To nowy mściciel przybył,
By bronić waszych praw
Istoty światła,
To nowy mściciel przybył,
By mesjasz w pokoju mógł
Odejść daleko, daleko tak,
To nowy mściciel przybył,
By obronić przed zagładą
Ten jeden z wielu
- dla nas jedyny świat.
– Dziadku, nie możesz tego zrobić. Mówię ci jeszcze raz nie, do jutra nie poczekamy! Zakończ swoją opowieść tu i teraz! – zaperzyła się mała
dziewczynka w oberży.
– Córeczko moja, perliczko mała, czy możesz zrozumieć, że dziad jest już
zmęczony tą długą opowieścią!? – wymamrotał bajarz.
– O nie, ty przebrzydły dziadzie! Nie odpuszczę, obiecałeś nam, że opowiesz co się stało do momentu aż Darkar podejmie wyzwanie, czyż nie!? – nie dawała za wygraną dziewczynka.
– Jutro dziecinko też mamy dzień i jutro wam opowiem, dobrze!?
– Nie dziadzie, nie! Tak jak ostatnio miałeś opowiadać i co? Nie było
cię, poszedłeś sobie o świtaniu bóg jeden wie gdzie! Czekaliśmy tyle czasu, aż znów tutaj przybędziesz. Ot, gadaj i to teraz, gadaj! – wykrzyczała z furią mała blondyneczka o kręconych lokach.
Dziad spojrzał się spod krzaczastych, siwych brwi na dziecinkę i głośno
westchnął. Odstawił kostur i sięgnął po kufel piwa. Pociągnął
spory łyk.
– Oj, Julka, Julka, z tobą tak zawsze, ciągle ci mało, ciągle się z dziadkiem
wykłócasz. Czy przystoi to tak młodej, dobrze wychowanej pannie?
– Dziadku – już łagodniej odezwała się dziewczynka –
opowiedz nam to o co cię proszę i dam ci spokój.
– Nie mam wyboru, nieprawdaż?
– Nie masz dziadku! Nie masz dziadku! – chórem zawołały dzieci
zgromadzone w gospodzie.
– Tako więc
słuchajcie…
***
Darkar wraz z Sinoe opuścili obóz Rodgara de Zuuw w
sposób nie spotykany. Wojownik nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Nie
wiedział w ogóle czy cało z tej podróży ujdzie. W pewnym momencie stracił przytomność i stwierdził potem, jak niewiele z tego wydarzenia
pamiętał.
Okazało się, że Darkara i Sinoe, jak leżeli obok
siebie na bagnach Palonnii odnalazła Silvie wraz Kelornem. Podobno leżeli tak
pokotem cały dzień, gdy w tym samym czasie szukali ich towarzysze.
Jednak stan Sinoe okazał się poważny. Należało więc podjąć decyzję, co
można było zrobić, by uratować niziołka od przemiany w wampira. Zgodnie z
opinią Silvie zostało już niewiele czasu na ratunek dla przyjaciela Darkara.
Zadawali sobie pytanie, jak go ratować, ale nikt nie znał na nie odpowiedzi.
Wreszcie Kelorn powiedział, że być może wie, kto może pomóc niziołkowi, ale nie
był całkowicie tego pewien. Podjęli więc wspólnie decyzję, by wyruszyć do
Nieprzebytego Lasu, gdzie zamieszkuje Kapłanka Sił Natury. Zgodnie z opinią Kelorna
to była jedyna szansa na ratunek dla Sinoe. Cóż mieli do stracenia?
Wyruszyli w drogę wraz z potrzebującym pomocy.
***
Po długiej i wyczerpującej podróży dotarli do miejsca zwanego bramą królestwa natury. W tym miejscu, rządziła tylko i wyłącznie Matka Ziemia i jej kapłani. Ten święty teren był od reszty bagien i całego świata odizolowany murem z drzew. Drzew wszechpotężnych, wyrosłych w zamierzchłych czasach. Każdy rozsądny podróżny omijał ten teren z daleka. Nikt nie miał tam wstępu i nikt się nie starał tam dotrzeć z prostej przyczyny: ten który tam wstąpił nie proszony nie opuszczał tego tajemniczego miejsca. Słuch za nim ginął.
Jednak oni nie mieli wyboru. Musieli przekroczyć bramę nieznanego. Podjęli to ryzyko dla ratowania życia przyjaciela.
– Stój
wybrańcze! Powtarzam stój! – zawołał w leśnej głuszy bezbarwny głos,
spotęgowany echem odbitym od rosłych drzew.
– Kto mówi!? –
krzyknął Darkar podświadomie chwytając szablę w dłoń.
– Czy chcesz swe życie oddać za jego życie?
– Kto mówi!?
– My wiemy w jakim celu tutaj przybyliście. Tak, tak wiemy. – odpowiedział mu głos.
– Wiecie?
– Tak, wiemy.
Ratować mesjasza jednego przed zagładą z ręki Pana Czarnego!
– Głosie, my wędrujemy do Kapłanki Natury błagać o pomoc dla naszego towarzysza.
– Kapłanka nie
jest zainteresowana sprawami waszego świata. Nie pomoże mesjaszowi.
– Cóż mogę
uczynić, by Kapłanka zechciał nas obdarzyć swoją łaską?
– Oddaj
naturze to, co dla ciebie najcenniejsze. Czy masz coś tak ważnego co warto poświęcić dla przyjaciela!? Wtedy
Kapłanka, być może, zechce wesprzeć twoją sprawę, bo będziesz godzien
jej wysiłków. Czy zrozumiałeś!?
– Nie! Mów
jaśniej!
– Rzekłem
tedy: życie oddaj, to oddamy ci życie twego przyjaciela! Gotów jesteś na to?
– Skoro tego żądasz to je bierz. Skoro to może mu pomóc, to niechaj dalej
żyje, ja już znam odpowiedź na mój sen. On bardziej godzien tego, by żyć. Ja
nie jestem tego wart. Uczyniłem tak wiele złego, że ta ofiara będzie godna mego
odkupienia. Może ktoś zauważy, to gdzieś tam w innym świecie!? Śmiało!
– Skoro tak mówisz, to je biorę!
Wtem, niespodziewanie w powietrzu poczuli miły i słodki zapach. Zapach
kwiatu zwanego kwiatem lotosu. Ten wdzierał w nich się tak gwałtownie i
mocno, że nie wiadomo kiedy posnęli w bramie królestwa natury.
***
– Gdzie ja jestem? – zapytał się ledwo, co oprzytomniały Darkar.
