Krwawa Łaźnia
Nadzieja wróciła blaskiem na niebie,
Dwie istoty gnane chmarami istot ciemności,
Ruszyły przed siebie w drogę nieznaną,
Tam, gdzieś
daleko niewiadoma czeka,
A naród chwilą zatrwożony
Przez wieszczów uprzedzony o mesjaszu swem,
Czeka aż mściciel chwyci swe żeleźce
I pomści katorgę niewoli pod zarządem zła,
Bo przybędzie ten, co złej krainy ogłosi kres na zwołaniu
Pośród wszelkiej rasy tego królestwa bożego!
Sinoe wraz
Darkarem przedzierali się przez moczary od kilku dobrych dni. Ten okres
niebezpiecznej wędrówki przez bagna płynął im nader szybko, dni nie różniły się
niczym od siebie, aż całkowicie stracili rachubę czasu. Wieczorami przed snem
zastanawiali się dosyć często, jak długo trwa ich wędrówka. Jednak nigdy nie byli pewni swej rachuby.
Sinoe w pierwszej chwili, po zejściu z drzewa, nie był w stanie wybaczyć Darkarowi, że kazał mu się wymazać gównem. Jak się później okazało sposób maskowania zapachu był nad wyraz skuteczny. Argumentacja wojownika w rozmowach z niziołkiem o efektywności kamuflowania się tej bardzo rozpowszechnionej metody pośród myśliwych oraz zbrojnych w zderzeniu z odczuciami sceptycznie nastawionego do tej części wiedzy z łowiectwa – niziołka, nie przekonywała go.
Innym problemem, jaki im doskwierał, była kwestia załatwiania potrzeb fizjologicznych podczas długotrwałego pobytu na drzewie. Niziołek zmuszony sytuacją, musiał się wypróżnić w swoje portki, co mu się nie spodobało. Ponadto czuł się zawstydzony tą niezręczną sytuacją. Gdy po dobie wreszcie zleźli z drzewa, Sinoe był śmiertelnie obrażony. Nie pomogły żadne argumenty wojownika.
Całe to
napięcie, jakie między nimi było od pobytu na wyspie ze
strony Sinoe wygasało zazwyczaj nocami. Wtedy przerażony niziołek wsłuchiwał
się w dżwięki płynące z moczarów. Przerażające odgłosy dobiegały ich z każdej strony. Darkar wówczas żartował z jego nadpobudliwych reakcji.
Zwłaszcza wielkie, wytrzeszczone ze strachu oczy niziołka doprowadzały go do łez.
Po długim
czasie, pewnego wieczoru, gdy siedzieli przy rozpalonym ognisku, Sinoe wreszcie
zdobył się na to, by puścić płazem wojownikowi jego przewiny z ostatnich dni.
– Dziękuję ci Darkarze
za to, że uratowałeś mi życie. Ale mniemam, iż były inne
możliwości … – zagadnął ni z tego ni z owego niziołek. Przy tym
spojrzał głęboko w oczy towarzysza i nieustępliwie czekał na jego reakcje. Gdy tak czekał grzebał w piachu kijkiem.
– W końcu to
usłyszałem. – odezwał się Darkar. Wpatrywał się intensywnie w to, co robi
Sinoe. – Ale lepiej późno niż wcale. Wiesz co,
nie gniewam się w ogóle na ciebie. Każde z nas ma jakiś pierwszy raz w
czymś, co musi uczynić, chociaż tego nie chce. Miałem to samo. Z czasem nauczyłem się akceptować to, co konieczne dla przetrwania. Nie
masz wpływu na pewne rzeczy i musisz je zrobić, by przeżyć. Tak mnie szkolono.
W końcu zrozumiałem tę zasadę.
– Skoro mowa o
strategii to, proszę, powiedz mi, dokąd zmierzamy? – ręka, którą grzebał
patykiem w piachu w niezdecydowaniu stanęła jakby w bezruchu.
– Tego nie
wiem. Dla mnie misja się skończyła. Musiałem przybyć na bagna. Liczyło się
tylko jedno, by poznać końcówkę sennych majaków, nic więcej. Nie miałem żadnych
planów na przyszłość z prostej przyczyny: nie wiedziałem czy z
tych trzęsawisk wrócę. Musiałem zmierzyć się ze swoim lękiem. Zrobiłem to i na tym koniec tej przygody. Zrealizowałem swój cel.
– Pewny
jesteś, że tylko tego dotyczył twój sen? Czy aby na pewno miałeś za zadanie
pokonać swój wewnętrzny strach? Czy jednak nie wydaje ci się, iż przybyłeś na
tą wyspę, by uratować mnie i może to był właściwy cel? – niziołek wstał z konaru, na którym siedział.
Gdy mówił intensywnie gestykulował rękoma. Pieklił się nie
na żarty. W końcu opadł bez sił na siedzisko.
– A cóż powinienem jeszcze uczynić na wyspie? – zbrojny nie dawał za wygraną. – Moim zdaniem nasze spotkanie to tylko przypadek..
Zarżnąłem bandytów. Może bogowie ich pokarali za te wszystkie niecne czyny,
których, zapewne, się dopuścili? Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Ot, zrządzenie losu.
– Nie dziwi ciebie
przypadkiem to, że Imperator i Gildia mnie poszukują, a tu
nagle na środku sceny, pomiędzy tymi wielkimi graczami, pojawiasz się ty!
Mistrz fechtunku i zabijania. Nawet trafiasz w miejsce i czas, by
wmieszać się w tą okrutną kabałę. – nie
dawał za wygrana Sinoe.
– Jaki tam
mistrz… Wychowany w boju, zwykły żołnierz.
– Darkarze, ja
widziałem żołnierzy, tych, jak mawiasz, zwykłych. – zaoponował niziołek. Przy
tym niemiłosiernie wykrzywił swoje usta i zmarszczył charakterystycznie swój
wielki nos. – Bandyci z szajki Garetha też nimi kiedyś byli, a co ty z nimi
zrobiłeś!? – zrobił krótką pauzę dla podkreślenia wagi swoich słów. – Zmasakrowałeś
ich! Tamta walka trwała niezmiernie krótko, a musisz wiedzieć, że oni nie byli z
pierwszej łapanki pośród szumowin z Nadal. Widziałem też wojów Gildii. Lecz ty nie jesteś do nich w
żaden sposób podobny. Obserwuję cię uważnie od momentu opuszczenia tej
przeklętej wyspy i widzę, jak się poruszasz za tym stoją lata treningów! Ty nie jesteś zwykłym,
zafajdanym, skacowanym tanim winem żołdakiem. Jesteś kimś więcej. Dlatego z
całą pewnością czekałem na ciebie przykuty do drzewa. A twój koszmar był
początkiem twojej prawdziwej misji, jaką masz do wykonania.
– A co ty o
mnie możesz wiedzieć, mały człowieczku?
– A powinienem
coś jeszcze wiedzieć? Jeśli tak, to proszę mów. Czekam.
– Sinoe nie znam cię. Nie wiem kim ty w ogóle jesteś. Mam ci teraz zacząć się
zwierzać? Pomyślałeś o tym, że może chcę mieć w końcu święty spokój w swoim
życiu.
Zapadła
niezręczna cisza pomiędzy towarzyszami wędrówki. Sinoe odwrócił wzrok od
Darkara i zaczął patykiem intensywnie grzebać w ognisku. Iskry z przewracanych
bierwion poleciały jasnym, żółtawym światłem ku niebu. Wreszcie niziołek
wstał i podszedł blisko zbrojnego, by widzieć jego oczy.
– Wiem o twoim
życiu więcej niż się wydaje. Mogę pomóc, wystarczy tylko, że się
otworzysz, że będziesz tego chciał. Znam pewne miejsce, gdzie otrzymasz
odpowiedzi na wiele nurtujących cię pytań. A jestem pewien, że masz ich wiele. Dotychczas
w swoim życiu nie otrzymałeś żadnych odpowiedzi. Czy chcesz je wreszcie poznać?
– Może i bym
chciał. Jednak pamiętaj Sinoe: żadna polityka mnie nie interesuje! Natomiast
po tym, czego doświadczyłem na wyspie, widać, że nią śmierdzi na
kilometr. – zaperzył się nie na żarty wojownik.
– W tych
czasach nie można od niej uciec. Nawet ty nie jesteś w stanie temu podołać.
Gdzie chcesz zbiec? Na bagna Palonii? Też tam ciebie z całą pewnością dogna.
Wierz mi. Wiem, co ci mówię. Mam w tym doświadczenie.
– Zdaję sobie
z tego sprawę. Od lat jej unikałem, a jednak mnie dopadła pieprzona racja stanu.
Czy to nie tak się przypadkiem nazywa?
– Mówiąc o
polityce, mam na myśli przyszłość wszystkich ras. Jeśli czegoś teraz
nie zrobimy, to będziemy winni zagłady wszystkiego wokół. Musisz znać
okrutną prawdę: niesiemy olbrzymie brzemię odpowiedzialności na naszych
plecach.
– O czym ty pleciesz?! – wykrzyczał już na dobre rozgniewany Darkar. – Mam ratować świat przed kim?! Już w swoim życiu go zbawiałem. Realizowałem zadania dla wszelkiej maści polityków, których na moje usługi było stać. I co? I nic. Nic się nie zmieniło! A tak pięknie opowiadali.Nowi
dorwali się do koryta. Co mam zrobić twoim zdaniem, wyrżnąć wszystkich? Nie dam rady! Nie chcę zabijać. Inni niech to robią dla idei lub złota.
– Ale ja nie
mówię tobie zabijaniu na zlecenie. Pragnę, byś zrozumiał, że jeśli nic z tym nie
zrobimy razem: ty i ja, to zwyciężą siły chaosu. A potem będzie już tylko pustka. Namawiam ciebie do tego,
byś spojrzał w głąb siebie. Próbował poczuć to, czego być może w tej chwili nie
postrzegasz ani nie pojmujesz. Pozwól mi się zaprowadzić tam, gdzie się na nowo odkryjesz. – przekonywał Darkara niziołek. Wojownik nie odpowiadał. Ognisko rzucało na ich twarze upiorne cienie. W końcu zbrojny odpowiedział.
– Następny,
który chce mnie wykorzystać. Nie omamisz mnie Sinoe. Nie
dasz rady. Wyprowadzę ciebie z tych bagien i wtedy radź sobie sam.
– Powiedziałeś,
że nie wytyczyłeś sobie dalszej drogi. Cóż tobie za różnica: czy pójdziesz ze
mną, czy gdziekolwiek indziej? Ryzykując i podążając ze mną dasz sobie wreszcie
szansę wyboru. Musisz pamiętać jednak, że twój wybór dotyczy nie tylko ciebie,
ale wszystkich istot i światów. Twoja decyzja będzie miała
niebagatelny wpływ na nie: to ich być albo nie być. Wiedz o tym.
– To jest
jedyny argument, który do mnie trafia. Pójdę z tobą tam, gdzie odnajdę
odpowiedzi. Jeśli mnie będziesz próbował wykorzystać zginiesz. Czy jesteś gotów na taki układ?
– Czy jestem gotów? Otóż jestem. Długo z soba walczyłem, bo, tak jak ty też nie chciałem w tym wszystkim uczestniczyć, jednak podjąłem to ryzyko. Zatem zaryzykuję swoja głową, jeśli tak musi być. Zastanawia mnie jednak, czy nie jestes ciekaw, gdzie zmierzamy?
– Zatem gdzie?
– Kayamak.
– Tego miejsca
nie ma. Gildia go szukała i nic nie odnalazła. To miasto widmo.
– Wierz mi
istnieje. Zaprowadzę tam ciebie. Zaufaj mi!
Sinoe ciężko
usiadł na konarze. Ognisko prawie wygasło. Odechciało mu się wszystkiego. Czuł
się potwornie zmęczony, ale był szczęśliwy. Osiągnął swój cel.
***
Z pamiętnika Wielkiego Mistrza Gildii.
Oddział, który został wysłany w trybie pilnym na
bagna Palonii, wrócił z misji z niczym. Uznawana za dziecinnie łatwą akcja
przejęcia więźnia od bandy Garetha skończyła się dla nas kompletnym fiaskiem. Z
tego wszystkiego najgorsze jest to, że pomimo dotychczas użytych środków, nie
mamy pewności z czym tak naprawdę mamy do czynienia, kto wszedł do gry.
Teoretycznie Marchia, ale czy aby na pewno? Wiemy z całą pewnością, że
Mesjaszem jest niziołek. Lecz od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie: kim może
być mściciel? Nie przychodzą mi na myśl żadne rozwiązania w tej kwestii, będące
blisko rzeczywistości. Przepowiednia Hironiusza w żaden sposób nie wyjaśnia
tego kim mógłby być mściciel ani skąd mógłby się pojawić na placu gry. W
proroctwie nie jest jasno sprecyzowane z jakiego rodu mściciel się wywodzi: czy
z krwi królewskiej, czy może z innej familii. Wiemy na pewno: włada
znakomicie bronią oraz jest świetnie wyszkolony w boju. Będzie więc trudnym, niebezpiecznym
przeciwnikiem. Pytanie, jakie w tej sytuacji należy sobie postawić brzmi – czy, gdy go namierzymy, uda się
mściciela przekonać do polityki, jaką prowadzi nasza organizacja, czy też
będzie trzeba go natychmiast po złapaniu zlikwidować, bo nie zgodzi się na
nasze warunki współpracy. Cel:
należy za wszelką cenę zwerbować towarzysza Mesjasza co najmniej na okres wojny
z Marchią. Wykorzystać tę istotę do zwiększenia potencjału Gildii w sposób
znaczący. Odpowiednio zmotywować. Po upadku Imperatora musi zginąć, ponieważ
stanowi istotne zagrożenie dla gildii w okresie powojennym.
