Uciekał już od wielu dni.
W schronie, do którego dotarł Kazik, brakowało świeżego powietrza, a sytuację pogarszały jeszcze wiadra z odchodami, które stały tuż za zaułkiem w tej samej piwnicy. Wokół panował półmrok, którego nie potrafiły rozjaśnić maleńkie okienka w ścianach. W powietrzu dodatkowo unosił się gryzący zapach nielicznych lamp naftowych oraz spoconych ciał i wyczuwalnego strachu. Tak, jak ci wszyscy zgromadzeni w tej cuchnącej piwnicy, uciekał przed barbarzyńcami w tym zarzynanym mieście. Wszyscy mieli nadzieję przeżyć.
Z przodu przy jedynym wejściu do schronu zawsze na czatach stało dwóch mężczyzn. Ta straż miała im pomóc uniknąć wpadki. Wszyscy bali się o to, czy Niemcy ich nie odnajdą, a potem zgładzą.
Codziennie słyszeli przez mury odgłosy wybuchów, strzały oraz płacz. Nieliczni z tych, którym dopisało szczęście i przybyli cało do schronu, opowiadali jakim cudem ocaleli z pogromów, przedstawiali niewyobrażalne obrazy rzeźni i braku litości z rąk żołdaków.
Pewnego dnia, niespodziewanie jedna ze ścian runęła pod wpływem wybuchu. Z wyrwy wynurzyło się dwóch intruzów. Jednak, na całe szczęście dla ukrywających się tutaj ludzi, nie byli to Niemcy. Nieznajomi zostali otoczeni przez mężczyzn uzbrojonych w noże i kije.
– Coście za jedni? – warknął facet o pomarszczonej, jak skóra pomarańczy twarzy.
– Ludzie, spokojnie my swoi. Uciekamy przed Niemcami. Dwie ulice dalej jest pacyfikacja. – drżącym głosem z przerażenia wyjaśnił jeden z dopiero co przybyłych do piwnicy.
– Już są tak blisko od nas!? Niedobrze, niedługo dotrą do nas... – zakwiliła kobieta, która tuliła kilkuletnią blond córeczkę. – Dokąd my dalej uciekniemy! Nie ma już, gdzie... Nie ma...
– Weź się kobieto w garść. Musimy stąd natychmiast uciekać, fryce mogą tu być lada moment! – krzyknął do płaczącej kobiety młody chłopak.
– Szanowni państwo, myślę, że trzeba się przenieść w inne miejsce o dwie, może trzy kamienice dalej. Czy może uważacie inaczej? – zagaił młodzieniec w skórzanej pilotce.
– A może jednak zostać? Jakoś udało nam się tutaj przetrwać!? – zaproponowała jedna z kobiet.
– Po tym, co dotychczas widziałem myślę, że należy opuścić to miejsce i to jak najszybciej. Lada dzień tu będą. W okolicy raczej powstańców już nie ma. – stwierdził Kazik.
– Głosujmy zatem – zaproponował ktoś inny.
Po burzliwej naradzie większość postanowiła, że jeszcze tę jedną noc spędzą w schronie, a nazajutrz przeniosą się dalej, byle z dala od niemieckich żołnierzy. Ci którzy byli przeciwni tej decyzji powoli zbierali się do opuszczenia kryjówki.
***
Niemcy palili lub niszczyli kolejne schrony oraz kamienice metodycznie. Wcześniej za pomocą miotaczy ognia i granatów wykurzali ostatnich mieszkańców z budynków. Często, bojąc się ryzyka śmierci z rąk powstańców nie zadawali sobie trudu, by pozbyć się ostatnich lokatorów. Jedynie przed spaleniem budynku wzywali do opuszczenia piwnic lub ruin.