Rozejrzał się z ociąganiem dookoła, ale nie zobaczył żadnego z przyjaciół tylko tuż przy nim stał starzec. A zaraz za nim wiła się rzeka, w której woda leniwie płynęła swym nurtem. A brzegi zdobiło gęste sitowie.
Starzec zaczął mówić.
– Jesteś w dniu swojej próby. Od niej zależy życie twoje, Sinoe i twoich towarzyszy podróży. Kapłanka Natury nie interesuje się otaczającym ją światem, ale tym razem uczyni wyjątek. Bo jeśli udowodnisz, że jesteś godzien miana mściciela, to nie tylko uratujesz Sinoe oraz przyjaciół, ale również uchronisz przed zagładą Matkę Ziemię, ale musisz przebyć szczęśliwie drogę w królestwie śmierci i zniszczenia, do którego podążysz. Będziesz musiał pokonać swoje lęki, a to nie będzie łatwe zadanie. Jeśli natomiast nie podołasz – to zginiecie i pozostaniecie tutaj, jako część otaczającej was natury, tak jak wielu innych tutaj spoczęło, bo nie sprostali zadaniu. – rzekł starzec.
– O czym ty mówisz starcze? – zapytał niepewnie Darkar.
– O tym, że poddałeś próbie to, co jest w tobie najcenniejsze – swoje życie. Byłeś skłonny poświęcić je dla tego niziołka. Uczyniłeś więc pierwszy krok na drodze ku temu, by przepowiednia mogła się w wypełnić. Ale nie będę ukrywać, że pierwszy krok był najłatwiejszy.
– Co mogę jeszcze uczynić?
– W lesie jest pieczara. – starzec wskazał kościstym palcem linię drzew. – A w niej wasz los. Jak dotąd nikomu nie udało się jej przejść.
– Co w niej czeka?
– Tego już nie wiem młodzieńcze. Ale jeśli jesteś tym, za kogo cię mamy, przemierzysz tę grotę i uratujesz Sinoe, by przepowiednia mogła się spełnić. Jeśli nie dasz rady, to nasz i równoległe światy ulegną zagładzie. Cała nadzieja w tobie, Darkarze.
– Znasz moje imię?
– Owszem, przygotowywałem świat na twoje przybycie. Jam jest Hironiusz. Lecz to nieważne, pamiętaj, musisz uwierzyć, że to ty jesteś wybrańcem, by przeżyć. Musisz pokonać swój pierwotny strach. Ufam, że ci się powiedzie.
Darkar miał jeszcze wiele pytań do starca. Lecz nie zdążył o cokolwiek zapytać, prorok znikł tak szybko, jak się pojawił.
Darkar powoli wstał, by ruszyć do pieczary.
***
Wojownik czuł, że ścieżka, którą podążał jest właściwą
droga ku przeznaczeniu. A to był już następny znak, że Sinoe mógł mieć rację.
Darkar zatrzymał się na chwilę przed wejściem do
groty.
„A jeśli to jest tylko mój sen? A jeśli nie jestem tym
wybranym?”
Pomimo wątpliwości ciążyła na nim odpowiedzialność za
życie Sinoe i przyjaciół. Miał świadomość, że nie zostawili go w potrzebie i
pomogli mu uwolnić niziołka z opresji. Wiedział, że właśnie dlatego nie może teraz
zawieść, zwłaszcza tych wszystkich, którzy bez chwili wahania oddaliby swoje
życie za to, by przepowiednia miała szansę się spełnić.
Zrobił pierwsze kroki i wszedł do groty.
Wchłonął go mrok.
W pierwszej chwili nie mógł nic dostrzec, lecz w
krótkim czasie oczy wojownika dostosowały się do ciemności, a mężczyzna
zauważył w grocie ogromne, stalowe drzwi, które odcinały dostęp do dalszej
części jaskini.
Ruszył ku nim.
Gdy do nich dotarł otwarły się same z siebie.
Nagle zabłysło oślepiające światło, które rozświetliło
jakiś dziwny korytarz.
– Witamy pana w bazie New w Raju. Życzymy miłego
pobytu w imieniu dowództwa floty – rozległ się sztuczny głos.
– Jak się czujesz? Skąd przybyłeś? Widzę cię, a ty
mnie nie! – odezwał się inny drwiący głos.
– Coś za jeden? – zapytał się niepewnie wojownik
przygotowany na niespodziewany atak.
– Jakie to ma znaczenie? – odpowiedział rozbawiony
głos.
– Dla mnie ma!
– Zatem obejrzyj się za siebie.
Darkar odwrócił się i zobaczył wychudzoną, zniszczoną postać.
– I co, jak ci się podobam? – zapytał sarkastycznie nieznajomy.
– Nie ma dla mnie znaczenia, jak wyglądasz!
– Nie ma?
– Nie, nie ma!
– A wiesz kim jestem?
– A powinienem?
– Może dam ci podpowiedź?
– Nie potrzebuję odpowiadać na twoje zagadki. Nie mam
na to czasu. Muszę ratować przyjaciół.
– Ale czy istota, taka jak ty może ich uratować?
– Podobno tylko ja mogę to uczynić!
– Powiem ci więc kim jestem. Moje imię brzmi… –
nieznajomy zrobił efektowną pauzę – … no dalej Darkarze przecież mnie znasz! Ach,
udajesz, że jest inaczej. Nazywam się Darkar! To nie zbieżność imion. Jestem
odbiciem twojej duszy. Jestem twoim sumieniem, po tym, co uczyniłeś innym. Jak
teraz ci się podobam?!
Darkar spojrzał na typa, który stał przed nim. Nie bardzo wiedział w co się wpakował. Ale był w dziwnym miejscu, jakiego dotychczas nigdzie nie widział. Koleś stojący przed nim w żadnym najdrobniejszym szczególe nie przypominał jego samego. Zresztą to musiała być jakaś bzdura. Bujda, by wprowadzić go w błąd.
– Jeśli mam tak wyglądać, jak ty żebraku, no to nie podoba mi się.
– Więc, czy
mógłbyś mi odpowiedzieć na jedno małe pytanko? – uśmiechną się nieprzyjemnie
chudzielec.
– Pytaj.
– Jak więc
sobie wyobrażasz, że człowiek, istota światła o tak marnej duszy jest w stanie
uratować świat?
– Nie po to tutaj jestem, zreszta nie ja to powiedziałem, nie była to moja wiara, ale tego, którego chcę ratować. Być moze to jest moje odkupienie?