Na dzień dzisiejszy wielką niewiadomą staje się
postawa Imperatora i jego Marchii wobec przepowiedni. W tej materii należy
przyjąć do analizy kilka możliwych rozwiązań. Zastosowane działania muszą być
pochodną sytuacji geopolitycznej na świecie. My powinniśmy przyjąć poniższe
działania za jedyne, które są w stanie, niezależnie od dokonanego wyboru, naszą
organizację poprowadzić w zakładanym kierunku rozwoju:
a)dla strategii długoterminowej: aresztowanie
niziołka i nakłonienie go do wydajnej współpracy w tematyce zjednoczenia
wszystkich możliwych ras pod berłem Gildii i Wielkiego Mistrza,
b)dla strategii krótkoterminowej: przekazać niziołka
Marchii, dzięki czemu uzyskamy odpowiednie profity od Imperatora,
Należy przeanalizować wszystkie powyższe rozwiązania
problemu. Nakłonić zespół doradczy do pełnej syntezy odnalezionych danych w
wykopaliskach archeo.
P.S.
Osobiście, jako Wielki Mistrz popieram stanowisko
a). Po pierwsze: jeśli nawet oddamy niziołka dla Imperatora, to nie mamy
żadnych gwarancji na uzyskanie pokoju ani przetrwania naszej organizacji.
Biorąc pod uwagę strategię działania Marchii należy liczyć się z tym, że
działania w nowej przestrzeni życiowej ( a przecież do tego dąży Czarny Pan –
rozwoju imperium, czyli Gildia stoi na drodze tegoż rozwoju) będą takie same,
jak ma to miejsce w Pomezanii ( obozy resocjalizacyjne, przymusowe nawrócenia
na wiarę imperium pod rygorem śmierci, pełna cenzura, pełne wiernopoddaństwo
oraz wszechobecna indoktrynacja).
Po drugie, gdyby udało się nam zrealizować strategię
długoterminową pierwszym władcą nowego cesarstwa zostałby – Wielki Mistrz Gildii
Kupieckiej. Wielki wódz i strateg.
Wielki Mistrz po
skończeniu pisania ostatniego zdania w pamiętniku złowieszczo się uśmiechnął.
Miał już przemyślany do końca, punkt po punkcie, plan stworzenia nowej
konfederacji państw zjednoczonych pod jego berłem na zgliszczach pokonanej
Marchii. Na czele tego organizmu stałby zwycięzca w tej nadchodzącej wojnie,
czyli on – Wielki Mistrz.
Wydział
archeologiczny jest w stanie odpowiednio umotywować jego wybór na przywódcę
nowej organizacji państwowej. Wspólnota, która powstałaby na zgliszczach
Marchii utworzyłaby jedno imperium. Zgodnie z interpretacją znawców proroctwa
to on jest wybrańcem i powinien dla dobra wszystkich zapoczątkować ten proces
zjednoczenia. Chociaż przewidywał, że początki mogą być bardzo trudne.
Wyniki wykopalisk już,
jego skromnym zdaniem, można nazwać niezwykle obiecującymi. Gildia
prowadzi je obecnie w bliskim sąsiedztwie Opuszczonego Miasta, a
trzeba wiedzieć, że jest to region bardzo niebezpieczny. Wskazują na to jednoznacznie
zapiski z wypraw przeprowadzonych w tamtym regionie bagien Palonii. Ekspedycje
były w całości finansowane przez Gildię a naukowcem, który w to się zaangażował
był przesławny Vin Healsing. Poza wąską grupą osób nikt nie znał prawdziwego
powodu prowadzonych badań. Oficjalnie prace były prowadzone nad wampiryzmem,
natomiast w rzeczywistości dotyczyły możliwości ukrycia w okolicy Opuszczonego
Miasta potężnego artefaktu, zwanego HaBrit.
Fundusze, które zostały
wydatkowane na ten cel, wraz z postępem prac na miejscu wykopalisk, przyniosły
nad spodziewane efekty. Wydział archeo potwierdził wszystkie swoje tezy na ten
temat, które zostały wysnute na podstawie odnalezionych poszlak w starych
dokumentach. Prawdopodobieństwo odnalezienia artefaktu było bardzo duże,
graniczące wręcz z pewnością. Dla tego odkrycia życie straciło wielu z tych,
którzy mieli odwagę się tam zapuścić. Jednak w opinii Wielkiego Mistrza warto
było ponieść te ofiary dla przyszłości tego świata.
Władca wstał pełen
radości z zydla na którym siedział. Mógł iść spokojnie spać, bo przecież
przyszłość należy do niego.
***
Darkar wraz z
Sinoe zbliżali się do północnej części bagien. Według obliczeń podróżników
dotarcie do pasa namorzyn powinno im zabrać jeszcze z dwa, maksymalnie trzy dni
drogi. Niestety, by móc w miarę możliwości bezpiecznie minąć Samodzielne
Terytorium Pomezanii, co istotne zwłaszcza dla niziołka – poszukiwanego
przez wywiad Czarnego Pana, wspieranej w ochronie granic przez „sojusznicze” resorty siłowe
zaprzyjaźnionej Marchii, musieli się udać na przemytniczy szlak. Zostali
zmuszeni swoją sytuacją do wędrówki nim, żeby móc dotrzeć bez niepotrzebnych przygód
do Kayamak. Wiódł on wśród bujnej roślinności ziemno – wodnej
charakterystycznej dla terenów północnych bagien Palonii. Trasę tworzyła droga,
łącząca z jednej strony Cesarstwo Elfów Królewskich, która wiła się
niemiłosiernie przez moczary, następnie przez Samodzielne Terytorium Pomezanii
( w zasadzie ta kraina była całkowicie zależna od woli imperatora) aż kończyła
swój bieg w Marchii. Dzięki niej zamknięta Marchia na przybyszów a także na
towary z zagranicy stawała otworem dla śmiałków, którzy pokonali cało i zdrowo
tą szmuglerską trasę.
Jednak, by
skorzystać z niej z powodzeniem, należało bardzo dobrze znać wszelkie niebezpieczeństwa
czyhające po drodze na śmiałków. Mimo tych zagrożeń wielu podejmowało się tak
ryzykownej wyprawy dla materialnego zysku. Bez liku awanturników poginęło w
namorzynach. Całe mnóstwo innych nigdy nie wróciło w rodzinne strony,
zapełniając obozy resocjalizacyjne w Marchii. Ale tym niewielu, którym się
udało przemycić kontrabandę, majątek bardzo szybko wzrósł. Dlatego ich zdaniem
gra była warta świeczki.
Sinoe miał
serdecznie dość tej wędrówki. Teren był nieprzychylny i pełen pułapek. Wokół
kręciło się wiele niebezpiecznych zwierząt: nie wspominając o olbrzymich
pijawkach, których co wieczór Darkar cierpliwie swoimi miksturami pozbywał się
z pogryzionych członków; nie mówiąc już o ogromnych pająkach, które co chwila
ze swoich nor próbowały pochwycić to jednego to drugiego z wędrowców. Lecz
doświadczenie zbrojnego pomagało im wyjść cało z każdej dotychczas przydarzającej
się opresji.
I tak żmudna
eskapada mijała dzień po dniu. Wieczorami niziołek był na tyle padnięty ze
zmęczenia, że natychmiast zasypiał. Zazwyczaj spali na leżu uszykowanym dla ich
własnego bezpieczeństwa pośród gałęzi drzew. Wszystkie przeżycia, jakie ich
spotkały powodowały, że nie mieli ani sił, ani ochoty na zbyt częste pogawędki
przy płonącym ognisku. Sinoe, jako osoba z usposobienia towarzyska, czuł się coraz bardziej samotny a to wpływało
na jego samopoczucie. Doznawał z dnia na dzień nasilającej się depresji. Miał
wewnętrzną potrzebę, by ciągle coś pleść a nie bardzo miał z kim poplotkować.
Darkar był osobą o charakterze skrytym i małomównym. Więc tego nie rozumiał. Wojownik
wręcz wielokrotnie powtarzał, że nawet baba tyle nie gada ile plecie niziołek. Po
prostu taki już był. Tak więc Sinoe doświadczał kompletnego wyalienowania w tej
niezbyt komfortowej dla niego, ale i całkowicie nowej sytuacji. Coraz bardziej
uświadamiał sobie, że na gwałt potrzebuje kontaktu z innymi istotami, bo
inaczej zwariuje.
Pewnego jednak
dnia coś się zmieniło w ich tułaczce.
Na skraju duktu
leśnego zobaczyli zaskakujący, jak na moczary widok. Jakaś stara kobieta,
babinka, odganiała się kosturem gwałtownie od atakującego ją wilka. Dzikie
zwierzę ganiało, jak wściekłe wokół niej i raz za razem próbowało ją dopaść z
każdej możliwej strony. Nie miało jednak szczęścia i babcia lała je po
grzbiecie swoją laską. Wilk w wyniku otrzymanych ciosów od kija babci szczerzył
wściekle ostre kły, by po chwili próbować kobiecinę podejść to z lewa, to z
prawa. Ale wysiłki bestii na niewiele się zdawały. Babcia, jak ta dzierlatka,
przepędzała skutecznie od siebie groźne zwierzę.
– A poszedł
ty, a kyś! – krzyczała zdenerwowana.
Wilk jednak
był uparty.
– Poczekaj ! –
Darkar chwycił niziołka za kołnierz. Ten już bez zastanowienia chciał biec na
pomoc. – Nie pamiętasz, że jesteś na
bagnach Palonii i ściga nas Gildia, a nie wykluczam też Imperatora. A czy pewny
jesteś tego, co widzisz przed nami? A może to jakieś zwidy, które mają nas
wciągnąć w pułapkę?
– Daj spokój
nie widzisz, że babinę chce jakaś bestia pożreć! – odpowiedział wzburzony Sinoe. – Trzeba
przecież pomóc babci. Darkarze to nasz święty obowiązek. Jeśli ty nie chcesz owej
kobieciny poratować w biedzie to jestem zmuszony to uczynić za ciebie. –
niziołek wypowiadając swoje buńczuczne słowa wyprostował się i zrobił groźną
minę.
– Ale pamiętaj
ostrzegałem ciebie. – odfuknął mu zbrojny klnąc przy tym na czym świat stoi.
Darkar, mając
świadomość, że nie może swojego towarzysza podróży narażać na tak duże
niebezpieczeństwo w starciu z wilkiem, niespiesznie wysunął się zza krzaków.
Gdy agresywne zwierzę zobaczyło wojownika tylko bardziej najeżyło sierść na
karku, groźniej i głośniej zawarczało. Obrońca babci spojrzał się dziko w
ślepia wilka, pokazał swoje zęby i zawarczał, jak mają to w zwyczaju
przedstawiciele gatunku napastliwej bestii. Zwierzę ostrożnie zawróciło i znikło
w okolicznych kniejach. Kobiecina została uratowana.
– O, dziękuję
ci przemiły panie. Oj, stareńka ci dziękuje za łaskę. Oj, stareńka jeszcze
trochę pożyje, dzięki tak przepięknemu młodzieńcowi. – zasepleniła bezzębnymi
dziąsłami uratowana wieśniaczka.
Darkar nie był
pewien, ale zobaczył w oczach starej wiedźmy – kto inny, by lazł na bagna
Palonii bez strachu? – dziwny błysk. Nie było to spojrzenie osoby na krańcu
ścieżki swojego życia, tuż przed śmiercią. Raczej przysiągłby, że ujrzał
niepohamowaną rządzę mordu oraz brak litości i empatii. Przeszły go ciarki po grzbiecie. Kiedy miał
coś odpowiedzieć z krzaków wyskoczył biegiem niziołek z krzykiem na ustach.
– Babciu… –
dyszał po przebiegnięciu kilkunastu kroków. – Nic ci nie jest? Cała ty i
zdrowa? Pomocy jakieś wam trzeba? – Sinoe na chwilę przystanął i się pochylił
do przodu, żeby złapać oraz wyrównać chrapliwy oddech. Gdy to mu się udało
zarzucił kobiecinę setką pytań, nim ta zdążyła otworzyć swoje usta.
– A… –
zająknęła się stareńka. – Przydałaby się
pomoc tak mężnych młodzieńców… Ale starej babci jest głupio znów o przysługę,
mały panie, prosić. Młodzieńcy tak wiele dla babci zrobili. Nie śmie babcia o
więcej łaski prosić. – załkała biedna staruszka a z jej oczu spłynęły łzy, jak
grochy.
– Babciu
mówcie, nie wstydźcie się. Jak możemy pomóc to wszak pomożemy – wyrwał się z
obietnicami powtórnie Sinoe.
– A byście
mogli podprowadzić babcię do jej domku. Babcia z wami zapewne bezpieczna dotrze. – niepewnie zagadnęła
towarzyszy podróży.
– A daleko to?
– zapytał się Darkar.
– A niedaleko
mój drogi. Tylko pół dnia drogi od tego miejsca. Troszkę na południe i wschód.
– Tak babciu,
zaprowadzimy ciebie do domku. Tam na
pewno będziesz bezpieczna. – szybko odrzekł Sinoe nie konsultując się z
wojownikiem.
Darkar chwycił
za ramię niziołka i pociągnął go za sobą na bok.
– Sinoe nie
podoba mi się ta babcia. Skąd taka stara jędza nagle znalazła się tutaj pośrodku
moczarów? Nawet pomijając tę moją wątpliwość, to i tak zmierzamy w kompletnie
odwrotnym kierunku. Nie wspominając już o małym problemie, który jednak nas w
tej chwili dotyka, że ściga nas, i Gildia, i Marchia. Czas nas zatem bardzo
mocno nagli. Nie widzę więc innej dla nas możliwości, jak z tego miejsca
bezpośrednio, bez zbędnych wycieczek ruszyć do Kayamak. Zgodnie, Sinoe, z
wcześniejszym planem!
– Darkarze,
ale ja już tak nie mogę. Ciągle tylko byśmy się przedzierali, poruszali,
brodzili. A ja chcę, nie ja wręcz muszę, chociaż ten jeden dzień odpocząć od
tych przeklętych bagien. Przespać się
choćby w chałupie na polepie. A nie znów na gałęzi, przywiązany sznurem do pnia
drzewa. Chcę w końcu z kimś troszeczkę pogadać. Zgódź się. Proszę. Inaczej umrę
tu i teraz! – załkał niziołek. Spojrzał się na Darkara swoimi oczami, gdzie
miał wypisane: proszę, wielkimi, krzyczącymi literami.
