał. Nie było to jednak tak ważne. Liczyło się tylko to, że uratował tak wielu rannych oraz kobiety z białego personelu, które były bite i wielokrotnie gwałcone przez nazistów. Inaczej nie zostaliby ocaleni. Nie wiedzieli do końca kim był: czy człowiekiem z krwi i kości, czy może duchem, istotą, która miala im pomóc w ich nierównej walce.
On sam o sobie mówił nie wiele. Twierdził że przybył z daleka i jest tylko na krótką chwilę pośród nich. Na początku uważali, że pomieszało mu się w głowie, po tym, co przeżył, gdy o mało nie został zgładzony w ruinach. Trwało to do czasu.
Gdy po potyczce Kazika ze zbrodniarzami wtargnęli do tego szpitala nie mogli uwierzyć własnym oczom: ukazał im się cały
zachlapany krwią ich towarzysz z szablą w dłoni. Wokół niego leżały zwłoki pokonanych żołdaków. Mimo wszystko nie to było najbardziej porażające i nie zrozumiałe dla nich, najbardziej wstrząsneły nimi zwłoki spalone na węgiel pod jedną ze ścian.
Zastanawiali
się, jak on mógł tego dokonać za pomocą szabli i…
Kiedyś
wędrując na inną redutę próbowali z nim pogadać o tym, dowiedzieć się czegoś
więcej o nim, ale niechętnie chciał na ten temat rozmawiać.
Zbył ich. Widać było, że nie lubi o sobie zbyt wiele opowiadać.
Jeszcze kilkakrotnie udowodnił, że ma coś, co powoduje, że jest w stanie pokonać licznego wroga.
Po każdej takiej akcji ratował tak wielu pokrzywdzonych ludzi w tym powstaniu.
Z czasem na
jego temat zaczęły powstawać legendy: o aniele stróżu, obrońcy bezbronnych
cywili.
Niemcy bali się go panicznie – nazwali go „duchem”.
Po każdej
akcji „ducha” prowadzili szczegółowe
dochodzenie, które nic nie wnosiło do tego, co już ustalono. Coraz nowe rzesze
świadków zdarzeń stawiało swoimi zeznaniami coraz więcej nowych pytań, na które
nikt z prowadzących śledztwo w tej sprawie nie znał kompletnie odpowiedzi.
***
Był jednym z katów
tego zarzynanego miasta. A raczej zazwyczaj przebywał w ciele jednego z nich. Wokół widział wiele zła, nienawiści i
tych wszystkich uczuć tak pożądanych przez siły zła i jego
dzieci.
Przebywając w umysłach tych wszystkich oprawców widział ich wspomnienia pełne bezwględnej chęci zabijania na ołtarzach boga ciemności. Podróżując od dawcy do dawcy dla siebie ciała w końcu natrafił na ślad tego, którego szukał: Darkara. W ostatnim czasie w tym mieście miało miejsce wiele zdarzeń, które świadczyły o tym, że jest już blisko swojej ofiary. Ostatecznie Seechiasz przekonał się o tym, gdy usłyszał opowieść o wydarzeniach w kościele od jedynego świadka, który miał szczęście przeżyć. Był ponownie tak bliski spełnienia swoich marzeń i upragnionej wolności. Nie mógł tego przecież znów zaprzepaścić.
Może by nie musieli ryzykować życiem podczas tego ataku, gdyby nie to, że coś się zmieniło w planach ich dowództwa. Nagle
okazało się, że ten kierunek natarcia jest istotny dla planów sztabu. Dlatego
też została podjęta decyzja o wsparciu ich uderzenia przez dodatkowy batalion
sprzymierzonych oddziałów RONA.