– A wiesz, co
ja myślę. Nie będzie ci dane uratować Sinoe. Nie może być ci dane, bowiem jak
istota tak grzeszna i przeklęta przez tak wielu, jak ty może zbawić ten świat!
Nie to nie jest możliwe, by ogień ogniem gasić! Dlatego daruj sobie to marne
przedstawienia, zawróć i żyj w tej krainie. W krainie Mai. Jeśli pójdziesz
dalej to przegrasz. Zginiesz. Umrzesz. Zrozumiałeś to?
– Wiesz, nigdy nie wierzyłem, że jestem jakimś wybrańcem. Dopiero powoli zaczynam to sobie uświadamiać. Te wszystkie zdarzenia, to wszystko jakoś zaczyna się układać w jedną układankę. Do końca jej nie rozumiem, ale myślę, że już niedługo, jak uratuję niziołka to wszystko jakoś ułoży się w jedną historię. Póki co w to nie wierzę.
– Czy myslisz, że twoja winą jest tylko to, że twoi przyjaciele przez ciebie dzis zginą? Otóż nie. Pamiętasz swoich rodziców? Wiesz kim jesteś?
– Przecież wiesz, że ich nie pamiętam. Bo skąd miałbym ich pamiętać. Jestem znajdą.
– To wiedz, że ich też masz na sumieniu. Ale zaraz tych, którzy ciebie wychowali wraz z przyrodnia siostrą też powinieneś wziąść na swoje sumienie. Dzięi tobie wszyscy nie zyją.
Darkar nagle upadł na ziemię. Wyglądał, jakby śnił lub zmarł. Zobaczył przed oczami obraz, którego nie pamiętał.
***
Nadchodził, jakby mogło
się wydawać, zwyczajny i spokojny wieczór, jak co dzień. Krwawa poświata
zachodzącego słońca, ubarwiła sobą cały nieboskłon w koloryt pomarańczy i czerwieni. Drzewa kładły się na ziemi
długim cieniem. Nadchodził zmierzch.
Istoty światła kończyły
pracę na polach. Nadzorcy powoli, a zarazem hałaśliwie, poganiali robotników o
zniszczonych twarzach, w łachmanach do szybszego opuszczenia miejsca pracy.
Każdy kto spojrzałby na to całe zamieszanie, a byłby znawcą zwyczajów, jakie
tutaj zwykle obowiązują od wielu pokoleń, stwierdziłby, że to jest taki sam
dzień, jak wiele innych.
Jednak dla uważnego
obserwatora nie wszystko przebiegało zwyczajnie. Z dala od rolnych pól nad
rzeką, jakaś para, kobieta wraz z mężczyzną wykonywała jakąś ważną czynność. Z
daleka wyglądało to tak, jakby te istoty coś pakowały. Można było dostrzec
nerwowy pośpiech. Ktoś, kto obserwowałby ich z boku, doszedłby
do wniosku, że do małej łódeczki wkładali ruchome, żywe zawiniątko.
Nagle od strony wsi
dotarł do uszu pary przeraźliwy skowyt, zatrwożone
głosy, zwierzęce ryki konających w męczarniach. Wśród tych dźwięków można było
wyłowić szlochy kobiet i kwilenie dzieci. W powietrzu wyczuwało się
wszechobecny lęk.
Mieli świadomość, że będą
musieli bardzo długo cierpieć, by wreszcie z ulgą przyjąć śmierć, jako wybawienie
od potwornego bólu miażdżonych i wyrywanych z ich własnego ciała stawów i
członków. Wielokrotnie widzieli tę chwilę w snach; wielokrotnie zadawali sobie
to samo pytanie: czemu to im okrutny los wyznaczył taką rolę w tej historii?
Lecz nigdy nie uzyskali na nie odpowiedzi.
Jęzory ognia trawiły już
wieś. Wtem okolicę pogrążyła cisza.
W ich stronę biegł
zakrwawiony chłop, którego prowadzili na postronku czarni jeźdźcy. Dosiadali
olbrzymich karych koni, ich głowy skrywały czarne kaptury, a twarze zasłaniały
straszliwe maski. Te upiorne zasłony przerażały wszystkich tych, którzy mieli
nieszczęście ujrzeć je, jako ostatnią rzecz w swoim życiu. Był to rozpoznawczy
znak Czarnej Gwardii Imperatora. Tam, gdzie przybywali jej wojownicy zabijano
wszystko, co było żywe.
Ludzie powiadali,
że ci zbrojni nie mieli ludzkich uczuć. Byli
niewzruszeni oraz ślepo posłuszni swemu Upiornemu Panu.
Gdy ta para powoli w
męczarniach ginęła, ci, którzy później o tym opowiadali, twierdzili, że tyle
bólu, ile oni wytrzymali, nikt wcześniej nie był w stanie znieść. W trakcie
przesłuchania, a zarazem cierpienia zadawanego przez oprawców Imperatora w
odpowiednich dawkach , obydwoje pragnęli jak najszybciej umrzeć. Owa
śmierć była dla torturowanych jedynym wybawieniem od męki.
Mówią, że matka nigdy nie
zdradzi swojego szczenięcia nawet wtedy, gdyby go miała próbować ochronić przed
silniejszym od niej drapieżnikiem. Bo czegóż nie uczyni rodzicielka dla
własnego dziecka. A zwłaszcza, gdy ono zostało wbrew swej woli wybrane na
mściciela. I nie zdradziła tym razem.
Wreszcie dowódca dał
znać, by ścieli torturowanych.
***
– Tato, tato coś
tam płynie… – dziewczynka rezolutnie pokazała swoim malutkim paluszkiem
majaczący kształt w oddali – Tato, tato spójrz tam… – najwyraźniej
niecierpliwiło się dziecko.
– Gdzie kochana
córeczko, gdzie? – zapytał się mężczyzna w średnim wieku, leniwie
podążając wzrokiem za palcem dziewczynki. Jednocześnie nie odrywał swojej uwagi
od czynności, którą w tej chwili wykonywał. Jednak córka nie dawała za wygraną.
Ponaglanie ojca przez uparte dziecko spowodowało tylko, że był zły na całą
sytuację. Nie cierpiał, jak ktokolwiek odrywa go od jego ulubionego wypoczynku
nawet jeśli to jest jego własna córka. W końcu dał za wygraną. Zrezygnował, jak
mu się wydawało tylko na krótką chwilę z wędkowania. Gdy podejmował tę decyzję
próbował się sam przed sobą usprawiedliwiać. Po prostu stwierdził po krótkim
namyśle, że nie jest w stanie obserwować miejsca, jakie wskazywała mu córka i
jednocześnie łowić ryby. Przy tym miał pełną świadomość tego, iż jego latorośl
ma tak samo uparty charakter, jak on, dlatego nie da mu spokoju nim on
nie spełni jej prośby.