Jednak, ile można uciekać przed przeznaczeniem? Wreszcie żołdacy dopadli Kazika wraz z resztą ocalałych z pogromu. W okrążonej kamienicy nie było już drogi ucieczki. Nie mieli wyjścia musieli wyjść z ukrycia. Wśród nich była jedna kobieta, która miała bardzo dobrą znajomość niemieckiego, bo studiowała w Berlinie przed wojną. Zgłosiła się na ochotnika, by negocjować warunki opuszczenia piwnicy przez cywili. Wraz z dwoma innymi ochotnikami miała porozmawiać z niemieckim oficerem na temat warunków wyjścia uciekających na ulicę. To była ich ostatnia szansa na przeżycie.
Delegacja wyruszyła w upiornym milczeniu.
***
Kazik stał wraz z innymi pod ścianą kamienicy z rękoma w górze. Zostali otoczeni przez szwabów, obszukani. Obiecano im, że nie zostaną zabici, tak przynajmniej twierdził oficer, z którym ustalali warunki opuszczenia schronu. Jednakże mu nie ufał. Miał, niestety, rację, gdy tylko zobaczył, jak potraktowano młodą kobietę, która negocjowała. Została zgwałcona i zastrzelona w pobliskich ruinach. Niewielu z tego oddziału rozmawiała po niemiecku.
Chłopak wiedział, co zaraz nastąpi, widział to już wielokrotnie.
Żołnierze wyciągali z szeregu kolejnych cywili i sprawdzali ich kenkarty, po czym wyrzucali je za siebie gwałtownym ruchem ręki.
Na chodniku, pośród porozrzucanych wokół cegieł ze zniszczonych budynków, leżało już wiele podeptanych dokumentów tożsamości. Jeden z obecnych tu barbarzyńców, pijany żołdak wziął wybranego wcześniej z szeregu cywila i zaprowadził za pobliską, płonącą kamienicę. Rozległ się suchy strzał, a kat po chwili wracał sam.
Inny z oprawców chwycił młodą kobietę za włosy i zaciągnął ją w pobliskie ruiny. Usłyszał stamtąd tylko gwałtowny krzyk gwałconej kobiety. Wrócił po kilku, może kilkunastu minutach, z szyderczym uśmiechem na ustach, niezdarnie zapinając spodnie. Blondynka spoczęła tam już na wieczność.
Nagle z szeregu wybiegł rówieśnik Kazika – Franek. Rzucił się z pięściami na zbrodniarza. Strażnicy dopiero po dłuższej chwili zorientowali się w sytuacji. Sięgnęli po broń. Kazik wykorzystał powstałe zamieszanie, runął w stronę kumpla i chwycił go za kołnierz kurtki, odrzucając go od oprawcy.
– Spierdalaj! Słyszysz... – nie dokończył, gdyż kolba karabinu spadła na jego kark.
Kątem oka, upadając zdołał zauważyć jeszcze chłopaka znikającego gdzieś między ruinami i usłyszeć z oddali odgłos strzałów. Potem zapadła głęboka cisza.
Stracił przytomność.
***
Pomimo krzyków i kopania Kazik nadal nie reagował. Wreszcie żołdak na polecenie przełożonego chlusnął na chłopaka wiadrem zimnej wody. Cywil zaczął odzyskiwać świadomość bardzo powoli. W końcu otworzył oczy i poderwał się oszołomiony. Nie kojarzył, co się z nim stało. Chwiał się na nogach. Dwóch żołnierzy chwyciło go pod ramiona i postawiło przed oficerem.
– Ty moich ludzi będziesz szarpał? – wrzasnął, po czym uderzył chłopaka w twarz ręką w skórzanej, czarnej rękawicy. – Za kamienicę z nim! – wydał rozkaz głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Niech to będzie nauczka dla innych! – spojrzał na pojmanych wzrokiem pełnym pogardy i mordu.
Oprawcy nie zastanawiali się zbyt długo. Pociągnęli Kazika w stronę ruiny, gdzie odbywały się egzekucje.