I od tego momentu rozpoczął sie ich dramat. Otrzymali bowiem zadanie osłaniania sprzymierzeńców od strony flanki. W końcu musieli zza muru, wygodnej osłony na tyłach klasztoru ruszyć i przebiec dwieście metrów w otwartym terenie. Aczkolwiek czynili to niechętnie. Zerwali się i pędem rzucili się ku nowemu miejscu gdzie mieli zalec. Pochyleni w pół biegli początkowo wzdłuż muru, a następnie po otwartym terenie. Ich nową osłonę miał stanowić zwalony pień potężnego dębu. To właśnie zza niego mieli chronić flankę.
Nagle padły strzały z zabudowań klasztornych.Na ten sygnał padli na ziemię. Tumany kurzu wniosły się ku górze. Głowy zasłonili rękami.
Ostrzał trwał.
Z oddali
dochodziły ich uszu jęki pierwszych rannych.
– Kurwa znów
to samo. – krzyczał wśród odgłosów walki Friedrich do swojego kompana, który go
ubezpieczał. – I komu ma ta rzeź służyć. Nam?
– Wiem tyle
samo, co ty! W Belgii nas wcielili. Tutaj kazali przyjść i walczyć z tymi
dziećmi. A ja nie mam na to ochoty. I co? Muszę tu leżeć wśród tych świszczących
kul i jęku rannych.
– Dobra dajemy
za ten pień. Teraz jest szansa! – Friedrich szybko wstał i pędem ruszył przed
siebie. To samo uczynił Gregor.
Szczęśliwie we
dwóch dotarli do pnia. Padli za osłonę.
– Jesteś cały? – spytał się kumpla Friedrich. Nie widział dokładnie czy z nim jest wszystko w porządku. Już wiele zła i umierania widział na tej bezsensownej wojnie. Uważał, że nie jest to jego wojna. Został do niej zmuszony: był tak samo jak i jego towarzysz broni siłą wcielony do grenadierów w niemieckojęzycznym regionie na pograniczu Belgii i Niemiec. Mimo to postanowił przeżyć. Już zbyt wielu jego kamratów zginęło. Dlatego martwił się o swojego towarzysza Gregora. Był młodym żołnierzem, który dopiero co przybył na wojnę do tego przeklętego miasta. Postanowił, że go ochroni. Na razie mu się udawało.
– Raczej
jestem cały.
– No ukryj swoją główkę za pniem, bo ci ją odstrzelą.
– Rozkaz,
kapralu – zażartował żołnierz. – Czemu my właściwie tutaj jesteśmy? Nic z tego
nie rozumiem.
– Nie tylko
ty. Wszyscy, tak myślę, tego nie rozumieją. Ale teraz to nie jest istotne.
Ważne jest, by przeżyć. I na tym się skup.
– Masz rację,
zbyt wiele tu śmierci wokół nas.
– Zbyt wiele
to fakt, ale czy mamy na to wpływ? Żaden. Po prostu karzą, a jak nie posłuchasz
kulka w łeb albo szubienica. Ot i cała prawda o nas.
– Ale to nie
jest nasza wojna!
– To już nie
jest niczyja wojna. To jest już wojna każdego z każdym. Jak myślisz czemu ci ludzie walczą?
– Właściwie nie rozumiem tego.
– Ja też nie
rozumiałem do czasu. Teraz już wiem czemu ono jest, bo ci biedacy chcą zdobyć
miasto nim wejdą tu ruscy i nie chcą tutaj sowietów i żyć pod ich uciskiem. Nie chą też nas, to znaczy Niemców, bo Niemcy mordowali i gwałcili ten naród. Dumny naród z dziada pradziada. Wreszcie to wybuchło i mamy to co mamy.
– Straszne.
– A żebyś
wiedział. Ale zapamiętasz moje słowa, jeszcze nie jedno zobaczysz!
Nagle zapadła
cisza. Strzały przestały padać z zabudowań klasztoru i kościoła.
– Teraz
zacznie coś się dziać. Uważaj. Miej oczy szeroko otwarte. – doradzał bardziej doświadczony wiarus.
– Dobrze.
W oddali
pojedynczy żołnierze podrywali się do biegu. Zygzakiem zbliżali się do
zabudowań. W ten sposób chronili się przed postrzałem.