– Tam tatusiu, tam na
środku rzeki. No, popatrz tatulu! – krzyknęło coraz bardziej zniecierpliwione
dziecko. – Tato patrz i zostaw to swoje wędkowanie! Czemu nie chcesz
spojrzeć....
Mężczyzna, dając
ostatecznie za wygraną, zmarszczył nos z wysiłku, a może ze złości. Mimo to z uwagą zlustrował rzekę. Początkowo nie mógł nic dostrzec po za
refleksami świetlnymi odbijającymi się od spokojnej tafli wody. Po pewnym
czasie, gdy jego wzrok zdążył się oswoić do refleksów świetlnych dostrzegł jakiś rozmyty kształt. Powoli
majaczący i niesprecyzowany przedmiot począł przypominać mu coraz bardziej
zarys małej łódeczki.
Mężczyzna opuścił do wody
wiosła. Powoli zanurzył je w toni i odepchnął się nimi nadzwyczaj mocno w kierunku
dziwnego konturu. Minuta po minucie byli coraz bliżej celu. Wreszcie dziewczynka krzyknęła:
– Tato, tam chyba
jakieś dziecko płakało! Tato, słyszysz to?
Faktycznie mężczyzna
jakby usłyszał, dobiegające z łupinki kwilenie niemowlęcia. Zdenerwował się.
Przez głowę przebiegła mu jedna myśl, że przecież to nie było absolutnie
możliwe, by koszmary jakie miewali i on, i jego małżonka miały jakąkolwiek
szansę się ziścić w rzeczywistości. Zlecili czarownicy wykonanie wróżb i guseł na tą okoliczność. Czarownica pewna swoich egzorcyzmów dobitnie
stwierdziła, że są to zwykłe koszmary spowodowane nawiedzającą ich domostwo
zmorą.
Gdy tak teraz stał na
krypie, kołysząc się wraz z sennym nurtem rzeki patrzył przed siebie
nieprzytomnym ze strachu wzrokiem. Nasłuchiwał, jakby miał jeszcze jakąkolwiek
nadzieję na to, iż tylko wiatr tak szumi w sitowiu, a nie dobiega jego uszu
płacz dziecka. Lecz tak szybko, jak pojawiła się w jego sercu nadzieja na
szczęśliwe zakończenie dzisiejszego dnia, równie szybko opuściła go ta pociecha.
Przestał mieć jakiekolwiek wątpliwości, gdy ujrzał, iż trzciny jednak się nie
uginają pod naporem domniemanej bryzy.
A jeśli to czarownica nie
miała racji? Jeśli jej zapewnienia są tylko kłamstwem lub czczym wymysłem zaś
teraz ich sny okażą się proroczymi? Czy to znaczy, że nie mają już żadnego
wyboru, bo przeznaczenie podjęło za nich decyzję? Czy to znaczy, że powinni
poddać się swojemu losowi – okrutnemu biegowi następujących po sobie wydarzeń?
Rozmyślania przerwała mu jego córka, która była coraz bardziej
podekscytowana.
– Tatulu, to mała
łódeczka, i tam, tam jest… Chyba dziecko, takie maluśkie.
Coraz bardziej bał się. Na chwilę przestał wiosłować, jakby to miało coś zmienić. Zamknął oczy. Miał nadzieję, że gdy je za moment otworzy nie ujrzy sceny ze swoich snów; nie ujrzy tuż obok na rzece tej łupinki i płaczącego w niej niemowlęcia. A potem wszytko wróci do starego, dobrego życia... Niestety, po otwarciu powiek nic się nie zmieniło. Córka była szczęśliwa. Poganiała ojca.
Miał tego dość. Wiedział już, że przeznaczeniu nie umknie. Chwycił wiosła. Dulki zaskrzeczały swoim cienkim piskiem. Wykonał kilka szybkich ruchów i złożył wiosła do wnętrza krypy. Łódź znacznie przyśpieszyła. Wstał, odwrócił się powoli ku dziobowi. Ruszył ku niemu pogodzony z tym co miało za chwilę nastąpić. Wielokrotnie widział to w snach. Był zrezygnowany. Nie mógł nic na to poradzić.
Spojrzał przed siebie.
Znał ten obraz od lat. Nie musiał nawet spoglądać w stronę łupinki, by
wiedzieć, co tam znajdzie. W łódeczce znajdowało się małe dziecię, w zasadzie
noworodek. Miało czarne oczy, jak węgielki, ładniutką twarzyczkę i było chłopcem.
Tego był pewien.
A może, by je zostawić albo utopić? Przecież na rzece tak wiele może się zdarzyć wbrew naszej woli. A może nie zauważyć tego dziecka i sprawa sama się rozwiąże?
Znał jednak na te pokusy odpowiedź. Nie mógł tego uczynić, bo jakaś siła wyższa czuwała nad tym malcem i nie mogła pozwolić na to, by ktokolwiek, a zwłaszcza on, mógł zrobić temu niemowlęciu jakąkolwiek krzywdę. Skoro więc ta dzidzia przeżyła w łódeczce sama bez niczyjej pomocy, czy więc potrzeba lepszego dowodu?
***
Darkar otworzył oczy. Nie był juz w dziwnym korytarzu, ale w jakieś wiosce. Zmarszczył brwi i dostrzegł, że stoi z boku, a wydarzenia dzieją się wokół, jakby go tutaj w ogóle nie było. Był po za nimi. Dostrzegł chłopca i ... Rozponał to miejsce, to było pobojowisko po najeździe na jego sadybę jakiegoś żołdactwa, przedstawiało widok wielce makabryczny, zwłaszcza dla chłopca, jakim wtedy był Darkar. Wszystko, co było żywe zostało zgładzone.
Zwłoki pomordowanych mieszkańców leżały wokół. Nikt ich nie pochował. Zgliszcza się dopalały. Darkar przedzierał się przez morze zwłok. Szedł slalomem, przynajmniej starał się je omijać na ile to było możliwe. Ofiary najazdu miały nienaturalnie wytrzeszczone, szklące się przerażeniem oczy. A przecież wszystkich znał. Miał ochotę stanąć tam gdzie teraz był i krzyczeć z żalu i bólu. Najgorsze jednak było przed nim. Na łatwy bowiem żer w to miejsce wybrali się okoliczni padlinożercy. Próbował odganiać kijem te bestie i chronić ciała. Nie mógł znieść widoku rozszarpywanych swoich przyjaciół, tak jak swojej koleżanki z podwórka Mariki.