Po krótkiej chwili doszli do miejsca, gdzie ludzie docierali z katem i skąd już nie wracali. Tuż, kilka metrów przed nim leżały porozrzucane ciała: mężczyzn, kobiet oraz dzieci. Te ostatnie jednak nie zostały rozstrzelane – katom było szkoda kul. Ich małe główki roztrzaskiwali kolbami karabinów lub o pobliskie ściany.
Panorama miejsca kaźni na pewno zapadała w pamięć. Obrazy egzekucji musiały być nawet dla barbarzyńskich oprawców nie do zniesienia. Topili więc swoje potworne wspomnienia, strach, a może obrzydzenie do samych siebie, aczkolwiek tego już nie możemy być pewni, w gorzale. Tak i było tym razem, gdy gotowali się do likwidacji Kazika. Nim przystąpili do dzieła chlusnęli sobie po dobrym łyku spirytusu. Dodało im to animuszu i pewności siebie.
Wreszcie jeden z żołnierzy wyciągnął pistolet z kabury i przystawił do karku ofiary. Kat był na tyle pijany, że pomimo olbrzymiego doświadczenia nie mógł właściwie przymierzyć broni do strzału. Gdy padł strzał chłopak runął na ziemię.
Było po wszystkim.
***
Kazikowi zaczęła wracać świadomość. Budziła się w nim jaźń. Miał przeczucie, że jest w obcym i nieznanym świecie. Wtem poczuł, że ktoś próbuje mu zdjąć buty. Był to dowód na to, że powraca do życia.
Dookoła unosił się fetor rozkładających się ciał, krwi i śmierci.
Zerwał się na równe nogi. Zakrwawiony, z dziurą w okolicy potylicy, uwalony swoją krwią i innych pomordowanych w miejscu kaźni, wyjąc z bólu, jak potępieniec, przypominał ożywione zombi. Niespodziewanie dla niedoszłego złodzieja zaatakował go. Z boku wyglądało to, jakby uczynił to w akcie bezwzględnej zemsty wobec kata bezbronnych cywili.
Żołdak na ten czas, widząc tak przerażające monstrum z przekrwionymi białkami w oczach, pełne chęci mordu, poderwał się i z przerażenia natychmiast wytrzeźwiał. Zrezygnował z pary prawie nowych butów. Nie patrząc za siebie, z krzykiem pełnym trwogi uciekał przed siebie, mamrocząc coś pod nosem, że więcej nie będzie pił, gdy wyjdzie, miał taką nadzieję, cało z tej kabały. W tempie godnym podziwu przy jego stanie trzeźwości, dość chwiejnym krokiem pokonał odległość dzielącą go od zbawczych zgliszcz.
Nikt nie mógł wiedzieć, że w tym umierającym mieście pojawi się nowa istota, która przybyła z równoległego świata, by ukryć się przed pościgiem Seehiasza. Tylko w takim miejscu Darkar był w stanie doświadczyć ostatecznej przemiany, by mógł narodzić się Mściciel. Musiało to być miejsce uświęcone krwią oraz wszechobecnym bólem.
Darkar w obcym ciele, rzucił się w stronę uciekającego żołnierza. Wojownik nie wiedział z kim ma do czynienia, jednak jego świadomość podsuwała mu wspomnienia Kazika był świadom zdarzeń, jakie tu miały miejsce. Był pewien, że to wróg. Wiedział, co należy z nim zrobić. Nie rozumiał, skąd tutaj się wziął, ale teraz nie było to istotne dla niego.
Mściciel zrobił coś czego nie mógł spodziewać się przerażony hitlerowiec. Podniósł rękę do góry. Dłonią zrobił ruch jakby kogoś przywoływał do siebie, innym ten gest mógłby przypominać gięcie kartki: to był symbol nesi'a i stała się wtedy rzecz niesamowita. Próbujący ukryć się w ruinach pobliskiej kamienicy żołdak zobaczył, jak to okrwawione monstrum znika i pojawia się tuż obok niego. Ruchy ożywionego trupa były niemożliwe do przewidzenia i zatrzymania. Poruszał się bowiem tak szybko, że żaden człowiek nie był w stanie mu dorównać. Miał ciosy na tyle błyskawiczne, że nie był w stanie nikt się przed nimi obronić. Darkar, gdy uderzał, robił to z rozmysłem, jak wytrenowany zabójca. Wiedział czego dokładnie chce i do czego dąży.