Lecz nic
kompletnie się nie działo.
Było to co
najmniej zastanawiające.
Pierwsi z
tyraliery dotarli do wrót kościoła. Na podwórzu rozległy się krzyki żołdaków przeszukujących
zabudowania. Zaległa cisza.
– To dopiero
cisza przed burzą. Dopiero się zacznie. – wypowiedział beznamiętnie swoje słowa
Friedrich.
– To znaczy?
– To znaczy,
że nasi sprzymierzeńcy wyżyją się na biednych i niczemu winnych cywilach. Swoją
złość i swoją frustrację. Zobaczysz!
– Nic z tego
nie rozumiem.
– A ty
myślisz, że ktokolwiek coś z tego rozumie? Tutaj już nikt nikogo nie rozumie.
Tutaj już rządzi ludzkimi uczuciami nienawiść. A teraz i my zostaliśmy w tę
tragedię wplątani, jako wcieleni siłą do tej armii. I musimy czy chcemy czy też
nie być, niestety, tutaj.
Nie minęło
zbyt wiele czasu, gdy z łoskotem z kościoła wypadło trzech żołnierzy
szarpiących się z jakimś zapewne jeńcem. Po dłuższej chwili uspokoili niepokornego brańca kolbą mausera. Polak widać było, jak momentalnie się uspokoił.
Żołnierze poczęli go ciągnąć w stronę murku przy tym głośno rozmawiali.
Wreszcie dociągnęli go do miejsca przeznaczenia.
– Nie mieszaj
się w to, młody. To nie nasza wojna i nie nasza sprawa.
– Ale…
– Żadnego:
ale! – skończył jednoznacznie dyskusję Friedrich.
Gdy się Gregor
mu przyjrzał odkrył z przerażeniem, że oto ci z oddziałów posiłkowych
wyciągnęli z kościoła księdza. Zerwali z niego sutannę.
– Friedrich to
jest ksiądz! Słyszysz!
– Nie mieszaj
się. To nie nasza sprawa.
– Ale ja
jestem katolikiem. Nie pozwolę na to. Muszę coś zrobić. To przecież jest
ksiądz.
Gregor nie
słuchając ruszył w kierunku zdarzenia.
– Stójcie! To
przecież ksiądz.
Jeden z
żołnierzy odwrócił się. W kąciku ust gniótł niedopałek.
Splunął.
Gregorowi pod nogi.
– Taaaa…
Ksiądz. Przecież widzę – zwrócił się do grenadiera łamaną niemczyzną. – I co z
tego, ale to też Polak. I za chwilę z niego zrobimy żywą pochodnię. Odejdź w
pokoju. I nie plącz się tutaj, bo za chwilę do niego dołączysz.
Od rozmówcy
zaleciało przetrawionym alkoholem.
– To jest
ksiądz rozumiesz… A ja jestem katolikiem! – Gregor nie dawał za wygraną.
– Odstąp
młokosie… – żołnierz rosyjskojęzyczny chwycił za kaburę i począł ją odpinać.
– Zaraz!
Rączki weź oddal od tej kabury! – nakazał głosem nieznoszącym sprzeciwu
Friedrich. W rękach trzymał wymierzony automat w stronę oprawców duchownego –
Powiedziałem łapy! Gregor cofaj się do tyłu wycofujemy się. To rozkaz.
– Friedrich,
ale to ksiądz! Nie możemy…
– Niestety, w
tej sytuacji musimy. Nas jest znacznie mniej. Wycofujemy się. – od strony
kościoła i klasztoru wylegli z oddziałów pomocniczych żołnierze z batalionu RONA.
Powoli okrążali ich dwójkę.