Zwymiotował.
Błądził zrozpaczony większą część dnia po opustoszałych ulicach. Wreszcie skierował się ku domowi w poszukiwaniu rodziców, odnalazł ich szybko. Zostali wbici na rzeźnickie haki, na których zazwyczaj obrabiano świnie. Do oczu chłopca nabiegły łzy. Zastanawiał się czemu to ich spotkało. Czemu to spotkało małą Marikę, starego Manfreda, i tych wszystkich innych, którzy leżeli pośród zgliszczy.
Zastanawiał się cały czas: a co z nim? Czemu przeżył? Przecież gdyby wczoraj wrócił z podarunkiem do domu to... Pewnie też, by wisiał obok rodziców.
Spojrzał któryś z rzędu raz na swojego nieszczęsnego ojca i nieszczęsną matkę. Pomyślał o tych, których mijał po drodze.
Nagle obraz znikł. Pojawił się znów ten dziwny korytarz i chudzielec. Sarkastycznie rzekł do wojownika:
– I co naprawdę nadal uważasz, że jesteś tym wybrańcem? Ile ma jeszcze tobie bliskich osób zapłacić życiem, byś zrozumiał, że to nie ty nim jesteś, a twoja walka jest daremna? Mało już skrzywdziłeś istot światła, pomordowałeś za krwawe pieniądze? Taka kreatura, jak ty nie jest godna miana mściciela.
Darkar spojrzał się na adwersarza. Uniósł głos.
– Ja własnie myślę, że to jest właśnie szansa bym odkupił swoje uczynki, oddał to coś, co zabrałem innym. Dał nadzieję. Pragnę mieć w końcu spokojny sen. Dlatego mnie nie zatrzymasz. Postanowiłem, że idę. Takie widocznie moje przeznaczenie. Wiesz, często się budzę, jak sobie przypominam we śnie te wszystkie twarze zgładzonych. Często nie mogłem spojrzeć w lustro na swoje odbicie . Ciągle, gdzieś przed tą odpowiedzialnością uciekałem! Ale teraz wiem, czas najwyższy zrobić krok we właściwym kierunku. Nie boję się śmierci. Boję się tylko życia, życie w tej chwili jest dla mnie okropniejsze niż unicestwienie. Ono jest mym kochankiem i wybawieniem. Nie jesteś w stanie tego zrozumieć.
– Zaczekaj! A może jeśli ci powiem, że w Mai czeka na ciebie piękna i powabna księżniczka, która ciebie pokocha i zapragnie!? – chudzielec oblizał swoje usta, potęgując wrażenie brzydoty swojego ciała. – Może jednak ta perspektywa jest znacznie ciekawsza niż niepewna walka. – zachęcał Darkara nieznajomy. – Będziesz miał rodzinę, dzieci, dożyjesz pewnej starości. Ten świat, ani inne światy nie upadną jeszcze za twego życia i życia twoich dzieci. Może to jest własnie to twoje odkupienie: spłodzenie potomstwa. Dasz im to, co w tobie najlepsze. Wychowasz ich na lepsze istoty niż ty sam. Zastanów się. Przecież zawsze o tym marzyłeś. Już dawno temu postanowiłeś zostawić poza sobą te stare życie. Dlatego tutaj jesteś. To rozwiązanie twego snu.
– Wiesz, co – zagaił Darkar – nie jestem zainteresowany. Dałem słowo małemu Sinoe i mam zamiar je wypełnić, a ty nie jesteś w stanie mnie przekonać do tego, bym zaprzestał realizować to, co sobie zaplanowałem. Więc odpuść sobie i nie namawiaj mnie żebym zdradził swojego przyjaciela. Myśl, że nie wiem po co mnie mamisz? Grzebiesz w mojej głowie? Chcesz mi wmówić to, czego na pewno nię będzie. Jeśli zawrócę oni umrą. A nawet gdyby tak nie było, to jakie to życie, gdy zdradzasz swoich przyjaciół i zostawiasz ich na pewną śmierć? Już raz, gdy nie miałem sił, pozwoliłem umrzeć moim rodzicom i mojej siostrze. Nigdy więcej.
– Zaczekaj może warto jednak nad tym się zastanowić! – kusił nadal wojownika chudzielec.
– Ja już podjąłem decyzję i nie mam w zwyczaju tego, co postanowiłem zmieniać. Żegnaj więc moje sumienie lub czymkolwiek jesteś? Mam przynajmniej szansę na odkupienie swoich win. Zatem przestań. Daremny twój trud.
I ruszył przed siebie tym dziwnym korytarzem.
***
– Cholera – Darkar zaklął pod nosem.
Znów się potknął o kupę kamieni zalegających w tym korytarzu. Znów
stracił równowagę. Znów dotarł do miejsca, które była tak dziwne, tak inne od
tego, co dotychczas widział w swoim życiu.
Pod sufitem błyskały pomarańczowe pochodnie, dziwnym przerywanym
światłem. W całym tym korytarzu nie zobaczył od dłuższego czasu nikogo, ani
niczego, co by pomogło mu w wędrówce ku wolności.
– Mały zbliżasz się do strefy śmierci – nagle, nie wiadomo skąd, ten
dziwnie sztuczny głos zakomunikował Darkarowi ostrzeżenie.
– Jest tutaj kto? – rozejrzał się wokół czujnie wojownik. Nie był jednak
w stanie dostrzec nikogo.
– Przejdziesz kilka kroków … No cóż…Zginiesz.
– Nie zamierzam jeszcze umierać.
– Wiemy, dotychczas to ty odbierałeś innym to, co jest najcenniejsze:
życie. Sumienie ostrzegało ciebie. Nie posłuchałeś więc, zginiesz.
– Czas pokarze głosie!
– Ale wiesz, co mam dla ciebie propozycję. Rzuć to wszystko w diabły i
wróć do Mai, do księżniczki, która tak z utęsknieniem na ciebie czeka! Co ty na
to? Czyż nie lepiej wybrać życie niż śmierć?