Darkar, cóż
miał począć, spojrzał się tylko na babę, która już widząc co może się święcić
zaczęła głośno jęczeć i nie pozwoliła zbrojnemu dojść do głosu.
– Panoczku,
zaprowadźcie starą babcię do jej domku. Babcia herbatki przygotuje. Posili
wędrowców. Przenocuje na sianie w stodole. Proszę ciebie piękny panie.
„ W sumie, co
może nam zrobić taka stara baba? Ja też z jedną noc bym odpoczął od tej
ciężkiej wędrówki przez bagna. No i poza tym te proszące oczy Sinoe. Może
wreszcie poczuje się lepiej ? Dobra niech tak będzie.” – pomyślał wojownik.
– Prowadź
kobieto– krzyknął, ku nieukrywanej
radości Sinoe, Darkar.
***
Darkar był
zły. Lecz głównie na siebie za to, że dał się namówić na tę nieprzewidzianą
eskapadę z babcią do jej domku. Stara kobieta, i owszem, całkiem rześko
walczyła z wilkiem, ale wędrówka już nie szła jej tak dobrze. Ociągała się, co
chwila trzeba było odpoczywać, bo inaczej jęczała, że jest zmęczona.
Ale
przynajmniej Sinoe był szczęśliwy. Non stop gadał. Opowiadał wszystkie możliwe
wersje ich przygód. Wymyślał tak
niestworzone rzeczy, że Darkar był zdumiony jego wyobraźnią. A babcia była
zachwycona swoim małym towarzyszem podróży.
„Jeszcze
trochę i zaczniemy latać” – pomyślał uszczypliwie wojownik.
Wreszcie
zbrojny zaniepokojony przedłużającą się wędrówką do babcinego domku, zapytał:
– Babciu,
idziemy już tak lekko licząc z pół dzionka, a waszej chałupy jak nie było do
tej pory widać, tak i teraz ani widu ani słychu. Jak więc jest jeszcze do was
daleko?
– Oj,
syneczku. Jeszcze trochę. Ale przed nocą tam nie dotrzemy. Ale babcia zna dobre
miejsce na nocleg. Dobry nocleg. Młodzieńcy pójdą za babcią. Babcia pokarze.
– Dobrze
babciu idziemy za tobą. – krzyknął Sinoe.
Darkar, nie
był zachwycony zmianą planów. Ale trudno. Trzeba się gdzieś przecież w miarę
bezpiecznie przespać.
– Prowadź więc
– oznajmił niezadowolony wojownik.
Ruszyli w
dalszą podróż.
***
Podróżowali
jeszcze szmat drogi, by w końcu dotrzeć do lasu. Przedzierali się przez gęsty
drzewostan i krzaki. Darkar już miał serdecznie dość, tym bardziej, że końca
wędrówki nie było widać, a zmierzch zbliżał się nad wyraz szybko. Babcia
zapewniała ich, że co prawda do jej domeczku nie dotrą, ale wskaże im
bezpieczne miejsce na nocleg.
Wokół panował półmrok. Wreszcie, gdy wściekłość wojownika osiągnęła zenitu usłyszał
z oddali dobiegające go głosy. Dał znak by jego towarzysze się zatrzymali, a on
poszedł na rekonesans. Po dziesięciu minutach ostrożnego przedzierania się
dotarł do skraju boru. W oddali majaczyło obozowisko, gdzie dostrzegł jakieś
postaci, które kręciły się wokół wozów.
– Coście za
jedni! – krzyknął Darkar w stronę dopiero co dostrzeżonych istot. Nie obawiał się ich, gdyż stwierdził z całą
pewnością, że to muszą być niegroźni cywile, którzy są zbiegami z Cesarstwa lub
Pomezanii. Jednak przezorność kazała mu sie ukryć, bo tak było bezpieczniej
Czym dłużej
obserwował koczowisko dostrzegał powoli coraz to nowe szczegóły z życia
obozowego. Spostrzeżenia, których dokonał jednoznacznie potwierdzały wysnute
wnioski. Choćby zauważył swoim wyostrzonym wzrokiem, że po obozowisku latała
gromada dzieci oraz kręcą się kobiety w różnym wieku. Rozbite namioty i środkowa część polany była ochraniana przez
wozy taborowe, które zostały ustawione w szyku fortyfikacyjnym i spięte
łańcuchami. Nie potrzebował więcej dowodów.
Obozu strzegli
mężczyźni, którzy zostali rozstawieni na
czatach pośród wozów uzbrojeni w widły, siekiery oraz w to wszystko, co mogło być bronią. Umiejscowienie wart świadczyło niezbicie o jednym: że pilnowali obozu
przed zagrożeniem od strony otaczających bagien. Bali się nocy, a zwłaszcza
tego, co może nocą do nich przyjść.
– Uchodźcy! –
potwierdził domysły wojownika jeden z pilnujących obozowiska mężczyzn. – A ty,
co żeś za jeden?
– Wędrowiec.
Bez złych zamiarów!
– Wyjdź z
tego ukrycia, to zobaczymy, coś za jeden! – nakazał głosem
nie znającym sprzeciwu wartownik.
– Wyjdę, jak
chcecie. Tylko nie strzelajcie!
Darkar śmiało
wyszedł z kryjącego go cienia, zza drzew. W lesie, w którym
tymczasem przebywali panował półmrok. Słońce nie było w stanie
przedrzeć się przez gęste korony pradawnych drzew. W pierwszej chwili ostre
światło go oślepiło nim źrenice jego oczu dostosowały się do intensywnego blasku.
Podniósł
powoli obie ręce do góry, co oznaczało, że nie ma złych zamiarów. Czekał, na
ruch ze strony obozowiczów. Spodziewał się tego, co nastąpiło dalej.
Z pośród wozów
wyszła grupa pięciu osób. Dwóch z nich to byli ludzie, ponadto
dostrzegł jednego elfa oraz dwa
krasnoludy. Powolnymi, a zarazem ostrożnymi krokami zbliżali się do wędrowca. Asekurowało ich kilku ustawionych tuż przy zaprzęgach łuczników i kuszników.
– Panowie, teraz wyjdą spokojnie z lasu moi
towarzysze wędrówki: stara babcia i niziołek. Jesteśmy dla was całkowicie nie
groźni. Nie bójcie się nas. Nie strzelajcie! –
krzyknął Darkar.
Za jego
plecami stanęli – babcia i Sinoe.
W tym czasie zwiad
wysłany z obozu dotarł do nich. Usłyszeli zaczepki słowne, które miały ich
zastraszyć. Lecz Darkar nie reagował na nie, bo nie chciał rozpoczynać krwawego
spięcia z wystraszonymi cywilami.
– Co z nimi
zrobić ? – zastanawiał się na głos jeden z ludzi. Z jego zachowania
można było wywnioskować, że pełni obowiązki dowódcy.
– Właśnie, co?
Może powinniśmy ich ukatrupić? To w końcu bagna. Nie wiadomo do końca, co po
nich łazi! – wtórował mu ktoś inny.
– Właśnie,
właśnie. – podchwycił następny ze zwiadowców pomysł druha. – Spójrzcie, ten pierwszy z nich to na pewno
jakiś wojownik. Ma przytroczoną do pasa piękną szablę. Takiego podejrzanego
typka mamy wpuścić do obozu? A mamy jakąś pewność, że nocą nas nie zarżnie?
Nie! Więc szablę sobie obejrzę po jego niechybnej śmierci, która nastanie tu i
teraz. Myślę, że ta piękna broń powinna być już moja! – wyszczerzył w bezzębnym
uśmiechu swoje dziąsła następny z cywili, by po krótkiej chwili próbować zaatakować
towarzysza Sinoe. Koniecznie chciał zdobyć interesujący go przedmiot.
Ostatecznie
nie zdążył się nawet zbliżyć do Darkara na wyciągnięcie ręki. Nim ktokolwiek z
jego współtowarzyszy zdążył jakkolwiek zareagować, ten jednym ruchem usunął się z linii ataku, następnie wytrącił
mu miecz z dłoni jednym uderzeniem nie wiadomo kiedy wyciągniętym zza pasa sztyletem. Potem, gwałtownie i bez zbędnych ceregieli, przygarnął
ramieniem go do siebie, by wreszcie ze stoickim spokojem i bez niepotrzebnych
emocji, wyuczonym do perfekcji ruchem swojej ręki, przystawić mu do szyi sztylet.
– Panowie my zwady ani bójki z wami nie szukamy. Potrzebujemy miejsca do noclegu.
A zwyczajem dobrym, pielęgnowanym od stuleci, jest wspomóc inne istoty w
potrzebie, a nie tak bezceremonialnie po prostu zarżnąć. Mnie się wydaje, że
jesteście przecież cywilizowani. Zwłaszcza wy, uciekinierzy, powinniście to
wiedzieć, że należy pomagać innym w biedzie.
Zza wozów
wyszedł zgarbiony starzec.
– Dosyć. Puść go zbrojny. Winny ci jestem przeprosiny, za to, że byliśmy dla was tacy niegościnni. Ale zbyt wiele złego nas ostatnio spotkało na tych bagnach. A wy widzę po tym, jak darowaliście życie temu przemądrzałemu głupcowi jesteście mężem sprawiedliwym i uczciwym. A przecież mogliscie poderżnąć mu gardło.
– Daruję. Ale
dajcie starcze słowo, że w pokoju nas zostawicie! Włos z głowy nam nie spadnie
i pozwolicie nam w obozie bezpiecznie przenocować.
– Przyrzekam i
słowo daję. Zapraszam was i waszych towarzyszy, panie.
Darkar puścił
z wielką ulgą zakładnika. Unikał niepotrzebnego zabijania cywili. Uważał tego
typu czyny za wielce naganne, a osobniki, które je popełniały za niemoralne.
Reprezentował pogląd, zresztą coraz rzadziej spotykany wśród przedstawicieli
jego profesji, wywodzący się jeszcze ze starej szkoły, że tylko kodeks
etyczny odróżnia ich wszystkich od
potworów. Tylko bowiem bestie nie mają jasno oraz precyzyjnie określonych granic
oraz moralności w swoim postępowaniu. Jego zdaniem przedstawicielami, typowych
zwyrodnialców bez żadnych zasad, były niewątpliwie orki i murgry. Zawsze, gdy
nawet próbował w nich dostrzec chociaż odrobinę empatii, a także współczucia dla
innych istot, nie był w stanie jednak tego w nich dostrzec. Niestety, zabijały
dla przyjemności i z sadystycznej chęci dominacji nad inną, znacznie słabszą
istotą.
Starzec i zwiadowcy staneli i czekali, aż Darkar ze swoimi towarzyszami podróży powolnym krokiem dotrze do spiętych wozów. Czujnym wzrokiem odprowadzali ich, gotowi do walki, gdyby taka potrzeba zaistniała. Sinoe szczęśliwy gwizdał, zdał sobie sprawę, że w końcu z kimś będzie mógł porządnie pogadać i poopowiadać swoje historie. Noc zapowiadała się na bagnach całkiem inna od dotychczasowych.
Niestety nasi bohaterzy nie zdawali sobie sprawy, jak wielce inna.
***
Po dotarciu do
obozu wskazano im miejsce, gdzie mogą chwilę odpocząć. Postanowili się położyć
i przespać. Byli skonani, tym bardziej, że do swojej dyspozycji mieli wóz pełen
siana. Był to pełen luksus po wielu dniach tułaczki po moczarach,
gdzie twarde oraz niewygodne gałęzie zastępowały im wyrka.
U schyłku
dnia, niespodziewanie dla Darkara i Sinoe, przywódca uciekinierów osobiście
pofatygował się do nich, by ich zaprosić na wieczerzę, która miała się odbyć niebawem.
Przystali na propozycję wspólnego posiłku z uchodźcami. Byli zadowoleni z
takiego obrotu sprawy. Wreszcie będą mogli znów rozkoszować się aromatem i
smakiem zwyczajnych, pospolitych potraw,
które po tak długim czasie spożywania podczas tej wędrówki byle czego i byle
jak urosły do rangi rarytasów. Ponadto nie chcieli odmową urazić gospodarza.
Sinoe nie mógł już się doczekać chwili, gdy
wyruszą na kolację. Zniecierpliwiony
musiał czekać na Darkara, który stwierdził, że czas najwyższy obmyć się z
kilkudniowego brudu. Zaproponował łaźnię niziołkowi, by ten skorzystał z niej, jako
pierwszy, ale towarzysz wojownika niezdarnie wykręcił się z niej i zwalił winę
na poważną chorobę skórną, jakiej nabawił się w niewoli u bandytów. Wreszcie
zbrojny ogolony, pachnący mydłem i lawendą zakończył toaletę i był gotów na wieczerzę.
Kiedy zbliżali
się do miejsca wspólnego posiłku patron z niecierpliwością ich wypatrywał. W
końcu dostrzegł swoich gości. Wtedy wstał od stołu i ich serdecznie powitał.
– Dziękuję wam,
że przybyliście na naszą biesiadę, jesteśmy tym bardziej wdzięczni, bo widać, że jestescie mocno utrudzeni waszą dotychczasową wędrówką przez te przeklęte
bagna. Siadajcie więc. Częstujcie się, pijcie, jadła ani napitku nie
oszczędzajcie. Bawcie się dobrze choćby do białego rana. – zakończył swoje
przemówienie starzec. Wskazał miejsca przeznaczone dla znamienitych gości po
swojej prawicy. Nalał osobiście dla nowo przybył wina i wzniósł puchar do góry.
– Zdrowie
gości! – podjął toast starzec.
– Zdrowie
gości! – zawtórowali obecni na wieczerzy uchodźcy.
– Zdrowie
gospodarza! – wędrowcy jednym haustem opróżnili puchary do dna.
Sinoe cały
czas coś gryzło. Pomimo zachwytu nad ilością przygotowanych potraw oraz
napitków bardzo się martwił, gdyż przy stole biesiadnym nie zobaczył starej
babci, z którą tu przybyli. To mogło oznaczać, że gdzieś im przepadła, gdy spali. Zastanawiał
się intensywnie, co mogło się stać. Pomyślał, że może gdzieś się zagubiła na
terenie obozu lub, co gorsza, nocą udała się samotnie do swojego domku. Nie
dawało mu to spokoju. W końcu nie wytrzymał i podszedł do patrona, by czegoś
się o staruszce dowiedzieć.