Powoli cofali się do tyłu do przewróconego konaru. To tam mieli szansę przeżyć, gdy dostaną się za tę naturalną ochronę. A co było najistotniejsze, by przetrwać. Chwilę później dotarli do zbawiennego pnia. I zaczęło się coś niezrozumiałego…
Najpierw nie wiadomo skąd plunęło coś ogniem, a właściwie czymś, co przypominało błyskawice. Te gromy powaliły na ziemię kilku oprawców księdza. Gdy przebrzmiały grzmoty i huk w powietrzu zaległa martwa cisza, jakby przed burzą. Niespodziewanie w tej samej chwili zerwała się potężna zawierucha pomimo, że w pełni świeciło na niebie słońce. Podmuch rzucił kilkoma następnymi żołnierzami na odległy o jakieś sto metrów dalej kościół. Na koniec zza muru z ogromną szybkością runeła jakaś istota i pozostałych katów duchownego zarżneła szablą.
– Boże, kto to? Co to było? – nie wytrzymał
Gregor.
– Słyszałeś kiedykolwiek o „duchu”?
– Nie, pierwszy raz słyszę. Kim on jest?
– To na pewno był on. Wszystko na to wskazuje: gromy, ten dziwny podmuch
i ta szybkość. Ci którzy przeżyli o tym opowiadali. Siedźmy cicho. Może
uda i nam się przeżyć.
– Boże, co za
dzień…
– Jak każdych
z tych dni, jakie musimy przetrwać w tym piekle.
– Franek
śpisz? – zapytał się cicho Darkar chłopaka.
– Zasypiam, a
co?
– Wiesz to
chyba nasza ostatnia noc, chciałem trochę z tobą pogadać. Wyjaśnić…
– Co takiego ?
– Powiedzieć ci kim jestem. Czuję, że niedługo stąd odejdę. Nie jesteś ciekaw? Chcę by po mnie coś pozostało.
– Oczywiscie, że jestem,
każdy z nas tutaj jest ciekaw. Nigdy nie chciałeś o tym rozmawiać więc nie
pytaliśmy się. Każdy z nas widzi, co dla nas robisz. Nie rozumiem, jak to
czynisz, ale nie jest to ważne.
– Uciekałem.
– Ty
uciekałeś? Czy to jest w ogóle możliwe?!
– Tak. Nie jestem aż tak silny i wyjątkowy, jak wam się wydaje. Są istoty potężniejsze ode mnie. Uciekłem, bo jedna z potężnych istot mnie ściga . Mam wyrok śmierci. Już raz z nią walczyłem, niestety, przegrałem z kretesem.
– Nie mogę w
to uwierzyć. Po tym, co dotychczas zobaczyłem. Ty jesteś niezniszczalny!
– Ależ jestem.
Można mnie zabić, jak każdego z was. Ale nie o tym z tobą chciałem rozmawiać.
– Zatem?
– Czuję, że
mój prześladowca jest na moim tropie i niedługo zapewne mnie już dopadnie.
Czuję jego oddech na swoich plecach a on czuje, że jestem już blisko. Muszę
spróbować jeszcze coś zrobić nim mnie dopadnie. A nadarza się wyśmienita
okazja. Wiesz, czuję, ze muszę to jeszcze zrobić nim odejdę z tego świata
głębionego przez te zagony istot ciemności. Próbuję robić to, co mogę, by
pokonać zło, które panoszy się po tym i po innych światach. Pamiętaj trzeba,
być dobrym za wszelką cenę. Nie wolno pozwolić, by zło zwyciężyło. Napisz to w
swoim pamiętniku, opisz wszystko co zobaczyłeś, całe to zło, te zwłoki wokół
was. Nie wolno pozwolić, byście o tym zapomnieli. Trzeba ostrzec innych,
następne pokolenia, że gdy skończy się ta wojna nie wolno zapomnieć, by nie
powtarzać starych błędów i zbrodni.
– Oczywiscie opiszę, ale kim ty jesteś? Skąd przybyłeś Kazik?
– Nie nazwywam się Kazik, nazywają mnie Darkarem wojownikiem białej gwiazdy...
I tak zaczyna się opowieść...