Rzucił żołdaka na ziemię.
Unieruchomił go.
Wyciągnął zza pasa swojej ofiary bagnet.
Mściciel uderzył ostrzem w osłoniętą szyję. Krew trysnęła gorącym strumieniem w twarz niedoszłej ofiary. Kat wydał ostatni charchot i znieruchomiał. Gdy już miał wstać z trupa ktoś zaszedł go od tyłu.
– Ręce do góry! – krzyknął jakiś facet za jego plecami. Darkar posłusznie wykonał polecenie.
– Kim jesteście? – odezwał się Mściciel.
– Nie strzelajcie do niego, to Kazik! – krzyknął podekscytowany Franek.
– Ten, który uratował ci życie? – zapytał z niedowierzaniem obcy głos.
– Tak, ten – potwierdził Franek. – Kazik ty jednak żyjesz. Dzięki bogu. Chociaż tobie się udało. Ale zaraz, ty krwawisz. Sanitariuszka! – krzyknął Franek.
– Miałem szczęście, tak ten skurwiel był narąbany, że nie trafił tam, gdzie trzeba. Ale boli. – Darkar wykrzywił twarz w grymasie bólu. – Był zdziwiony tym, co mówi, bo to, nie jemu się przytrafiło, ale poprzedniemu właścicielowi ciała. Zastanawiał się skąd tutaj się wziął, co właściwie tutaj robi? Nie znał odpowiedzi. Wiedział tylko, to co mu przekazano w jego świecie. Dawca, do którego przechodzi musi być jego wierną kopią genetyczną, jak brat bliźniak. Być taki sam. Każdy bowiem pośród wielu tych światów, światów równoległych ma swoje kopie. Każda z nich jednak żyje swoim życiem. Jest ono zazwyczaj inne. Lecz, by rytuał przejścia między światami mógł się dokonać, jego bliźniak musiał być na granicy życia i śmierci.
Nim zdążył cokolwiek więcej powiedzieć, prawie natychmiast podbiegła do nich młoda blondynka z parcianą torbą. Była tak drobna i delikatna, jak ta zgwałcona kobieta dziś rano przez pijanego żołdaka, a potem zastrzelona bez litości. Czy wszystkie kobiety w tym mieście czeka to samo? - zadawał sobie pytanie Darkar.
Zaczęła go opatrywać.
– Czy masz jakieś lusterko? – zapytał niepewnym głosem. Pytanie było głupie, ale chciał się upewnić, że Kazik to on. Dziewczę milcząco padało mu lusterko, jakie nosiła w kieszeni.
– Martwisz się, że będziesz szpetny? – zagaiła żartobliwym tonem sanitariuszka. – Jesteś teraz bardziej męski. Możesz mi wierzyć. Spodobasz się wielu kobietom! – zarumieniła się.
– Skąd wiesz? - odpowiedział drobnej blondynce. Spojrzał w nim na siebie. Ujrzał swoją zakrwawioną twarz. To był z całą pewnością on.
Rozejrzał się wokół. Było to okropne i przerażające morze ruin i zgliszcz, a pośród nich leżało pełno porozrzucanych zwłok. Był zaskoczony tym, co się tutaj dzieje. Zabijanie, jako przedłużenie polityki królestwa i jego władcy, nie było dla niego niczym nowym, ale tutaj mordowanie przypominało wielki ołtarz ofiarny. Dla niego oprawcy tego miasta byli kapłanami Czarnego Pana – skondensowanego zła. Ci kapłani składali w ten sposób ofiary swojemu nowemu bogu, który ku nim nadchodził.