– Głosie powiem ci tak, jeśli mam zginąć, trudno wreszcie i mnie to
spotka. Zawsze, kiedyś w swoim życiu spotkasz lepszego od siebie. Jest to
ryzyko wkalkulowane w nasz zawód. Ale odpowiem ci jeszcze na jedno pytanie,
jeśli mam żyć i nie móc zasnąć w nocy, a stojąc przed lustrem mam ochotę zabić
tego faceta, to wolę zginąć.
– Pamiętaj możesz jeszcze się
wrócić! – nalegał głos.
– Nie, ruszam dalej przed siebie.
Głos zamilkł tak samo nie spodziewanie, jak się pojawił.
Zgasły wszystkie światła, nawet te z błyskających pomarańczowych pochodni.
Darkar ruszył ponownie przed siebie. Z pochwy na plecach dobył szablę.
Skradał się bardzo powoli wzdłuż ściany kamiennego korytarza. Gdy tak przebywał
następne metry w ciemnościach, nagle w oddali zamajaczyły fosforyzujące ślepia.
Wojownik wyczuł smród gadziny. W powietrzu można było wyczuć nagromadzony
ładunek agresji i chęci mordu.
Darkar przystanął na chwilę oceniając swoje położenie. Nie był zadowolony
z tego miejsca, jako pola do obrony przed tym potworem. Był pewien, że to coś
już go zauważyło, bo usłyszał, jak gadzina węszy.
To była bardzo krótka chwila, gdy zbrojny połapał się w tym, że potwór
jest już przy nim. Nie miał nawet czasu pomyśleć, jak to możliwe, że on nie
zauważył ruchu bestii, która na niego natarła bez pardonu. Nie dostrzegł tego
momentu, gdy bestia ruszyła na niego do ataku. Nie namyślając się wiele uderzył
przygotowaną szablą na oślep, przed siebie, by zyskać trochę czasu na
przygotowanie jakiejkolwiek skutecznej obrony. Ale na bestię to nie podziałało.
Darkar silnie odskoczył do tyłu, wykonując salto. Dzięki temu zyskał kilka
metrów buforu pomiędzy nim a tym czymś.
Gdy wyczekał do ostatniej chwili spróbował uderzyć jeszcze raz i zgładzić
to coś. Jednak nie trafił w potwora szablą. Potwór za to, jakby nie czuły na
ciosy wojownika, silnie uderzył Darkara swoim potężnym ogonem.
Wojownik próbował się jeszcze bronić, ale nie miał najwyraźniej szczęścia, którego do tej pory
mu nie brakowało. Upadł tak niefortunnie, że uderzył bardzo silnie skronią o
wystający z posadzki kamień. To wystarczyło, by
w ostatnich sekundach lotu ku posadzce pomyślał, że oto nadchodzi jego
koniec.
Zresztą kiedyś
musiało się to ziścić.
***
Rodgar de Zuuw posępnie siedział na pieńku drzewa. W wyniku nie
spodziewanej potyczki z wilkołakami, jego wampiry ucierpiały na tyle mocno, a
sytuacja była na tyle groźna, że na krótką chwilę wszystkie siły skierował do
obrony obozu. Na straży przy więźniu został tylko on i mugr. Jednak w miejscu
przetrzymywania mesjasza pojawił się niespodziewanie nieznajomy wojownik w skórzanym
kaftanie i kolczej koszuli pod nim. Zanim zdążyli cokolwiek uczynić to obydwaj
zostali obezwładnieni. Na chwilę jednak spotkały się ich oczy Rodgara de Zuuw i
napastnika. Był pewien, że widział taki wzrok tylko raz w życiu. Miało to
miejsce, gdy na rozkaz Czarnego Pana najechał męski klasztor w Klimazonii.
Znakomicie pamiętał to zadanie. Mieli porwać następcę tronu Marchii. Imperator
odnalazł jego aurę po wielu latach poszukiwań. Wtedy widział ostatni raz
spojrzenie, które go zatrwożyło. Było tak niesamowite. Władcze.
Wpatrywał się w związanego Maktara. Mugr zaraz po walce został na
polecenie pierwszego szpiega Imperatora, przez pozostałe przy życiu wampiry
schwytany i obezwładniony.
– Czy zdajesz sobie sprawę coś
uczynił? – zapytał się Maktara któryś raz z rzędu.
Więzień jednak nie był w stanie odpowiedzieć na zarzut oprawcy, gdyż tak
został skatowany.
– I co ja mam z tobą zrobić,
niewierny? Zabić? Ale to byłoby zbyt proste. Torturować bez wytchnienia? Nawet
mnie to już zmęczyło. A jeśli mówisz prawdę, to jest szansa jeszcze na ratunek
dla nas! Więc może jednak ciebie oszczędzę?
Maktar tylko skinął głową na znak, że to rozwiązanie jest dla niego jak
najbardziej rozsądne.
– Zakłamany mugrze nie zabiję
jeszcze ciebie. Skoro mówisz, że wiesz gdzie ma przebywać Sinoe to tam ruszymy,
jak tylko ciebie trochę podleczę. W międzyczasie ruszymy do Nadal i najmiemy do
zakończenia sprawy mesjasza kilku zabijaków. Ale tym razem to będzie ostateczne
rozwiązanie tego problemu. A póki co unikajmy Imperatora.
Maktar jakby
jeszcze raz skinął głową na znak, że propozycję swojego suwerena przyjmuje. Miał
tylko jedną nadzieję, że miejsce pobytu niziołka okaże się prawdziwe.
***
Ból jaki odczuwał Darkar był bardzo silny. Wreszcie zdał sobie sprawę, że
jednak żyje.
„Tylko jakim
cudem?” – pomyślał otwierając oczy.
– Żyjesz? –
zapytał się wojownika nienaturalny, nie wiadomo skąd głos.
– Mhhhhh… –
odpowiedział Darkar usiłując usiąść na ziemi.
– Nie
spodziewałem się tego. Zwłaszcza po tobie. Przecież nigdy na niczym ci nie
zależało, a teraz tak walczysz o niziołka? Czy w ogóle wiesz kto to jest? A
może ta gadka o przepowiedni i Hironiuszu to jakaś ściema. Nie masz przecież
pewności.
– Nie ważne.
Pierwszy raz robię w końcu coś na co to ja mam ochotę. Po za tym czuję, że tak
należy postępować. Idę dalej!
– No dobrze.
Ale może jednak chwilkę zastanowisz się i wrócisz? Może dla tego wszystkiego
nie warto ryzykować swojego życia?
– Warto! Ale
jak to się stało, że żyję?