– Dziadku, –
zapytał się niziołek. – a babci tej, co z nami tutaj przyszła, to gdzieś
przypadkiem nie widzieliście w obozie?
– Miły panie, nikt babci, jak tę staruszkę
nazywacie, od czasu waszego przybycia tutaj nie widział. Pokręciła się
troszeczkę, ponarzekała kobietom, że do domu jej śpieszno i jak tylko
poszliście spać przepadła, jak kamień w wodę. Pytałem się o nią nawet nasze białogłowy,
które wieczerzę przygotowywały, czy ją gdzieś przypadkiem nie spotkały, ale nikt
jej nie spostrzegł. Strażnicy też jej nie zauważyli.
– Dziwne. –
zamruczał do siebie zły Sinoe.
Niziołek usiadł
z marsową miną do stołu biesiadnego. Gdy Darkar po pewnym czasie zauważył w jak
kiepskim nastroju jest jego towarzysz próbował się dowiedzieć, co jest przyczyną
złego samopoczucia druha. Wtedy Sinoe wyjawił mu, że babcia zaginęła.
– Może jednak do
domu poszła? Tak czy siak, to towarzystwo, które w tej chwili mamy, bardziej mi
pasuje niż tej starej jędzy. Sinoe, no rozchmurz się. Jestem ci skłonny
podziękować, żeś taki uparty, jak ten stary cap. Dzięki tobie jesteśmy tutaj na
wieczerzy. Zobaczysz wszystko się jeszcze ułoży i zapewne jeszcze tą starą
jędzę zobaczysz.
– Darkarze,
jest mi smutno, że nasza babcia opuściła nas bez słowa wyjaśnienia. Martwię
się, że może faktycznie coś jej się stało. Może było tak, jak ty twierdzisz, po
prostu, gdy spaliśmy ruszyła sama do domu!? A zresztą masz rację radujmy się.
Cieszy mnie tylko jedno, że wreszcie i ty doceniasz możliwość odpoczynku oraz
normalnego snu na tych przeklętych bagnach. Mówiłem ci, że nam się to przyda.
– Naprawdę doceniam
twoja upartość. A co do babci nie martw się wszystko będzie z nią dobrze.
Pamiętasz, że nawet sobie z wilkami dobrze radziła. Domyślam się po cichu, co
najbardziej ciebie w tym wszystkim boli!
Z kim ty będziesz gadał dalszą część drogi? – klepnął wojownik niziołka po
ramieniu i począł się głośno śmiać.
– No, właśnie z kim? Z tobą się przecież nie da. Nie mam wyboru, muszę zacząć rozmawiać z sobą, albo pisać pamiętniki wieczorami przy ognisku. A może znów popadnę w odmęty depresji z tej samotności? – próbował żartować niziołek.
– Oby nie to. – przeraził się nie na żarty Darkar. – Pomyśl, że gdy dotrzemy do
jakieś osady poszukasz sobie jakieś dzierlatki i ona uspokoi twoje skołatane nerwy.
– Oj tak
kolego. Zatem wypijmy za to! – mrugnął okiem do zbrojnego żartobliwie Sinoe.
Nagle zza stołu biesiadnego wstał starzec i
podniósłszy kielich wina zaintonował.
– Posilcie się
wędrowcy. Czym chata bogata. Może tego całego dobra nie ma za wiele, ale cośmy
mogli to przyrządzili. Wypijmy zdrowie, by nasza podróż dobiegła końca
szczęśliwie i bez wielkich przeszkód.
– A dokąd
zmierzacie? – zagadnął przywódcę niziołek.
– A zmierzamy stąd
do Cesarstwa Elfów. Tam mamy nadzieję odnaleźć spokój i lepsze jutro. Za to
wypijmy.
Na dźwięk tego
toastu wszyscy zebrani unieśli wino w glinianych pucharach i wypili je, jak
jeden mąż bez zbędnych ceregieli.
Wędrowcy
wreszcie zakosztowali potraw. Oczywiscie wybór był skromny, ale nie dla strudzonych wędrowców na podstępnych Bagnach Palonii. Dla nich to była wielka uczta, gdzie tam porównywać do tego, co dotychczas spożywali.
– A skąd
wyście tutaj przybyli, dziadku? – zapytał Darkar wymownie mlaskając ustami.
– Długa to jest
historia, ale jeśli chcecie mogę wam ją opowiedzieć.
–
Opowiadajcie. Czas nam umilicie. – zachęcał niziołek przełykając kęs świeżo
wypieczonego żytniego chleba.
– Pochodzimy z
Pomezanii. Kiedyś, czy chcecie mi wierzyć czy nie, z przepięknego kraju.
Byliśmy tolerancyjni dla wszelkich ras i
ich kultury, a nade wszystko wszelkiej wiary. Nasi władcy zawsze nas nauczali,
że nieważne jest to w co kto wierzy, nieważne jest to z jakiej wywodzi się
rasy, ale ważna jest dla każdego z nas tylko współpraca pomiędzy
bliźnimi nad wypracowaniem wspólnego dobra. Razem harowaliśmy ramię
w ramię nad tym, by wszyscy mogli żyć w dobrobycie. Żyliśmy w zgodzie z
elfami, krasnoludami i nawet orkami,
które, jak to one mają w naturze, chadzały własnymi ścieżkami. Nie brakowało
nam dosłownie niczego. Uprawialiśmy rolę, hodowaliśmy zwierzęta. Było naprawdę
dobrze.
– Słyszałem opowieści o waszym kraju. Podobno kiedyś to była w rzeczy samej
przepiękna kraina. – dorzucił jakby na potwierdzenie słów starca, Sinoe. –
Wielu zachwycało się waszym bogactwem i wolnością.
– Oj, wierz mi
była. Teraz sobie tak myślę, że mieliśmy za dobrych władców. Wyobraźcie sobie z
każdym chcieli rozmawiać, nie chcieli z nikim wojować. Zawsze paktowali, by
rozwiązywać problemy i waśnie. Twierdzili, że szkoda im dukatów na żołd dla żołnierzy,
bo wszelkie sprawy można rozwiązać rokowaniami oraz negocjacjami. Dlatego nasza
armia była mała, ale bitna i świetnie wyszkolona. A jak nie masz silnej armii zawsze znajdzie się ktoś, kto
zechce zagarnąć twe bogactwa. I stało się. Początkowo, to Estrowie zaczęli
nas oskarżać o to, że nasze oddziały robią rajdy zbrojne na ich ziemie, co było wierutnym kłamstwem W Pomezanii było
tylko kilka oddziałów, będących strażą królewską, kilka miało uprawnienia
policyjne, a kilka pilnowało granicy królestwa przed przemytnikami i różnej
maści awanturnikami. Ponad to: po cóż nam była
do szczęścia potrzebna ta ich przysłowiowa bieda? Oskarżali nas przez około dwa
lata. Wysyłali poselstwa do kogo się dało: choćby do Gildii Kupieckiej, a nawet do Ligi Ochrony
Pokoju. Nasz król Martersen nic nie robił poza tym, że ciągle się tylko
tłumaczył. I co to dało? Absolutnie nic, zacni
panowie! Tymczasem nasz wróg zbroił się, a my bawiliśmy się w dyplomację. Aż
pewnego pięknego dnia Estrowie oskarżyli nas o łamanie traktatów. Udowadniali, chociaż każdy wiedział, że to stek bzdur, iż
nasze wojska zajęły pograniczne miasteczko Rustev. Twierdzili, że po zajęciu grodu przez nasze królestwo: wymordowaliśmy ludność cywilną, a resztę
wzieliśmy w niewolę. I tak oto, drodzy panowie, dzięki ich propagandzie
zostaliśmy uzbrojonym po zęby agresorem.
– Słyszałem. –
przytaknął Darkar. – Dla mnie te pogłoski wydały się bzdurą!? Zawsze i wszędzie
powtarzałem, że to jest pozbawione jakiejkolwiek logiki. Jak bowiem kraj bez
armii ma najechać sąsiada z armią? Ale kontynuujcie gospodarzu.
– Dziękuję, panie, że tak prawisz. Jednak politycy, jak zawsze, za bardzo nie dbali o rozsądne rozwikłanie tego problemu. Każdy z nich, akceptował to, co dla niego było wygodne i nie martwił się o to, czy to ma jakiś sens. Politycy z ościennych królestw ogłosili na forum ogólnym Ligi Obrony Pokoju przy poparciu innych członków, że nadają mandat dla Estrów do obrony zagrożonego bytu państwowego wszelkimi dostępnymi środkami! A ci skwapliwie skorzystali z przyzwolenia. Poparła ich i Gildia, i Cesarstwo. Najechali nas wspólnie. Gdy tylko wojna wybuchła było już za późno na rekrutowanie naszej armii. Jedynie, co mogliśmy zrobić w tej sytuacji to opóźniać na ile to było możliwe marsz wojsk nieprzyjacielskich. Czekaliśmy na opamiętanie się władców z ościennych królestw, by wsparli nas swoja pomocą, zwłaszcza, że wróg zagarniał nasze terytoria i mordował bezbronnych. Wybaczcie, ale w gardle zaschło, wypijmy więc. Zdrowie wasze nasi szanowni goście.
– Zdrowie
gospodarzy. – odpowiedzieli wędrowcy.
Wszyscy
zgromadzeni wypili solidarnie po sporym łyku wina.
– Oczywiście –
starzec kontynuował swoją opowieść– początkowo nikt
się nie opamiętał. Jednak po pewnym czasie ku zaskoczeniu wszystkich Imperator wystąpił do Martersena z ofertą
pomocy. Podobno przemyślał sobie wszystkie argumenty i doszedł do wniosku, że jesteśmy niewinni. Jego oferta została złożona dopiero wtedy, gdy, szanowni panowie, wrogie wojska były praktycznie na
podgrodziu naszej stolicy. Król nie mając zbytnio wyboru zawarł
brzemienny w skutki sojusz z Cesarstwem Imperatora. Jak później miało się okazać
był to olbrzymi błąd. Martersen, mając nóż na gardle, podpisał traktat o
wzajemnej pomocy. Czarny Pan odwrócil sojusze ku zdziwieniu dotychczasowych sprzymierzeńców. Co ciekawe Cesarstwo od samego początku tej agresii zwlekało z wysłaniem swoich wojsk do boju, teraz już rozumiemy czemu. W tym samym momencie, gdy tylko nasz władca złożył podpis na dokumentach machina
wojenna Czarnego Pana ruszyła z odsieczą dla nas. Mieszkańcy w
wyzwolonych miasteczkach oraz wsiach witali kwiatami i winem żołnierzy
sojusznika.
– Tak. To od
tego czasu, został wprowadzony do języka wojskowości termin, tak zwanej wojny
błyskawicznej. Czarne Imperium w przeciągu tygodnia pokonało armię sprzymierzonych królestw z Estrowami – wtrącił Darkar.
– Masz rację,
panie. Była to wojna w rzeczy samej, trafnie określana, jako wojna błyskawiczna.
I nie chodzi tutaj tylko o same możliwości techniczne zastosowanego uzbrojenia
czy wykorzystanie nowych machin wojennych, ale o samą strategię. Taktyka
działań wojennych była niespotykana w dotychczasowych konfliktach zbrojnych.
Cesarstwo zgromadziła na swojej granicy trzy potężne armie. Pierwszą
najsilniejszą na pograniczu z krajem
Estrów, drugą w środkowej części granicy z Pomezanią, a trzecia stała przy naszej stolicy. Oprócz tego agenci wywiadu Cesarstwa uzbroiły i pokierowały działaniami grup
dywersyjnych na tyłach wojsk nieprzyjacielskich. Panowie nie było, co zbierać
po naszych wrogach. Armia południowa uderzyła bezpośrednio na stolicę Estrów – Livonie. To uderzenie miało odciążyć, zgodnie z przewidywaniami strategów Cesarstwa,
front przy murach naszej stolicy. Jak przewidzieli, tak też się stało.
Maksymalnie rozciągnięte szlaki zaopatrzeniowe, brak poważnych sił w odwodzie,
spowodowały, że dowództwo Estrów, nie mając większego wyboru, musiało
natychmiast zacząć wycofywać swoje wojska na swoje terytorium, by go bronić. Kiedy
rozpoczęli ten manewr taktyczny nie spodziewali się skoordynowanego uderzenia
dwóch następnych armii. Pierwsza z nich rozpoczęła manewr ofensywny spod naszej stolicy, druga natomiast natarła ze
środkowej części granicy z Pomezanią. Pobiła, szybko wycofujące się wrogie
wojska. Na końcu nasi wrogowie zostali zamknięci w kotle, a tam doszczętnie
rozbici. Armia Estrów przestała istnieć. Nasz nieprzyjaciel podpisał zmuszony
przez Cesarstwo pokój na jego warunkach. W
zasadzie Estrowie oddali dwie swoje prowincje dla Czarnego Pana. My natomiast,
jak później się okazało, oddaliśmy im większą część terytorium w zamian za
zbrojną pomoc. Początkowo było to terytorium pod ochroną wojsk Cesarstwa na wypadek ewentualnej próby zemsty Estrów, ale tę
część bardzo szybko Imperator zaanektował. Naszemu władcy pozostawił dzisiaj
tak zwane Samodzielne Terytorium Pomezanii. I w tym momencie niejako zaczyna
się nasza historia. Naszej wioski.
– Powiedzcie żaden kraj nie zaprotestował przeciwko tej niesłychanej agresji? – zapytał
wzburzony niziołek.
– Nikt nawet
nie pisnął drogi panie. Wszyscy nabrali wody w usta. I koniec.
– Ten świat spadł na psy. Jak tak można? Niespotykane. – narzekał Sinoe. – Dlatego Darkarze musimy coś z tym zrobić! Rozumiesz. Tylko my możemy zaradzić temu złu .
Darkar nie
odezwał się ani słowem. Siedział zamyślony. Zastanawiał się, co mogli
zdziałać we dwóch? Jego zdaniem na politykę nie było mocnych.
– Panowie,
zakończyłem moją opowieść na tym, że motywem naszej ucieczki były działania
Imperatora. Jak wam już wcześniej wspomniałem z naszej Pomezanii powstało
kadłubowe, całkowicie zależne od Cesarstwa Samodzielne Terytorium Pomezanii. Ale
póki Martersen był władcą, nie było, co prawda, już tak słodko, jak
to wcześniej bywało, ale dało się jeszcze jakoś normalnie żyć. Dochodziły nas
natomiast straszne nowiny z zaanektowanego terytorium Pomezanii. Ci, którym
udało się stamtąd zbiec, opowiadali o potwornych rzeczach, jakie miały tam
miejsce. W początkowym okresie rządów Czarnego Pana nic nie zapowiadało tego,
co miało już się niedługo zdarzyć.
Wszyscy byli zadowoleni, że nasi wrogowie przegrali wojnę. Ufali też w to, że jak
niebezpieczeństwo minie na południu kraju Cesarstwo wycofa swoje wojska i wszystko
wróci do starych porządków.
– Widziałem na własne oczy to, co tam się
działo; widziałem brak nadziei w oczach mieszkańców; widziałem trakty
przyozdobione ciałami wiszącymi na krzyżach, palach lub w żelaznych klatkach. Pozostał
mi zwłaszcza w pamięci odór rozkładających się ciał. To było straszne
doświadczenie. Przy głównych duktach, co kilka wiorst strażnica. Ziemie pod
pełna kontrolą. – wtrącił zasmuconym głosem Sinoe.
– Właśnie,
panie. Co tam się działo. Wszyscy musieli przejść na nową wiarę. W pierwszym
etapie wprowadzania nowej religii była pełna dobrowolność. Niewielu to jednak zaakceptowało.
W tym samym czasie na terenie zagarniętym przez Cesarstwo zaczęły powstawać
dziwne, nieznane nam wcześniej obozy. Po ukończeniu ich budowy, dowiedzieliśmy
się bardzo szybko, czemu mają one służyć. Były to obozy pracy. W szybkim tempie zapełniono je tymi, którzy byli niechętni nowej władzy lub nie przyjęli nowej wiary. I w ten
oto sposób Czarny Pan nakłonił do nowego wyznania tysiące nowych dusz.
– No tak starcze, ale wy o ile dobrze
pamiętam pochodzicie póki co, to z Samodzielnego Terytorium Pomezanii. Co więc
mogło was skłonić do ucieczki z waszych domów, a potem wejścia z kobietami i z
dziećmi na te przeklęte bagna? – zapytał się zdezorientowany Darkar.
– Odpowiedź
mój panie jest prosta. Nasz władca oraz król Martersen zmarł jakiś czas temu,
świeć panie nad jego duszą. Okazało się, że nie ma on potomka. A zgodnie z traktatem zawartym z Cesarstwem nasza mała enklawa ma się stać częścią Imperium. A my, panie, nie chcemy żyć
tak samo, jak żyją nasi pobratymcy w pierwszej kolejności zawłaszczeni przez
Czarnego Pana. Nie chcemy nowej krwawej wiary i ofiar składanych nowym bożkom. Uciekamy wiec póki jest jeszcze taka możliwość. Dajemy tym oto dzieciom
nową nadzieję – tutaj starzec zakreślił koło dłonią wokół ogniska małych
pociech. – Zrobiliśmy to dla nich. Dlatego tutaj nas spotkaliście.
***
Pomimo tak
smutnej opowieści o losach krainy, którą byli zmuszeni opuścić, wszyscy,
zgromadzeni na tej wieczerzy, z optymizmem spoglądali na swoją przyszłość. Stwierdzali,
jak jeden mąż, że ponure czasy, jakich mieli wątpliwą przyjemność zakosztować,
są już dla nich tylko daleką, nic nie znaczącą przeszłością, pozostawioną w
odległej, rodzinnej wiosce. A przecież ją porzucili zupełnie wymarłą, tak jak i
ponure wydarzenia, jakich zaznali.
Podczas
wędrówki spotkało ich wiele niebezpieczeństw. Mimo tych wielu niespotykanych zdarzeń,
przeżywanego każdej nocy zwierzęcego strachu przed zagładą z rąk, kłów a może
pazurów wielu bestii czających się w ciemności trzęsawiska, byli zadowoleni.
Bowiem w ich przekonaniu to tutaj mieli, co mogło wydawać się nieprawdopodobne,
większe szanse na przetrwanie niż w Pomezanii. Tym bardziej, że do celu podróży
pozostało im tak nie wiele, bo dwa dni drogi.
Niestety,
kiedy wypowiadali słowa pełne wiary w powodzenie swojej misji nie mogli
przewidzieć tego co się wkrótce wydarzy. Nie znali splotu wypadków, które w
ciągu kilku najbliższych godzin niechybnie nastąpią. Nie mogli przecież
wiedzieć, że są tylko nic nie znaczącym pionkiem na szachownicy losów tego
świata a ich życie jest zależne od kaprysów bóstw. Żadne z nich, nawet Sinoe i
Darkar, nie domyślali się, że to miejsce wybrane przez uchodźców na obóz, jest
miejscem nad wyraz złym oraz przeklętym, nawet, jak na przerażającą sławę
bagien Palonii. Polana pośród lasu była pułapką w jaką zostali zwabieni
uchodźcy. Była to okolica nadzwyczajnie wyjątkowa w złego słowa znaczeniu.
Ci, którzy
przemycali przez trzęsawiska wszelką kontrabandę znakomicie znali to miejsce i
mieli wpojone, by omijać je szerokim łukiem, bo ci którzy tego nie uczynili
utracili życie w sposób wyjątkowo okrutny.
Żaden ze
szmuglerów, znawców bagien, nawet gdyby im zaproponować największe skarby tego
świata, nie przenocowałby na tej polanie. Taka możliwość zostałaby wykluczona natychmiast.
Natomiast wszystkim autochtonom z okolicznych wsi, graniczących z moczarami,
były znane znakomicie opowieści o śmiałkach, którzy próbowali przetrwać jedną
noc w tej części bagien. Do tej pory ta sztuka przetrwania nie udała się
nikomu. Stąd polanę miejscowi nazwali – Krwawą Łaźnią.
Cóż,
uczestnicy wieczerzy nie mieli pojęcia o złej sławie tego miejsca. Biesiada
trwała na dobre a tuż za spiętymi łańcuchami wozami taborowymi, w ciemności czaił się pierwotny a zarazem
bezwzględny łowca; czaiło się zło w swojej czystej postaci. Zło, które napawało
się zwierzęcym strachem istot światła, bawiło się okrutnie swoimi ofiarami,
uwielbiało zabijać, torturować, ssać do ostatniej kropli krwi; zło, które
zakradało się do swojej ofiary znienacka a najlepiej w czasie głębokiego snu.
Tą rzeź musiał,
na życzenie Imperatora, przeżyć tylko Sinoe i Darkar. Owe istoty miały zostać
pochwycone podczas ataku przez samo zło. Reszta mogła zginąć: kobiety, czy też
dzieci. Ich życie nie miało znaczenia dla nikogo. Wieczerza zapowiadała się
syta a czas nieubłaganie płynął godzina po godzinie.
***
Van Halsing, pasjonat w dziedzinie badań nad
wampirami, w swoim wiekopomnym dziele: „ Natura istot ciemności – rozprawa
o wszelkich gatunkach krwiopijców”, wprowadził czytelnika w temat. Język pisany tego eseju pomimo, że jest ściśle naukowy nie
przeszkadza w odbiorze treści bez właściwego
przygotowania. Autor przedstawił skutki życia oraz żerowania tej grupy
stworzeń dla wszelkich istot światła. Badania zostały przeprowadzone w sposób
bezstronny. W ich trakcie naukowiec skodyfikował wszystkie znane odmiany wampirów.
Przy pracy nad swoim dziełem opierał się na prowadzonych wykopaliskach prowadzonych na terenie Bagien Palonii oraz materiałach źródłowych dostępnych w instytutach naukowych wielu królestw.
Prace badawcze nad sposobem życia i naturą tych istot
ciemności opierały się w znacznej mierze na zeznaniach świadków oraz ofiar, które miały szczęście przeżyć spotkanie z wampirem.
Stanowiło to podstawę, by eksperymentator mógł wyodrębnić poszczególne, istotne podgatunki tych drapieżców. Jako najgroźniejsze,
a zarazem najbardziej odrażające ze względu na swoje upodobania żywieniowe wymienia: estrie, asemy, baitale, alpy, bruxy i bruje.
Naukowiec potwierdził między innymi na podstawie
własnego doświadczenia: łowcy tych bestii, że te potwory są tak samo
śmiertelne, jak my. Charakteryzuje je jednak znaczna odporność na rany oraz
bardzo szybka, niespotykana u żadnych innych istot regeneracja. Uśmiercenie wampira jest jednak możliwe. Najpewniejszymi metodami są: ścięcie,
przebicie serca czy spalenie. Niestety,
żadne ludowe środki obrony takie, jak: czosnek, cebula, srebro i religijne
fetysze nie działają ani odstraszająco ani tym bardziej śmiertelnie na
wampiry.
Wampiry w zależności od podgatunku do którego należą, mają między innymi umiejętność polimorfii. Należy również pamiętać o olbrzymiej
sile tych drapieżców, która znacznie przekracza ludzkie możliwości.
Celem wielu ekspedycji Van Halsing'a było
miejsce zwane potocznie Krwawą Łaźnią. Niedaleko tego przeklętego i śmiertelnie niebezpiecznego miejsca odkryto starożytne cmentarzysko. Tuż za nim odnaleziono ruiny
Opuszczonego Miasta. Przypuszczalnie był to gród zamieszkany wieki temu przez
wampiry.
Jednak naukowiec nie odnalazł ostatecznych dowodów
potwierdzających tezę, że we współczesnych mu czasach w Opuszczonym
Mieście pomieszkują krwiopijcy. Obawiał się, że brak potwierdzenia dla bytności bestii w tamtym regionie bagien jest spowodowane obecnością wojska,
które zawsze towarzyszyło ekspedycjom naukowym w tym przeklętym przez boga miejscu. Chcąc
ostatecznie zbadać gród niegdyś należący do wampirów i odnaleźć argumenty na
potwierdzenie swoich tez samotnie wybrał się w to miejsce. Van
Halsing już nigdy nie powrócił ze swojej ostatniej samotnej wyprawy.
Skończyła
czytać tą krótką notatkę na temat swojego ojca, zawartą w ostatnim wydaniu jego
wiekopomnego dzieła. Zastanawiała się wielokrotnie: ile to już razy robiła?
Nie była w stanie spamiętać tych waszystkich chwil. Miała taki zwyczaj,
by, tuż przed spodziewaną walką z wampirami, w ten sposób oddać hołd swojemu
tacie. Dzięki temu fragmentowi, który był dla zielonookiej wojowniczki tak
ważny, zawsze mogła sobie przypomnieć: dlaczego to robi.
Po
tej lekturze miała ogromną motywację, żeby dopełnić złożoną obietnicę, jaką złożyła tuż przed jej śmiercią. Od chwili, gdy rodzicielka Silvie zmarła żyła już tylko jednym: chęcią
zemsty i zabijania wampirów. Uważała te bestie za przyczynę rodzinnej tragedii.
Nienawidziła tych drapieżców z całego serca. Była pewna tego, że zabiły go wtedy, gdy samotnie Van Halsing wyruszył na Bagna Palonii do Opuszczonego Miasta. Całości gorzkiego obrazu tych potworów w oczach wojowniczki dopełniło też to, że wcześniej skrzywdziły jej matkę. Zdarzenie miało miejsce podczas jednej z ostatnich wypraw badawczych rodziców w rejon Krwawej Łaźni. Na ekspedycje wyruszali zawsze razem, byli nierozłączni, tak mocno się kochali. W wyniku niespodziewanego ataku wampirów na obóz badawczy matka została ukąszona przez krwiopijcę choć przeżyła. Później rodzicielka Silvie wyznała jej w sekrecie, że wtedy wolałaby umrzeć niż tak żyć. Stała się wampirzycą. Była potępiona.
Gdy żona
Van Halsinga została uzgryziona straciła przytomność.Wtedy, zaraz po ataku, nikt
nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Na ciele nikt nie zauważył żadnych śladów. Dopiero po
jakimś czasie kiedy przeszła pełną przemianę w wampira uzmysłowili sobie, co się wtedy
naprawdę zdarzyło. Na domiar złego zaraz po powrocie z tej pechowej
wyprawy okazało się, że jest w ciąży. To ona była tym nie narodzonym
dzieckiem – Silvie Ailen Halsing. Została dziwadłem – półwampirem, półczłowiekiem. Była dhampirem
Tego
i wielu innych faktów z życia wojowniczki oraz jej rodziców nie napisano w
oficjalnej biografii ojca. Sam motyw samotnej, ponownej wyprawy do Opuszczonego
Miasta był przekłamaniem ze strony wydawcy.Taka była wersja oficjalna. Silvie
jednak znakomicie wiedziała w jakim celu jej rodzic wyruszył do Krwawej Łaźni.
Znała prawdę, bo odnalazła jego osobisty pamiętnik.
Samodzielna ekspedycja, jakiej się podjął
do Opuszczonego Miasta, była tylko po to, by odnaleźć lekarstwo dla córki i
żony. Nigdy jednak z tej wyprawy nie powrócił. Twierdził, a przecież
wiedziała to z jego zapisków w sekretnym diariuszu, że w Opuszczonym Mieście żyją
w najlepsze krwiopijcy oraz musi tam przebywać sam patron wampirów. Według
wspomnień ojca tylko przywódca drapieżników, jeśliby zechciał, mógł
uleczyć je obie. Tak się jednak nie stało. Nigdy nie odnaleziono jego szczątków na tych przeklętych bagnach.
Nie usłyszała, jak od tyłu
niepostrzeżenie podszedł do niej jej druh, także dhampir – Cedric.
– Już
czas, moja piękna. – rzucił jak zawsze wesoło i z poczuciem humoru do
zamyślonej wojowniczki.Objął ją ramieniem. Czuła jego ciepły oddech na swojej
szyi. Lubiła takie niespodzianki w jego wykonaniu.