– Po prostu
pokonałeś swojego potwora, jakiego nosisz w sobie. To, co ciebie zaatakowało to
była ciemna strona twojej duszy. Ta strona, którą upodobał sobie Imperator w
tobie. Dlatego miałeś być jego następcą. Byłeś nawet do tej roli przygotowywany
przez wiele lat, ale Hironiusz i to przewidział. W odpowiednim czasie porwał
ciebie i umieścił w szkole Gildii zwanej Areną. Byłaś jej najlepszym adeptem.
– Teraz
rozumiem, skąd znam tego człowieka z Opuszczonego Miasta i bagien.
– Tak, znasz
tego człowieka na usługach Marchii to
wielebny Rodgar de Zuuw.
– Co dalej mam uczynić?
– Po prostu
idź, jak postanowiłeś. Jeśli będziesz tego pewien dotrzesz tam dokąd zmierzasz.
Jeśli nie – zginiesz. Więc, jak?
– Idę.
– Powodzenia.
Ruszył do
następnych stalowych drzwi w tym nieznanym mu korytarzu.
***
Otworzył drzwi. Tuż za nim była przepaść.
– Co teraz uczynisz? – dobiegł wojownika nie wiadomo skąd głos tak
drwiący z niego, że aż wściekłość w nim kipiała.
W końcu usłyszał szyderczy chichot.
Po drugiej stronie zobaczył Sinoe, który go zachęcał, dodawał odwagi, by
ten do niego ruszył. Darkar niepewnie zaczął macać znajdującą się pod nim
pustkę obutą w skórzany, długi but swoją stopą.
Nie poczuł pod nią absolutnie nic, co by wskazywało, że mimo wszystko
jest jakieś przejście tylko ukryte przez czary. Zdał sobie sprawę, że w tym
miejscu musi podjąć ryzyko, jednak jego bazą nie było określenie możliwości lub
niemożliwości przebycia tego niewidocznego mostu przez przepaść za pomocą
zmysłów i oceny niebezpieczeństwa braku powodzenia tej misji, ale musiał
dokonać ostatecznego wyboru na podstawie czystej wiary oraz chęci niesienia
pomocy swoim towarzyszom podróży. Musiał być pewien, że postępuje tak, jak
należy. Było to karkołomne przedsięwzięcie, ale był jednego pewien, że warto to
zrobić.
Przed wstąpieniem w pustkę zawahał się.
– Musisz usłuchać swojego serca. Wyłącz umysł! – dobiegł go głos Sinoe.
– Wiarą w co? – zapytał się niepewnie.
– W to, że wiesz, co powinieneś uczynić!
Darkar odwrócił się plecami do krawędzi grani. Zamknął oczy i zdecydował
się, że uczyni to, co robił w swoim życiu wielokrotnie już wcześniej wraz ze
swoimi kompanami w szkole Areny. Pozostało więc mu tylko jedno. Skok wiary.
Wielokrotnie zawiązywano im oczy i prowadzono w nieznane miejsca w
górach. Ich zadaniem było wykonać skok na podstawie doznań czystej wiary, bez
postrzegania fizycznego. Wielu z jego przyjaciół nie zaliczyło tego testu więc
zginęło tragicznie roztrzaskując się o skały.
Wiedział, że to pokerowe zagranie jest jedynym możliwym rozwiązaniem.
Jeśli jego umysł i serce go nie zawiedzie to był przekonany, że przeżyje i
uratuje swoich towarzyszy, ale gdyby się pomylił to…
Sprężył w sobie całą pozytywną energię, którą gromadził w sobie stojąc
nad urwiskiem. Skupiał się i chciał czuć każdą swoją komórkę, zjednoczyć się z
tą aurą, która zalegała to miejsce. Chciał być jednością z otaczającymi go
górami. Gdy już poczuł, że nadszedł czas na podjęcie się tego ryzyka, że czuje
się zjednoczony z otaczającą go energią
sprężył się i przykucnął.
Wykonał salto do tyłu.
Gdy wybił się mocno z krawędzi przepaści i wyskoczył na odpowiednią
wysokość, wykonał dwa salta, by zacząć spadać ku dołowi. Doświadczał jak spada
z coraz większą prędkością ku przepaści. Kiedy nie miał już nadziej, że jednak
wyjdzie z tego cało, a powoli uświadamiał sobie, że wiara wciągnęła go na
manowce, jego stopy poczuły opór materii. Siłę uderzenia zamortyzował
przykucając na nogach w trakcie kontrolowanego upadku.
Wstał.
Rozejrzał się wokół, stał w przestrzeni, a pod nim majaczyło podłoże
jaru. On wydawał się być zawieszony w powietrzu. Próbował rozpoznać wokół teren
znów stopą. Niestety, poza tą wysepką niewidzialnej materii dalej była
przepaść. Stwierdził więc, że nie może na tym jednym, skoku wiary poprzestać,
że jeszcze musi wykonać jeden skok, by w odpowiednim miejscu odbić się od
ściany skalnej i próbować z powodzeniem wskoczyć na następny punkt materii,
niewidzialny dla jego zmysłu postrzegania.
Tak więc jego nogi, jak sprężyny odbiły się od półki skalnej.
To odbicie dało mu energię do tego, by z niesamowitą siłą odbić się od
ściany.
Zrobił to.
Nadany pęd spowodował, że znów nabrał wysokości i … Leciał siłą rozpędu.
Wreszcie jego nogi złapały znów grunt. Podświadomość mu podpowiedziała,
że to już musi być koniec. Oględziny potwierdziły jego przypuszczenia.
Powoli odwrócił się w stronę niziołka. Przed nim była wąska ścieżka.
Prowadziła go do Sinoe, który stał i machał do niego.
Coraz bardziej czuł, że proroctwo, o którym mu mówił Sinoe jest
prawdziwe. A to, co uczynił w swoim życiu, nawet to cało zło, było zaplanowane
już wcześniej w jakimś konkretnym celu.
Tak,
konkretnym celu.
***
– Jesteś Darkarze!
– Tak Sinoe. Udało się. Będziesz zdrowy? Wszyscy będą żyć?
– Tak, ale jeszcze musimy trochę zaczekać nim wrócimy do naszego świata.
Musisz coś zobaczyć, by zrozumieć.
– Zrozumieć co?
– Czemu musimy to zrobić, co robimy w tej chwili! Czy jesteś gotów na
podróż?
– Podróż mówisz? Ale gdzie?
– W inne równoległe światy. Zobaczysz, że nie tylko ty walczysz o swój
świat. O to, by nie doszło do naszej zagłady, by równowaga dalej trwała. Takich
jak ty czy ja jest niezmiernie wielu.