„Wspaniały partner i przyjaciel.” –
pomyślała rozmarzona Silvie.
–
Wiem. Jestem już gotowa. – spojrzała się na niego swoimi zielonymi
oczami. Czuła, że dzięki niemu znów ma energię. Miała ochotę pocałować go w
usta, ale zawahała się. W końcu zrezygnowała z tego pomysłu. W sytuacji, jakiej
się znajdowali ten pomysł był niedorzeczny i bezsensowny.
– Jesteś gotowa do zabijania tych ścierw? – mrugnął
porozumiewawczo okiem.
– Jak zawsze, wszem i wobec ci powiem: jestem! – wykrzyczała pełna pasji. Jej oczy nabrały
nienaturalnie szmaragdowego, wręcz kociego blasku. Dzikość jej charakteru była
zwłaszcza widoczna przed takimi zdarzeniami, jak walka z wampirami. W
takich chwilach była naprawdę niebezpieczna.
–
Obawiam się, moja piękna, że nie dasz rady. Który to już rok je tępimy? Nasza krucjata trwa od momentu, gdy
pierwszy raz się spotkaliśmy na Bagnach Palonii, czyli to będzie pewnie z ósmy rok. I co …? –
zbrojny zrobił przerwę, by odpowiednio wyrazić swoje rozterki. – Gdy zabijamy
jednego skurwiela w tym samym czasie, wręcz natychmiast powstają dwa inne. Nie widać końca. A zło pleni się coraz bardziej
na świecie. Czasami zastanawiam się czy w ogóle to ma sens.
Nie
lubiła, gdy tak mówił, ale po cichu przyznawała mu rację. Zabili już tak wiele
tych drapieżników i co? Na nie wiele się to zdało. Lecz miała przeświadczenie,
że warto nadal walczyć z krwiopijcami, bo to jest ich przeznaczenie, bo ma cel w swoim życiu – dopaść patrona wampirów, by zapłacił za śmierć jej rodziców. Gdy tego dokona wtedy zejdzie ze szlaku zemsty.
– Nie
ważne, ile to już trwa. – powiedziała smutno. – Nie ważne ile to będzie
trwało. Przyrzekłam to w swoim rodzicom i muszę dotrzymać danego im słowa. Wiem, że oni by mnie
wsparli w tym, co teraz robię. – jej głos emanował zapałem, a jej entuzjazm rozlewał się na innych członków komanda. Czuli, że to co teraz robią jest ważne i warte poświęcenia nawet życia. W takich chwilach była jeszcze
piękniejsza. Czarnowłosa bogini śmierci. – Zresztą nie rozmawiajmy o tym, znasz
moje podejście do tych spraw. Czy zwiadowcy już wrócili?
–
Tak, wrócili. Miałaś rację, co do tych uchodźców, którzy
tutaj się pojawili. Swoją obecnością zwabili drapieżców. Wampiry już się
zbierają. Jest ich strasznie dużo. W obozie są kobiety i dzieci. Będzie krwawa
jatka.
– Cedricu, zbieraj ludzi. Ruszamy natychmiast. Może uda nam się kogoś
uratować.
– Jak
sobie życzysz Madame.
Wojownik
wyszedł z namiotu Silvie. Zostało niewiele czasu.Należało się przygotować do bitwy. Ktoś potrzebował ich pomocy, chociaż o
tym jeszcze nie wiedział.
***
Zawiesista
mgła spowiła obozowisko uchodźców. Była tak gęsta, że nie
mogła być wytworem natury. Wszystko, co działo się w obozie było w tej chwili
osobliwe, nawet cisza, która zaległa nad okolicą. Bagna na ten czas w ogóle nie żyły odgłosami
nocy, a przecież trzęsawiska o tej porze, były pełne
wszelkiego rodzaju przerażających odgłosów. Zawsze w tle coś kwiliło, darło
się w agonii lub wydawało pierwszy okrzyk narodzin na tym przeklętym świecie. A
tu nic. Martwa cisza.
Brak
naturalnego rytmu przyrody, a wraz z nim gwaru zwierzyny z bagien
zastanawiał. To wystarczyło, by zaniepokoić podświadomość śpiącego po biesiadzie
wojownika. Jego wyostrzony zmysł słuchu nie odebrał bodźców, które powinien był
zarejestrować. Wyuczony i wyszkolony przez wiele lat treningu reagował
niezależnie od świadomości na tego typu subtelne znaki zazwyczaj ignorowane
przez zwykłe, nie przygotowane istoty. Był to sygnał alarmowy, że dzieje się
coś niepokojącego.
Darkar
zgodnie z wyuczonym odruchem w nowych, nieznanych miejscach, które z założenia
mogły być niebezpieczne, spał w z bronią tuż pod ręką. Dzięki takiemu nawykowi wielokrotnie uniknął śmierci z zaskoczenia. Te zasady
wpajane mu przez długie lata nauki miały zwłaszcza zastosowanie w takim
miejscu, jak Bagna Palonii. Darkar czuł się więc przygotowany na każdą
ewentualność, którą mu przyniesie los. W takich chwilach należało mieć baczenie
na wszystko.
Otworzył
oczy. Sen minął niespodziewanie szybko. W jego krwiobiegu już zaczęła krążyć
intensywnie wydzielana adrenalina. Zazwyczaj wyczuwał ten moment, kiedy dzieje się coś niedobrego. Powoli wstał.
Najpierw z kopy siana wysunęła się jego głowa, potem ręce. Zaniepokoił go brak wałęsających się po
obozowisku psów. Nadstawił uszu, miał nadzieję, że może usłyszy gdzieś w oddali szczekanie, ale nic z tego. Nie dotarł do niego
żaden, nawet najcichszy dźwięk. To nie była normalna sytuacja. To nie była naturalna cisza.
Odwrócił
się do Sinoe. Dotknął druha delikatnie, a zarazem stanowczo szarpnął jego ramię. Chciał go
wyrwać ze snu.
– Sinoe wstawaj! – wyszeptał do
ucha niziołka. – Sinoe wstawaj!
Próby
zbudzenia niziołka spełzły na niczym. Jeszcze raz, ale już znacznie gwałtowniej go szarpnął. Ten jednak nadal spał, jak suseł. Wydał z siebie tylko
jedno głośne i przeciągłe chrapnięcie. Trzeba było przyznać, że druh Darkara nie oszczędzał się na wieczerzy. Był spity, jak bela.
–
Wstawaj! – krzyknął zbrojny.
Sinoe wreszcie leniwie się poruszył. Powoli zaczął otwierać oczy. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się dookoła. Nie rozumiał w ogóle, co się działo.
–
Darkar, co się stało? Świta już? Ja dopiero zasnąłem. – zabełkotał z
pretensjami w głosie niziołek.
– Nie
wiem co, ale jestem pewien, że coś złego się dzieje. Czuję to.
– To
po to mnie budzisz w środku nocy, żeby mi zakomunikować, że nie wiesz! Że
przewidujesz, że domyślasz się!?
– Tak!
Niepokoi mnie brak jakichkolwiek odgłosów z bagien. Nawet psy, kurwa, nie
ujadają. –odparował wściekły wojownik
do małego pyskacza. – A do tego
ta mleczna i gęsta mgła… Jakaś taka nienaturalna!
– No
tak, ja też właściwie nic nie słyszę. Masz rację to może być dziwne. – Sinoe
przekręcił się na drugi bok i próbował podnieść głowę do góry, by popatrzeć z
wozu na okolicę. Był ciekaw, co się właściwie dzieje. Jednak alkohol był
silniejszy i nie pozwolił mu zrealizować tego prostego zamysłu. Wreszcie
zrezygnował.
–
Zostałem nauczony, że jak coś się dzieje, co nie jest zgodne z naturą rzeczy, to może
oznaczać tylko jedno, że jesteśmy w tarapatach.
–
Darkar, ale czy na pewno się nie mylisz. Miałem taki słodki sen! – zajęczał
niziołek.
– W takich
sprawach nigdy się mylę. Jestem pewien, że coś jest nie tak. Zobacz, jak
osobliwie zachowuje się mgła nad obozem. To nie może być naturalne zjawisko. Coś
mi tu śmierdzi i to bardzo.
– No,
gęsta ta mgła. Ale może przyczyną są bagna? – próbował przekonać
towarzysza niziołek.
–
Ukryj się w sianie. Ja idę się rozejrzeć. Czekaj tu na mnie i nigdzie się nie
ruszaj.
–
Dobrze nie będę się stąd ruszał. Przyrzekam. Idę spać... Jak coś odkryjesz, daj
mi znać.
Darkar
z szablą w dłoni ześlizgnął się na trawę z wozu.
Zrobił to bezszelestnie. Był gotów na to, co może nastąpić. Tak mu się tylko
jednak wydawało, jak miało się później okazać. Rzeczywistość była zbyt brutalna nawet, jak dla niego.
Podczas
powrotu z wieczerzy zapamiętał rozstawienie straży. Robił to naturalnie i bezwiednie. To działanie miał wpojone. Całkiem blisko od miejsca
ich spoczynku powinien stać wartownik. Wypatrzył go, gdy szukał
ustronnego miejsca na załatwienie swojej potrzeby. Tam skierował swoje pierwsze kroki. Wyszedł
z całkiem słusznego założenia, że jeśli wszystko jest w najlepszym porządku to
z całą pewnością powinien go tam odnaleźć całego i zdrowego.
Kiedy
dotarł na pobliskie stanowisko wartownicze jeszcze bardziej wzrosły jego obawy.
Na ziemi leżało martwe ciało. A w zasadzie coś, co po nim zostało. Było to porozywane zwłoki, które zostały rozrzucone po całej
okolicy. Ręcę, głowa i nogi leżały oddzielone od tułowia i byłu ponadgryzane. Kałuża krwi błyszczała w poświecie księżyca. Nawet Darkara ten widok przyprawił o mdłości.
Zabijał perfekcyjnie. Szkolono go, że należy szanować czas, a proces zabijania ma być maksymalnie krótki i skuteczny. Inaczej ryzykował zdemaskowaniem i życiem. Jednak widok, który przyprawił go szybsze bicie serca, świadczył o tym, że ofiara była pożywieniem dla jakieś bestii, która ponadto lubiła zadawać okropny ból. Cóż to mógł być za potwór?
Nagle
usłyszał z prawej strony krzyk dziecka. Na
chwilę znieruchomiał i nasłuchiwał. Wreszcie dobiegł go ponownie wrzask.
–
Mamo, mamooooo….. – głos bardzo szybko się urwał. Ale dla niego ta krótka
chwila wystarczyła, by się zorientować, że dobiega z pobliskiego namiotu. Nie
zastanawiając się ani chwili dłużej runął przez mgłę do miejsca, gdzie
spodziewał się odnaleźć przerażone dziecko.
***
Sinoe
zakopał się głęboko w sianie i czekał na dalszy bieg
wydarzeń. Nie próbował nawet wychylić swojego nosa z kryjówki, chociaż wrodzona
ciekawość targała nim potwornie, by móc choć na moment zorientować się w
sytuacji.
Gdy się do końca rozbudził, otrzeźwiał z powodu stresu, poczuł dziwne mrowienie w palcach, które mógł określić
jednoznacznie, jako pierwsze oznaki strachu. Nigdy nie spotkał się z taką
sytuacją. Nie wiedział, jak zareagować. Przerażała go absolutna cisza dookoła.
Skonfrontował
to nienaturalne zjawisko z tym, co się działo wcześniej na moczarach. Zanim
przyzwyczaił się do dobiegającej jego uszu nocnej mowy trzęsawiska nie
przespał z rzędu kilku nocy. Tak był przerażony odgłosami, jakie wydają na
świat bagna. A obecnie zalegający obozowisko bezgłos zmroził w jego żyłach krew. Wtem usłyszał z oddali dziecięcy krzyk.
„ Co się tutaj do diabła dzieje. Darkar gdzie ty, kurwa, jesteś!?” – pomyślał strwożony. Czuł, jak włosy powoli stają mu na głowie dęba.
Raptem,
ni z tego ni z owego, cisza ożyła brzmieniem wielu głosów. Dźwięki docierały do jego uszu z każdej strony. Składową tej wrzawy było: wołanie o pomoc, krzyki
zrozpaczonych kobiet wraz z ochranianymi dziećmi, błaganie o litość i ostatnie
tchnienie konających istot w tym piekle. W samym powietrzu roznosił się zapach krwi i śmierci.
Przerażenie
niziołka z każdą chwilą rosło. Żałował, że obok niego nie ma Darkara. Wtedy
czułby się pewniej i bezpieczniej.
Nieoczekiwanie
w tym tak trudnym dla niego momencie, w chwili, gdy się tego całkowicie nie
spodziewał, usłyszał najpierw z oddali, a potem coraz bliżej znajome jęczenie;
jęczenie zaginionej w trakcie wieczerzy babci. Zdezorientowany nie wiedział skąd dobiega go ten głos. Wreszcie po chwili zrozumiał, że te znajome wołanie dźwięczy w jego głowie, jak nieznośny owad.
„Skąd ona się tutaj wzięła, do licha?” – pomyślał. – „
Nikt jej przecież nie widział w obozie. Czy to na pewno ona?”
– Oj,
joj, joj…. – załkała staruszka – Gdzie te moje dwa kawalery. Oj joj, joj, no
gdzie? Kto teraz babcię uratuje. No kto?
Nagle znów zapadła absolutna cisza.
Nie było słychać kompletnie nic. Tylko głos babci ciągle świdrował mu w czaszce.
– Oj, joj, joj…. – głos dobiegał coraz bliżej wozu, gdzie leżał zakopany w sianie Sinoe. – Gdzie te moje dwa kawalery. Oj, joj, joj…., no gdzie? Kto teraz babcię uratuje. No kto? Oj, joj, joj…. Sinoe proszę pomóż biednej babci – zajęczała. – Sinoe ratunku… Oj, joj, joj…. Si...noe. Raaaatuuuuujjj !
Niziołek nie wytrzymał i wyskoczył z kryjówki
„
Chociaż jej jednej pomogę. Uratuję ją. Coś wreszcie zrobię, a nie tu będę
bez sensu tkwił.” – pomyślał rozgorączkowany.
–
Babciu ! – krzyknął. – Babciu, gdzie ty jesteś ? Babciu to ja Sinoe.
– Już
do ciebie zmierzam! – usłyszał głos. – Mój mały kawalerze. Babcia wiedziała,
że mi pomożesz.
To jednak zaskoczyło niziołka, że
głos staruszki dobiega znad jego głowy, a nie z głowy.
–
Witaj mój Sinoe. Babcia się najadła. Babcia już jest syta. Babcia ma jeszcze
jedną rzecz do zrobienia. Hahahahaha… – zaśmiała się szyderczo.
Spojrzał
w kierunku nieba skąd ją usłyszał. Ujrzał coś dziwnego, tam nad nim to już nie
była babcia, ale wampirzyca. Młoda oraz okrwawiona. Posoka spływała jej po
twarzy oraz rękach.
Bestia
niespodziewanie runęła w dół w stronę ofiary. Druh Darkara próbował osłonić się
ręką przed spodziewanym atakiem, ale nie miał najmniejszych szans na obronę.
Wampirzyca wpiła swoje kły w szyję ofiary.
Sinoe
stracił przytomność.
***
Silvie
Ailen Halsing na czele swojego komanda, które poruszało się konno, przybyła na
skraj lasu. Gdy tylko dostrzegła w oddali języki ognia oraz gęstą mgłę unoszącą się nad obozem uchodźców, była pewna, że jej przewidywania, niestety, ziściły się. To niespotykane zjawisko kończyło się tuż za
burtami pojazdów spiętych łańcuchami. Wiedziała z czym mają do czynienia. Wielokrotnie
mieli, wątpliwą, przyjemność spotkać się z nią. Nazywali tę osobliwość
wampirzą mgłą. Występowała wówczas, gdy przebiegłe drapieżniki atakowały
skupiska istot światła. Odpowiedzialnym za jej powstanie był przywódca szturmu
– arcywampir, który za pomocą magii tworzył to dziwo. Była to zasłona
nieprzenikniona, czego wielokrotnie doświadczyli, dla światła i dźwięku.
Wampiry
wyruszały na swoje łowy o brzasku lub głęboką nocą. Wtedy dysponowały
największą siłą, a ofiary nie spodziewały się ataku drapieżców, bo były pogrążene we śnie. Kurtyna dźwiękoszczelna, jaką
tworzyły bestie nie niepokoiła napadniętych żadnym zdradliwym sygnałem
ostrzegawczym. Natenczas nie były w stanie ani nic dostrzec, ani nic usłyszeć.
Byli skazani na okrutną śmierć.
–
Wiecie po co tutaj przybyliśmy! – krzyknęła Silvie. – Po zemstę!
Przybyliśmy pomścić to, co przez te bestie straciliśmy najcenniejsze w naszym
życiu, część samych siebie, część swojej osobowości. Straciliśmy bliskich, przyjaciół, naszych
współtowarzyszy. Pamiętajcie o tym, kiedy te istoty ciemności będą
prosiły was o litość. Pamiętajcie, że gdy
nie będziecie już nic czuć i zobaczycie zielone, żyzne pola, to oznacza, że za
jakiś czas spotkamy się w Eilysium. Zabijcie, jak najwięcej tych ścierw. Zeeeeeemsta!
Zeeeeeemsta!
–
Zeeeeeemsta! Zeeeeeemsta! Zeeeeeemsta! Zeeeeeemsta! – odpowiedzieli na wezwanie
łowcy.
Wszyscy
ruszyli ku obozowisku galopem. Taktyka była prosta, każdy miał
swojego druha, który wspierał go w walce. Taka para miała
za zadanie zabić, jak najwięcej wampirów. A
przede wszystkim przeżyć.
Zbliżyli
się do obozu.
Nadszedł
czas zemsty i mordowania.
***
Gdy Darkar wpadł z rozpędem do namiotu dziewczynka krzyczała z przerażenia. To, co zobaczył kątem oka było makabryczne. Na ziemi w namiocie leżała kobieta w średnim wieku. Wszystko wskazywało na to, że była martwa. Nad nią klęczała jakaś, tak mogło się wydawać niedoświadczonemu zbrojnemu, niespotykana bestia, która wgryzała się w tętnicę szyjną ofiary. Była tak pochłonięta swoją kolacją, że nie usłyszała zbliżającego się niebezpieczeństwa. Pokraka miała nietoperze skrzydła, a także charakterystycznie ciemną skórę – ciemnobrązową wpadającą w głęboką czerń. Na podstawie wiedzy, jaką posiadł w ramach dość ciężkich szkoleń o mitycznych zwierzętach i potworach, a takowe musiał odbyć podczas kształcenia na wojownika w akademii Białej Gwiazdy, stwierdził, że ma do czynienia z wampirem. Co prawda z tej wiedzy korzystał sporadycznie, ale wiedział z jakim krwiopijcą przyjdzie mu walczyć. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że tuż przed nim klęczy bestia zwana baitalem. Nie charakteryzował się on żadnymi nadzwyczajnymi zdolnościami. Na pewno mógł zmieniać się w nietoperza – a w zasadzie krzyżówkę człowieka z tym małym latającym ssakiem. Żywił się krwią, lecz nie pogardził świeżym mięsem z zabitych istot światła.
Jednak w hierarchii
wampirów stał najniżej. Nie tracił zbyt wielu sił i swojej energii w ciągu dnia,
co predysponowało go do bycia strażnikiem miejsc spoczynku wyższych, bardziej
szlachetnych krwiopijców. Dlatego szkolono go do zabijania oraz ochrony. Był
okrutnym drapieżnikiem oraz groźnym przeciwnikiem.
Dla Darkara rodzaj i gatunek potwora, jakiego miał zamiar uśmiercić nie miało
większego znaczenia. Tę paskudę też należało ukatrupić.
Baital zajęty
posiłkiem nie usłyszał zbrojnego. Darkar z szablą w dłoni, gotowy
do gwałtownego ataku, kocimi, a zarazem
bezgłośnymi krokami zbliżył się na wystarczającą odległość do bestii.
Szybkim ruchem ciął go przez kark i natychmiast uśmiercił. Było już po wszystkim. Chciał jednak mieć pewność, dlatego z rogu namiotu chwycił siekierę, która tam stała wbita w pieniek. Zamachnął się nią i odciał głowę baitalowi. Krew szerokim strumienie trysnęła z truchła. „Ten już nie odżyje.” – pomyślał
wojownik.
Rozejrzał się
wokół. Szukał wzrokiem innych zagrożeń, jakie mogły go spotkać w tym miejscu.
Nikogo nie dostrzegł poza przerażonym dzieckiem wciśniętym w kąt.
Dziewczynka nadal darła się wniebogłosy. Był
pewien, że wpadła w histerię, w końcu była świadkiem śmierci matki.
– Cicho! –
przyłożył palec do ust. –
Kochanie bądź już cicho. Jesteś bezpieczna.
Dziecko miało
wielkie niebieskie oczy, które jak tylko na nie spojrzałeś przyciągały twój wzrok. Wydawało mu się, że mogła mieć około ośmiu lat. Była elfem.
Łzy ciekły jej po policzkach ciurkiem, jak grochy. Całe jej małe oraz delikatne
ciałko dygotało, jakby chorowała na malarię.
– Cicho! –
powtórzył głośniej. – Już jesteś bezpieczna. – Następnie podszedł do dziewczynki i
przytulił ją do siebie zdecydowanym ruchem ręki. – Nie bój się mała. Obronię ciebie przed
tymi potworami za wszelką cenę. Bądź teraz cicho, bo wtedy mamy szansę razem
przeżyć. Jak masz na imię?
– Danala – już odpowiedziała spokojniej mała
elfka.
– Posłuchaj więc mnie Danalo. Teraz ze mną pójdziesz
w bezpieczne miejsce. Trzymaj mnie się rękę. Nigdzie się nie ruszaj bez mojego
pozwolenia. Obiecaj mi!
– Przyrzekam. –
potwierdziło cicho, płaczliwym głosem dziecko.
– Jak będziesz gotowa do wyjścia to ściśnij mi
mocniej dłoń.
– A mama? –
zapytała dziewczynka.
Zbrojny
spojrzał się na zwłoki kobiety. Zerknął na bezgłowe truchło
baitala, leżące w kałuży krwi. Wszyscy nie żyli.
– Mama… Mama kochanie odeszła do lepszego świata. Mama już z nami nie pójdzie.
Dziewczynka
ścisnęła dłoń wojownika.
Ruszyli do bezpieczniejszego miejsca niż ten namiot. Tutaj w każdej chwili mógł pojawić się inny potwór i dokończyć dzieła.
„Ale, gdzie ono może być?” – zbrojny zapytał sam siebie w myślach. Nie znał jednak na to pytanie zadawalającej odpowiedzi.
***
Silvie Ailen Halsing zawsze walczyła w parze z Cedrikiem. Zielonooka wojowniczka preferowała miecze. Zawsze miała je dwa: standardowy miecz oraz drugi krótszy. Była to bardzo skuteczna broń. Szczególnie można było ją docenić w bliskim i bezpośrednim starciu z krwiopijcami. Miały one zakrzywioną głownię zakończoną ściętym sztychem. Jelec był bogato zdobiony o kolistym kształcie. Krzywizna ostrza tej broni powodowała, że jednym cięciem Silvie mogła ściąć głowę wampira i mieć pewność, że nie odżyje.
Za to Cedrik
używał mieczy o prostej głowni, w tym jednego krótkiego. Obydwoje
mieli na sobie kolcze koszule oraz szyszaki.
Łowcy po
przybyciu na skraj lasu w bezpiecznym miejscu pozostawili swoje wierzchowce.
Ostatni odcinek zbrojni przebyli pieszo. Dotarłszy wreszcie do wozów wtargnęli we mgłę. Ich oczom ukazał się widok, jakiego się spodziewali. Szczątki uchodźców z Pomezanii były porozrywane na strzępy. Potykali
się o nogi, ręce i głowy ofiar. Widzieli pozabijane kobiety i dzieci, mężczyzn
i starców. Widok, jaki przedstawiało pobojowisko w obozie był rzeźnią w pełnym
tego słowa znaczeniu. Na razie nie odnaleźli nikogo żywego.
***
Wszyscy
kronikarze opisujący pełne emocji wydarzenia na przestrzeni wieków nie byli
zgodni w wielu faktach, które dotyczyły narodzin nowego porządku świata. Jednak
sam moment spotkania Silvie i Darkara został opisany przez znakomitą większość
dziejopisarzy w ten sam sposób. Nikt nie miał żadnej wątpliwości: co
do miejsca, czasu oraz okoliczności tego zdarzenia
Obydwoje spotkali się w bardzo niesprzyjających okolicznościach, ponieważ w tym czasie Darkar ratował z opresji swoją małą podopieczną, a Silvie Ailen Halsing ze swoim partnerem Cedrikiem odpierali ataki nacierających wampirów.
Trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby nie to, że Darkar ruszył z odsieczą pogrążonej w walce zielonookiej wojowniczce i jej towarzyszowi. Na całe szczęście dla potomnych nie musimy takiej ewentualności rozważać, bo druh Sinoe wspomógł ich w walce. To zdarzenie miało wielki wpływ na losy naszych bohaterów oraz przepowiedni Hironiusza. Ściezki dwóch istot zbiegły się i splątały dla dobra ich świata.
***
Darkar wraz z dziewczynką dotarł, jak mu się wydawało, w bezpieczne miejsce. Nie zauważył
nic niepokojącego w okolicy wybranego na schronienie dla niej wozu z sianem. Podążając
tutaj kątem oka spostrzegł, gdzieś w oddali, walkę samotnej pary z hordami
bestii. Postanowił im
pomóc, jak tylko umieści w bezpiecznym miejscu swoja podopieczną.
– Danalo czy już mi ufasz? – zapytał się najdelikatniej, jak mógł.
Dziecko nic
nie odpowiedziało tylko grzecznie skinęło głową.
– Skoro tak, to teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. Muszę pomóc komuś w potrzebie. – wskazał ręką dziewczynce kierunek w którym chciał podążyć. – Te potwory, które zgładziły również i twoich rodziców, próbują to samo zrobić innym istotom. Dlatego muszę im pomóc wyjść cało z opresji, tak samo jak pomogłem tobie. Lecz, by móc to uczynić muszę mieć całkowitą pewność, że z tobą jest wszystko dobrze. Dlatego wejdź na ten wóz, zagrzeb się w sianie i nie wychodź z niego pod żadnym pozorem. Gdy skończę wtedy cię znajdę Danalo. Rozumiesz mnie?
– Tak. –
cicho odpowiedział mała dziewczynka.
– Skryj się w sianie.
Mała elfka nie
czekając ani chwili wdrapała się na wóz i zanurkowała w stogu. Darkar odwrócił
się i spojrzał w kierunku walczącej pary. Nie namyślając się długo ruszył w
kierunku potyczki.
***
Byli zmęczeni walką z krwiopijcami. Bestie bez wytchnienia atakowały
walczących z każdej strony: to z góry, to znów z boku i nie wiadomo skąd
jeszcze. Nie odpuszczały nawet na sekundę – i baitale, i asemy, i nimfy.
Silvie
walcząc ścinała im głowy, raniła lub dobijała. To
samo czynił Cedrik. Pomimo wykonanej morderczej pracy obydwoje odnosili
wrażenie, że napastliwych ścierw nie ubywa, a wręcz odwrotnie: jest ich znacznie
więcej niż na początku tej walki. Coraz bardziej opadali z sił i zaczynały
im mdleć ręce.
W
końcu, nie mogąc się przebić przez atakujące wściekle wampiry, zastosowali obronę kołową. Zresztą nie mieli innego wyjścia. Stanęli do siebie
plecami i pracując bardzo mocno nogami, by nie stracić równowagi, bronili
dostępu do siebie. Ten rodzaj walki był nad wyraz wyczerpujący. Do tej pory nie
zdarzyło im się, by musieli zastosować to rozwiązanie chociaż je wielokrotnie
ćwiczyli.