– Ja już sam nie wiem, co się dzieje w moim życiu. To wszystko jest
jakieś poplątane. Jak to możliwe, że to ja mogę być wybrańcem? Powiedz mi
proszę!
– Niesiemy na swoich plecach ciężkie brzemię. Życie nas doświadczyło, ale
pamiętaj, że czemuś to służy. To nie jest tak, że istota bez takich doświadczeń
życiowych, jak ty jest w stanie podołać. Musisz poczuć ten ból, poczuć ten
zwierzęcy strach, poczuć i świadomie podejmować decyzje, bez tych doświadczeń
nie byłoby to możliwe. Po to tego wszystkiego doświadczyliśmy, byśmy mogli być
pewni tego co czynimy teraz. Nie jest to proste ani miłe. Mamy niewdzięczne
zadanie do wykonania. Ale ja się już cieszę, że jednak chcesz, że zrozumiałeś,
że ja w końcu mogę odpocząć! Mogę odnaleźć Athene.
– Athene? Kim ona jest?
– To moja żona, jak wykonam to
zadanie mogę umrzeć i do niej dołączyć w innym równoległym świecie. Moje ciało
odejdzie, ale moja świadomość będzie mogła wybrać, do jakiego świata dołączę, i
gdzie będę mógł z nią być.
– Sinoe wybacz, ale nic z tej twojej gatki nie rozumiem równoległe światy
itd.
– Więc złap mnie za dłoń i zamknij oczy czeka nas podróż, byś zrozumiał.
– Znów to samo?
– Tak to samo,
ale wiedz, że teraz zrozumiesz…
***
– Spójrz przed
siebie Darkarze! – Sinoe pokazał swoim palcem wskazującym dwie postaci. Były to
dwie istoty o posturze Sinoe, boso wędrujące przed siebie przez bagna.
– Widzę i co?
– Czy wiesz co
one robią, gdzie podążają?
– Przykro mi,
ale nie.
– To są dwa
niziołki, takie jak ja niosą swoje ciężkie brzemię, tak jak ty i ja. Niosą
pierścień, by zniszczyć zło panujące w ich wersji naszego świata. To jest świat
na naszej planecie tylko że równoległy.
– Pierścień?
– Tak Darkarze. Musisz wiedzieć, że oni również
zostali wybrani przez przeznaczenie, by zniszczyć czające się zło. Jeśli tego nie uczynią, jak nie powiedzie się
to tobie nastąpi katastrofa. Nasz świat i ten świat i wiele innych ulegnie
zniszczeniu. Nieświadomi tego, co przyszło im czynić, nieświadomi ryzyka, jakie
na siebie wzięli idą.
– Ale czy im
się uda?
– Czy wiesz
czemu musiałeś poświęcić siebie, by uratować mnie i naszych towarzyszy podróży?
– Czemu?
– Bo musiałeś
poświęcić wszystko, co miałeś dla dobra naszej sprawy. Nie miałeś czasu na
podejmowanie decyzji. Nie miałeś możliwości przemyślenia sobie tego
wszystkiego. Odpowiedziałeś swoim sercem. Nie zawahałeś się. Byłeś w stanie
poświęcić siebie dla mnie, dla sprawy. Oni tak samo nie mieli czasu na
zastanawianie się nad celowością swojego działania. Dostali zadanie do
wykonania, zaproponowane przez zaprzyjaźnionego czarodzieja. Zaraz po uczcie
pożegnalnej jednego z członków swojej społeczności. Podjęli się go. Ty postąpiłeś
tak samo.
– Czy im się uda?
– Nie wiem,
ale zapewne chcą tego dokonać. Ja mam nadzieję, że tak.
***
– Kto to jest
Sinoe?
– Chrystus.
– Czemu tak cierpi?
– Za grzechy i występki swojego ludu.
– Jest królem?
– Tak dusz, ale nie władcą świata.
– Nie rozumiem.
– Widzisz Darkarze to następny równoległy świat. To Mesjasz. Został Tak
jak ty i ja wyznaczony do zbawienia tego świata. Do zwycięstwa nad złem.
Poświęcony w imię miłości bliźniego. Tak jak ja i ty nie potrafił się
początkowo pogodzić ze swoją rolą.
– To znaczy?
– Walczył ze swoim przeznaczeniem. Próbował uniknąć swojego przeznaczenia
wreszcie się poddał. Zrozumiał, tak jak ja i ty, że to jest jego dola.
– Czy on cierpi?
– Tak cierpi, bo zło mu w tej chwili pokazuje, co by się w jego życiu
zdarzyło, gdyby nie umierał na krzyżu. Widzi swój los, ale odmieniony. Widzi
siebie z dziećmi i Marią Magdaleną. Ciemność go kusi, by odrzucił to wszystko w
co wierzył i czemu się poświęcił. Ale on już wybrał.
– Co wybrał?
– Poświęcenie w imię ludzi, którzy tak go skrzywdzili, by odkupić ich
grzechy. Wybrał czystą i nieskalaną miłość do swoich ziomków. Wybrał to samo,
co ja śmierć. Oddał wszystko to co ziemskie i ułomne, wybrał pierwiastek
duchowy, by prowadzić bezpiecznie swoje owieczki, jak dobry pasterz przez
okrutną i niebezpieczną okolicę. On na pewno zwycięży.
– Na pewno ?
– Tak
Darkarze, ten człowiek został skatowany i miał wybór. Dokonał go. Oddał swoje
życie doczesne za przebaczenie, za to, byśmy trwali. Zrobił to świadomie,
aczkolwiek miał wiele wątpliwości. Tak jak ty i ja.
***
– Czy
dostrzegasz tego konnego w podróży?
– Tego o
białych wręcz siwych włosach?
– Tak mój
przyjacielu!
– I…?
– On też
walczy ze złem, które panoszy się w tej krainie!
– Czemu?
– Bo go do
tego powołano. Tak jak ty był szkolony wiele lat, bez pewności czy przetrwa
próbę traw. Widział, jak wielu z jego towarzyszy zginęło podczas tego
szkolenia. Mimo to wierzy w dobro. Pomimo, że jest poniewierany i nienawidzony
przez równych mu i traktowany, jako parias i konieczne zło.
– To czemu to
czyni?
– Bo kocha
istoty światła jak ty i ja. Bo wie, że czyniąc to, będąc nienawidzonym jest
lepszy od tych, którzy nim gardzą i z niego szydzą.