Wreszcie,
gdy im się wydawało, że to już jest ich bliski koniec, stało się coś, czego się nie spodziewali. Otóż wampiry po czasie zorientowały się, że sposób,
jakim dotychczas atakowały zbrojnych jest
nieskuteczny. Zastosowały, więc fortel, który miał, im pomóc odnieść zwycięstwa.
Nagle zażarte ataki na dhampiry ustały. Wtenczas dwójce zbrojnych wydawało się, że najgorsze mają za sobą. Uradowani odetchnęli z ulgą na myśl, że to już koniec tak ciężkiej potyczki. Powoli nadchodziło odprężenie po odparciu morderczego natarcia. Wokół nich leżały trupy bestii z poucinanymi członkami. Ich czujność została osłabiona. Groziło, im realne niebezpieczeństwo, którego nie dostrzegali.
Kiedy nabierali przez chwilę sił przed następnym spodziewanym atakiem nad Silvie i Cedrika nadleciały dwa potężne baitale. Niespodziewanie zrzuciły wielką kłodę drzewa. która miała upaść na nich. Obydwoje nie usłyszeli pośród harmidru trzepotu skrzydeł wampirów ani świstu spadajacej kłody. Zapewne, zginęli by niechybnie, gdyby nie to, że nie wiadomo skąd pojawił się w oddali nieznany zielonookiej wojowniczce mężczyzna. Był ubrany w skórzanym kaftan, na który miał wdzianą kolczą koszulę. W dłoni miał szablę. Biegł w ich stronę.
Silvie spostrzegła go kątem oka. Nieznany wojownik zbliżył się dość szybko do nich. Silvie gwałtownie wstała i dostrzegając w dłoni nadbiegającego przeciwnika broń, gdy ten był tuż przy niej, w odruchu obronnym wykonała gwałtowny skręt tułowiem, by móc przekazać jak najwięcej siły w cięcie mieczem w nieprzyjaciela i spróbować go obezwładnić. Jednak nie dała rady odeprzeć domniemanego ataku. Przeciwnik dla niej był zbyt szybki. Nim zadała jakikolwiek cios, nieznajomy już w nią uderzył z olbrzymim impetem i nadaną siłą rozpędu obalił bezceremonialnie na ziemię. Chciała się jeszcze bronić przed brutalem, ale ten bezceremonialnie potężnym uderzeniem rękojeścią szabli w szyszak ogłuszył ją.
Natychmiast
straciła przytomność.
***
Darkar siedział okrakiem na wojowniczce i miał pełną świadomość tego, że uratował jej życie, choć ona raczej nie zdawała sobie z tego sprawy. W wirze walki, otumaniona, nie mogła wiedzieć, że jej nie napadł. Co prawda, próbowała się przed nim bronić, lecz na próżno. Musiał to zrobić dla jej dobra. Tym bardziej, iż na wyjaśnienia odnośnie zaistniałej sytuacji, podczas bitwy nie było zbytnio czasu. Tylko tyle na tę chwilę mógł dla niej zrobić.
Kiedy
do nich biegł, krzyczał, żeby odskoczyli. Próbował ich ostrzec przed spadającą
kłodą z nieba, ale raptownie wybuchł olbrzymi hałas, więc walczący, nie byli w
stanie go usłyszeć.
Jedynie,
co mógł w tej sytuacji uczynić, to przynajmniej spróbować uratować któreś z dwojga zbrojnych. Nie namyślając się długo rzucił się w stronę najbliższego z
wojowników, mając w duchu nadzieję, że zdoła go odepchnąć na bezpieczną
odległość od miejsca prawdopodobnego upadku kłody. Na szczęście i dla
niego i dla nieznajomego udało mu się tego dokonać. Niestety, drugi z
wojowników zginął przygnieciony drzewem. Nie miał najmniejszych szans.
Gdy
się dokładniej przyjrzał ocalonemu, stwierdził z nieukrywanym zdziwieniem, iż
jest to kobieta. Była rasy ludzkiej, o przecudnej i niespotykanej urodzie:
zielonooka piękność o czarnych długich włosach. Miała delikatne, niemal dziewczęce rysy twarzy i była wysoka.
Zdjął
z jej głowy szyszak. Miał tylko
nadzieję, że poza guzem nic tej wojowniczce poważnego nie będzie.
Zaniósł ją do wozu, gdzie była już Danala.
–
Danalo – zawołał cicho. – Jesteś tam?
–
Tak jestem.
–
Wyjdź, muszę kogoś położyć koło ciebie.
Dziewczynka
wysunęła powoli i ostrożnie dziecięcą główkę. Sprawdziła, czy to ten, który ją
tutaj zostawił na wozie.
Darkar
jak mógł najbardziej delikatnie położył wojowniczkę na sianie.
–
Danalo mam do ciebie prośbę.
–
Tak?
–
Zaopiekuj się tą wojowniczką. Ona potrzebuje teraz twojej pomocy. Przysyp ją,
proszę, sianem. I nie ruszaj się stąd, aż nie wrócę.
–
Dobrze. Obiecuję.
–
Zatem do zobaczenia.
Zbrojny
ruszył przed siebie. Miał jeszcze jedno zadanie. Musiał odnaleźć Sinoe.
***
Zaczęło
świtać. Mgła powoli zanikała na bagnach, a wraz z nią z nią ostatni krwiopijcy,
którzy zdołały przeżyć tę bitwę. Na ziemi leżały zwłoki istot
światła przemieszane ze szczątkami wampirów. Ziemia nasiąkła posoką okrutnie.
Ci którzy przeżyli ten nocny atak, brodzili po kostki w krwawym błocie.
Dhampiry
kończyły swoją powinność. Kręciły się po pobojowisku i odcinały wszystkim poległym głowy. Niezależnie czy to było ciało uchodźcy czy też bestii.
Nie mogli pozwolić, by któraś z pokąsanych istot nagle ożyła i rozpoczęła, ku
zaskoczeniu tu obecnych, polowanie.
Całemu
zamieszaniu o świtaniu przyglądał się Darkar. Walczył z wampirami, wspierając członków
grupy łowców swoimi umiejętnościami, przez całą noc. Jego ubranie i zbroja były
zupełnie okrwawione. Czuł się potwornie wyczerpany całonocną walką. Cieszyło go to, że dzięki swojemu zaangażowaniu uratował tak wiele istnień. Był z tego powodu szczęśliwy. Musiał się
przyznać przed sobą samym do tego, że jeszcze nigdy nie miał w swoim awanturniczym życiu tak
wyczerpującej potyczki.
Pomimo, że po uratowaniu wojowniczki miał poszukać Sinoe, dopiero teraz dotarł do wozu, na którym go zostawił.
– Sinoe
śpiochu wstawaj– półżartem rzucił, zmęczonym głosem Darkar. – Sinoe!
Nikt mu jednak
nie odpowiedział.
Darkar nie
namyślając się długo wdrapał się na wóz i zaczął przeszukiwać siano. Nie
odnalazł nikogo.
Sinoe znikł.
***
Przyjaciel
niziołka nie mógł odnaleźć go nigdzie w obozie. Szukał wszędzie, nawet pośród zwłok. Sinoe przepadł, jak kamien w wodę. Zły, nie mógł znaleźć miejsca dla siebie. Kręcił się bez celu po pobojowisku. W końcu postanowił odwiedzić uratowaną wojowniczkę. Był ciekaw kim ona jest.
– Jak się
czujesz? – Darkar zapytał zielonooką piękność, która leżała na
jednym z wozów z okładem na głowie. Zrobiło mu się głupio, że to jemu zwdzięcza ten opatrunek.
Silvie
rozejrzała się wokół nieprzytomnym wzrokiem. Nie bardzo wiedziała gdzie właściwie jest ani z kim rozmawia. Ostatnia scena
jaką pamiętała to walka z wampirami. Potem kompletnie nic.
– Właściwie to
gdzie ja jestem? – przez chwilę, jakby na głos się zastanawiała. Potem strasznie się
wykrzywiła z powodu bólu. – Boli mnie strasznie głowa, kurwa mać, jakbym
dostała porządnie w łeb. – ni to poskarżyła się Silvie ni to szpetnie
przeklęła. – Gdzie jest Cedrik?
– Pytasz o swojego
towarzysza, z którym walczyłaś przeciwko hordzie wampirów? – spytał się Darkar.
– Pytam się o
niego. Dokładnie.
– Jakby ci to
powiedzieć… – chwilę zastanawiał się zbrojny. Nagle podjął w jego opinii jedyną
słuszną decyzję. – Nie będę ciebie oszukiwał: nie żyje. Został przygnieciony
kłodą drzewa, którą zrzuciły na was baitale.
– Nie żyje…..?
– jękneła z niedowierzaniem.
– Tak nie
żyje. Ale zmarł śmiercią godną wojownika. Jestem Darkar, a ciebie jak zwą? Dzięki wam zostało ocalonych wiele istot!
– Silvie
Ailen Halsing – po jej policzkach popłynęły łzy. – Jak to
możliwe, że ja przeżyłam, a on zginął? Przecież my powinniśmy razem zostać
przygniecieni!
– Uratowałem
ciebie. Chociaż chciałaś mnie ukatrupić. Niebezpieczna jesteś… –
próbował zażartować, ale to było w sumie głupie.
– Jak to się stało?
– To stąd ten
straszny ból głowy?
– Zapewne tak.
– Darkarze
możesz mnie zostawić na chwilę samą. Potrzebuję tego.
– Oczywiście.
Rozumiem to. – zapewnił wojownik udręczoną dziewczynę.
Gdy tylko wyszedł
rozpłakała się, jak prawdziwa, rasowa baba. Potrzebowała tego, właśnie w tej
chwili, gdy straciła bliską osobę. Teraz nie chciała być twardą,
niedostępną zabójczynią, tylko zwykłą i kruchą kobietą, która ma emocje i czuje cokolwiek w środku. Przecież uczucia to było to coś, co odróżniało ją od tych ścierw.
Ostatni raz płakała, gdy musiała zabić swoją matkę na jej właśną prośbę. Wręczyła jej bezceremonialnie miecz
i kazała sobie przebić serce, a potem odciąć głowę i spalić ciało. Nie
chciała dalej tak żyć i być wampirem.
Wielki żal
zawładnął sercem wojowniczki. Wreszcie mogła się wypłakać za ostatnie osiem lat.
***
Poranek dla
tych, którzy przeżyli jatkę w Krwawej Łaźni był wyjątkowo pracowity, ale zarazem
bardzo smutny i, co tu dużo mówić, mało przyjemny. Najważniejszą rzeczą, jaką
musieli uczynić było to, by pozbierać wszystkie truchła w obozowisku, a następnie
je spalić. Zebrano, więc martwe ciała w jedno miejsce, gdzie wcześniej
przygotowano kilka palenisk.
Wszyscyy
płakali, gdy musieli znosić w miejsce stosów całopalnych szczątki małych,
niewinnych dzieci. Co rusz poruszając się po obozowisku, potykali się o
porozrywane małe istotki, wielokrotnie były to szczątki ich własnych latorośli. Wiele z ciał było po
prostu obgryzionych. Tak porozrzucane leżały w mieszaninie piachu i krwi. Wtedy
ich serca ściskał ogromny żal, bezsilność, a na koniec wściekłość, która tłumiona
w duszy rosła, by wreszcie eksplodować spazmami lamentu, a właściwie ryku albo
zawodzenia zwłaszcza z ust matek.
Starzec, który
wraz z niewielką grupą uchodźców przeżył atak wampirów, jako przywódca wsi,
ostatkiem sił zarządzał wszystkimi pracami, by jeszcze przed zmrokiem wyruszyć
w dalszą drogę. Obecni na tej polanie chcieli, jak najszybciej opuścić to
przeklęte i złe miejsce.
Darkar pomimo podjęcia ponownych poszukiwań nie
odnalazł swojego druha Sinoe. Ta sytuacja,
strasznie mocno go zmartwiła. Zastanawiał się, co mogło się stać z niziołkiem.
Nikt go nie widział ani nikt go nie słyszał. Zapadł się jak kamfora.
Gdy już
całkowicie stracił nadzieje na rozwiązanie tej niesamowitej zagadki, okazało
się, że Silvie, być może, była ostatnią osobą, która prawdopodobnie mogła widzieć
Sinoe. Twierdziła, że domyśla się, co się z nim stało. W jej opinii został bez
pardonu uprowadzony i, co ciekawe, wiedziała, gdzie może być przetrzymywany.
Uważała, że
miejsce, do którego należy się udać na poszukiwania zaginionego jest o wiele
bardziej przerażające niż Krwawa Łaźnia, leży na całkowitym odludziu, a
zamieszkują je złe moce i, na pewno, wampiry. To tajemnicze i upiorne miejsce, podobno, znała tylko Silvie i obiecała
tam zaprowadzić Darkara. Co prawda nie ukrywała, że jest jej na rękę tam pójść. Od
dawna to planowała. Zapewne prędzej czy później,
by to nastąpiło, bo przyrzekła to sobie. Chciała za wszelką cenę odkryć
tajemnicę śmierci ojca. Lecz nie tylko chęć rozwiązania zagadki zaginęcia rodzica była powodem jej decyzji o tym,
by poprowadzić tam ekspedycje ratunkową dla Sinoe. Oprócz tego łaknęła zemsty, nie tylko za
zmarnowane życie, zgładzonych rodziców, ale również pragnęła pomścić swoich
współtowarzyszy, którzy zginęli w tej potyczce z krwiopijcami.
Po ostatniej walce jej oddział znacząco zmalał. Zginęło ich tak wielu. Pod
jej dowództwem pozostała już tylko garstka zbrojnych. Po krótkiej i zaciętej
dyskusji, choć dostali wolną rękę w podejmowaniu decyzji, jak jeden mąż postanowili
wraz z zielonooką wojowniczką towarzyszyć Darkarowi w tej niebezpiecznej
wyprawie.
Na wymarsz
czekali do zmroku. Do tego czasu musieli maksymalnie zregenerować siły.
Pragnęli ogniem i mieczem wyplenić ścierwa z tego świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz