niedziela, 18 grudnia 2022

Rozdział IV Opuszczone Miasto

 

Cienie istot ciemności ruszyły przed siebie,

W marszu ostatniej wojny,

To potworne zagony przybyły,

By nadzieję tej krainy stłamsić,

Zniszczyć i dać nowe wierne pokolenia,

Dla swojego Czarnego Pana,

To była walka do dhampira ostatniego,

Za losy tego przeklętego świata.

 

Szli w milczeniu, gęsiego w stronę domniemanego miejsca przetrzymywania niziołka. Na czele wędrowała Silvie z Darkarem. W trakcie odpoczynku, po bitwie, chwilę z sobą porozmawiali, stąd wojownik miał możliwość chociaż trochę poznać Silvie, by móc jej zaufać. Było to niezmiernie ważne, by przeżyć tę wyprawę po Sinoe. Samo to, co zielonooka wojowniczka uczyniła poprzedniej nocy dla bezbronnych uchodźców powodowało, że mógł się czuć w jej towarzystwie bezpiecznie. Było to ważne i od tego mogło zależeć jego życie. 

Zanim wyruszyli z pobojowiska usłyszał od niej historię jej rodziny i wtedy zrozumiał, czemu zażarcie ściga wampiry. Motywy jej działania stały się dla Darkara przejrzyste oraz uzasadnione. Dowiedział się, co było motorem napędowym dla wojowniczki, a jej nienawiść i zaciekłość w oczach druha Sinoe zyskały poklask oraz wsparcie, jeśli zaistnieje taka potrzeba, z jego strony.

Zdarzenia z poprzedniej nocy, które miały miejsce w Krwawej Łaźni, powtórnie, ze zwielokrotnioną siłą, w jego umyśle zrodziły wiele nowych pytań bez odpowiedzi. Najmocniej próbował wyjaśnić sobie znaczenie powtarzajacego się koszmaru, jaki miewał od tak wielu lat. Jednak nie znalazł żadnej sensownej odpowiedzi na to, czemu właściwie miał te sny. Nie potrafił odpowiedzieć także na pytanie: po co właściwie ruszył na bagna? Ta układanka i ten ciąg zdarzeń miały sens tylko w jednym przypadku, o którym mówił Sinoe: została zaplanowana przez siły wyższe. Musiał jednak najpierw odnaleźć swojego druha, by dotrzeć do Kayamak. A mógł go tylko odnaleźć dzięki Silvie. Dlatego musiał jej chociaż trochę zaufać. Zresztą potrzebowali siebie nawzajem, bo ona chciała rozwikłać zagadke zaginęcia swojego ojca.

Wyruszyli zgodnie z planem, czyli o zmierzchu. Oprócz nich w wyprawie uczestniczyli wszyscy członkowie oddziału, którzy mieli szczęście i przeżyli. Pozostali, którzy nie byli zdolni do walki z powodu odniesionych ran zostali zapakowani na wozy. Przywódca uchodźców z Pomezanii zobowiązał się, że przewiezie ich bezpiecznie do Cesarstwa Elfów.

Nagle Silvie dała znak ręką, wszyscy stanęli. Darkar zbliżył się do wojowniczki.

– Jesteśmy na obrzeżach Opuszczonego Miasta. Zgodnie z zapiskami z pamiętnika ojca, miejsce do którego dotarliśmy nazywa się cmentarzyskiem. – rzekła szeptem Silvie. Na uchu poczuł ciepły oddech. Na pewno było to dla niego miłe doświadczenie.

Towarzysz Sinoe spojrzał przed siebie. W rozbłyskach piorunów sunących z nieba ku ziemi, zobaczył coś, co mogło się kojarzyć wymownie z tą nazwą. Przed nimi rysowała się równina, na której stało wiele różnego rodzaju małych i dużych budowli, a także pieczar grobowych. Nagromadzenie w jednym miejscu tych wszystkich brył przypominało, autentycznie, Darkarowi cmentarz. Ale nie mógł być pewien, czy nim jest faktycznie. Potoczna nazwa odpowiadała obrazowi, jaki tutaj, na skraju Opuszczonego Miasta, zastali. Pośród kanciastych brył, na tle błyskającego gromami nieba, wiła się kręta ścieżka, prowadząca w kierunku olbrzymiej piramidy schodkowej. Darkar ujrzał ją w oddali, poza równiną grobowców. Wznosiła się ona majestatycznie ku niebu, zwężając się u samego szczytu. Na samą górę prowadziły olbrzymie schody. Na wierzchołku znajdowała się platforma, a na niej była posadowiona, jakby olbrzymia świątynia.

Zgodnie z tym, czego się dowiedział wcześniej od Silvie, musieli dotrzeć do tej olbrzymiej budowli, wspiąć się po spadzistych schodach na taras i tam zagłębić się do wnętrza świątyni. Wojowniczka przewidywała, ale nie była tego pewna, przecież bazowała na notatkach ojca, że to właśnie tam miało znajdować się wejście do królestwa wampirów, gdzie powinni odnaleźć Sinoe.

Cały teren Opuszczonego Miasta był zarośnięty niskopienną roślinnością. Widać było, że dawno tutaj nikt nie mieszkał. Miejsce sprawiało wrażenie upiornego oraz apokaliptycznego. 

 

***

 

Dotarcie do piramidy okazało się nad wyraz łatwe. Podążali cały czas szlakiem wytyczonym przez krętą drogę, która wiła się pośród nagrobków aż do bramy wejściowej na cmentarzysko. Idąc byli mocno skupieni. Każdy szelest oraz nienaturalny hałas dobiegający ich uszu, biorąc pod uwagę, gdzie, prawdopodobnie, przebywali, wywoływał dreszcz emocji. Jeszcze, jakby tego było mało, zaczęło lać. Całkowicie zachmurzone niebo w najmniejszym stopniu nie dawało im, choćby odrobiny bladego światła od poświaty gwiazd i księżyca. Na ich głowy z góry spływały potoki wody. Zrobiło się jeszcze mroczniej i chłodniej, trwająca burza oraz błyskawice sunące po niebie spotęgowały to wrażenie. Pomimo początkowych obaw, szli przez cmentarzysko nie niepokojeni.

Gdy wreszcie dotarli do furty prowadzącej do miasta, ich oczom ukazała się szeroka aleja. Po obu stronach bulwaru stały osobliwe pomniki, zapewne zapomnianych już bóstw. Owi bogowie charakteryzowali się niespotykanymi i nieznanymi dla Darkara rysami twarzy. Wrażenie zwłaszcza zrobiły na nim olbrzymie kły, jakie wyciosano w granicie.

„Czyżby to były pierwotne wampiry?„ – pomyślał wojownik.

Trotuar został pokryty bazaltową kostką, lecz z lat jego świetności pozostały już tylko pojedyncze plamy kamienia, wyszarpane spośród porastających go mchów i innych drobnych roślin. Niesamowite wrażenie robiły na członkach wyprawy porosty o  krwistoczerwonej barwie.

Lud, który zbudował Opuszczone Miasto musiał być potężny. Dotychczas żadne z nich, nigdy nie widziało grodu na porównywalnym poziomie cywilizacyjnym. Wystarczyło spojrzeć jak choćby zostały zbudowane ulice: w zasadzie, to były wygodne oraz bardzo szerokie bulwary, które z sobą się przecinały w regularnych odstępach, pod kątem prostym. Wszystkie drogi były wybrukowane. Jako że miasto leżało na terenie podmokłym, co chwila w trakcie wędrówki przecinali kanały, osuszające podmokły teren oraz mosty.Największe jednak wrażenie na wszystkich zrobił akwedukt, który pomimo upływu czasu dostarczał wodę do zbiornika znajdującego się na placu przed piramidą schodkową.

Dotarłszy do majestatycznej budowli, stanęli na chwilę u jej podnóża, jakby oczekiwali, że coś niespodziewanego może się wydarzyć. Jednak nic z tych rzeczy nie stało się. Tylko burza bardziej się rozszalała nad Opuszczonym Miastem.

Pragnęli wiedzieć, co będzie dalej.

Niebawem ta chwila miała nadejść.

 

***

 

Piramida była olbrzymia. Faktycznie, jak to wcześniej zauważył Darkar zwężała się ku górze. Do szczytu prowadziły szerokie i bardzo wygodne schody. Na samej górze stała pojedyncza świątynia, będąca, zdaniem Silvie, wrotami do wnętrza, a zarazem królestwa wampirów. Póki co nikogo nie spotkali, tylko czasami, gdzieś w powietrzu, nad swoimi głowami słyszeli trzepot, jakby błoniastych skrzydeł baitali.

Świtało, gdy dotarli na sam czub. Z platformy, gdzie w tej chwili stali, rozciągał się wokół niespotykany widok na wszystkie strony świata. Można było dostrzec i Krwawą Łaźnię, i wyspę na której spotkali się Darkar z Sinoe, i wiele innych, nieznanych mu rejonów bagien Palonii. Wiele wrażeń, zwłaszcza u Silvie, wywołał wschód słońca. Mogła obserwować, jak całe moczary budzą się do życia, jak płynąca z gęstwiny lasu kaskada dźwięków wydawanych przez dziesiątki zwierząt nasila się z każdą minutą. Zwłaszcza bajecznie wyglądały, zrywające się do lotu pierwsze ptaki o brzasku. Unosiły się w przestworza z niebywale kolorowym upierzeniem na tle wschodzącej tarczy słońca.

Samo miasto wydawało się być nad wyraz olbrzymie. Darkar do tej pory w swoim życiu nie widział w trakcie swoich wędrówek po świecie takiego molocha. A przecież zwiedził świat wzdłuż i wszerz. Zastanawiał się,  jak wiele musiało mieszkać tutaj istot, gdy metropolia u jego stóp tętniła życiem  – dziesiątki, a może setki tysięcy?

Gdy rozmyślał, nagle za ramię złapała go Silvie.

– Już czas Darkarze. Musimy ruszać do wnętrza.

Druh niziołka spojrzał na czarną plamę, która rysowała się przed nim, to były wrota, które mogły ich pochłonąć na wieczność, to mogła być ostatnia chwila ich życia. Lecz musiał podjąć się wyzwania. Czuł, że ma taki obowiązek i wewnętrzny przymus. Może Sinoe ma rację, że to nie jest wszystko dzieło przypadku tylko misterny plan jakieś siły wyższej, bo przecież, co mogło go tutaj wezwać? Jaki inny mógłby być tego cel? Coraz bardziej dochodził do przekonania, że to jedyna słuszna odpowiedź.

– Zatem chodźmy Silvie. Dowiedzmy się, co nas tam czeka.

Ruszyli w stronę ciemnych wrót. Przekroczyli bramę do królestwa ciemności, do królestwa wampirów.

 

***

 

Ervithar dostał polecenie od Wielkiego Mistrza, by dowiedzieć sie więcej o tym, co się stało w Krwawej Łaźni w ostatnich dniach. Leżała ona nieopodal Opuszczonego Miasta, a zarazem niedaleko od tajnego obozu Gildii Handlowej.

Gryfy monitorujące okolicę wykopalisk prowadzonych przez organizację meldowały, ustami telepatów, iż doszło w nocy do ataku wampirów. To niespodziewane wydarzenie zaniepokoiło bardzo mocno Wielkiego Mistrza. Szczególnie bezpieczeństwo archeologów prowadzących wykopaliska w bliskiej okolicy Opuszczonego Miasta i miejsca potyczki nie dawały spokoju przywódcy Gildii. Miało to związek z badaniami prowadzonymi przez naukowców. Były one istotne dla przyszłości organizacji, a priorytetem w tej sytuacji stało się zapewnienie skutecznej ochrony dla tej poufnej misji i jej pracowników. Należało także zbadać pobojowisko, by określić zagrożenia i im zawczasu przeciwdziałać. Wykopaliska miały zostać zabezpieczone przed nieprzewidzianymi wypadkami z zewnątrz.

Po za tym Ervithar miał rozpoznać okolice wampirzego grodu. Gildia otrzymała z pewnego źródła informacje, że bagnami interesuje się bardzo mocno wywiad Cesarstwa oraz sam Imperator. Podobno przebywa na nich Rodgar de Zuuw i jego zausznik Maktar, a to mogło oznaczać, że gdzieś na moczarach, z dużą  dozą prawdopodobieństwa, ukrywa się  poszukiwany również przez nich niziołek wraz ze swoim wybawcą.

Do poufnego charakteru tego zadania  Ervithar dobrał bardzo dokładnie skład swojego oddziału. Nie była to wielka armia żołdactwa, która jest zbyt hałaśliwa i nadto widoczna z daleka, ale musiała to być mała, a zarazem mobilna grupa świetnie wyszkolonych w swoim rzemiośle wojowników. Do swojego oddziału powołał ludzi pozyskanych ze specjalniej jednostki Gildii. Pełnili oni na rzecz Wielkiego Mistrza między innymi rolę płatnych zabójców, dywersantów i szpiegów lub bardzo specjalistycznie wyszkolonych żołnierzy. Nosili tatuaż białej gwiazdy na potylicy.

Prócz nich do grupy dołączył telepatę, który miał monitorować teren za pomocą kilku krążących nad moczarami gryfów oraz zapewnić bezpieczeństwo dla swoich oddziałów przed estriami lub ewentualnie innymi gatunkami plugastw, które posiadły umiejętność chwilowej niewidzialności. Nie zapomniał również o swoich ulubieńcach – gnomach zwiadowcach.

Po zapoznaniu się z miejscem potyczki w Krwawej Łaźnii oraz śladami, jakie tam pozostawiono Ervithar zaniepokoił się nie na żarty. Wszystko wskazywało na to, że na obóz uchodźców dokonano brutalnego, niespodziewanego ataku. Napastnikami, po obejrzeniu spalonych i zwęglonych ciał, były jak przypuszczał wampiry. Te drapieżniki do tej pory nie dawały o sobie znaku życia  na tym terenie. Nawet w ich tajnym obozie pomimo wielu obaw nie było przypadku ataku krwiopijców na personel. Ta aktywność mogła świadczyć o tym, że coś obudziło te wampiry i są tylko narzędziem w czyiś rękach. 

Ponadto odnaleźli ślady kół wozów, które stąd odjechały. Wysłane przez Ervithara gnomy pół dnia drogi stąd odnalazły dość świeże ślady po kolejnym obozowisku. Tę bitwę ktoś przeżył. Zastanawiał się, jak grupka cywili mogła pokonać watahę wampirów. Nie widział takiej możliwosci. Musiał im ktoś pomóc, ktoś wyszkolony wojskowo. A to powodowało komplikacje dla ich tajnej misji w tej okolicy.

Wszystkie te zdarzenia coraz bardziej stawały się z sobą nawzajem powiązane. Spójną całość tych zależności dowódca gildii nazywał jednoznacznie : pieprzoną polityką….

 

***

 

Rodgar de Zuuw już od jakiegoś czasu przebywał na bagnach Palonii. Od chwili, gdy na nie przybył, wiele się wydarzyło. W wyniku podjętych działań kwestia odnalezienia i pojmania mesjasza Sinoe ruszyła do przodu. A ta misja miała zwłaszcza dla niego osobiście wielkie znaczenie.

Dzięki pierwszym sukcesom, miał pozytywne odczucia. Rosła w nim coraz bardziej nadzieja na ocalenie z rąk Czarnego Pana. Pracował nad tym usilnie, by z jego rąk nie umknął mu ponownie niziołek. Nie mógł sobie na to pozwolić. Do pochwycenia Sinoe zaangażował, na wyraźne żądanie swego pana, wampiry z Opuszczonego Miasta. Ta współpraca z krwiopijcami powinna mu solidnie pomóc w zadaniu.

Rodgar jednak niechętnie podejmował się zadań, w których musiał współdziałać z wampirami. Współpraca z mieszkańcami Opuszczonego Miasta zdarzyła mu się kilkakrotnie, nie wspominał jej zbyt dobrze. Społeczność krwiopijcow była specyficzna i tworzyła zamkniętą enklawę. Nie lubiła obcych. Jedynie Imperator miał posłuch pośród tych istot. Pozostali emisariusze Czarnego Pana byli ewidentnie ignorowani.

Po za tym nie czuł się tam zbyt dobrze. Ciągle miał wrażenie, że jest postrzegany przez te odrażające bestie, jako potencjalny posiłek. To natrętne przeświadczenie powodowało, że unikał w kontaktach z wampirami noclegów w ich siedlisku. Wolał mieszkać w neutralnym terenie, bo tam mógł czuć się bezpieczniej. Komunikację załatwiała magiczna kula lub estrie.

Jednak podczas realizacji tej misji wszystkie uprzedzenia wynagrodziło mu powodzenie z jakim ta misja sie rozwijała. Pułapka, którą zastawił na Sinoe zadziałała. Złapał go. To był dobry znak.

 Niziołek jest zgodnie z jego planem osłabiany przez wampiry regularnym wysysaniem krwi oraz przetrzymywany w Opuszczonym Mieście. Teraz już tylko czeka na odpowiedni moment, by przerzucić swojego więźnia do Cytadeli przed oblicze samego Imperatora.

Jednak jego plany mocno się skomplikowały w ciagu ostatnioej doby. Niespodziewanie dla Rodgara de Zuuw w  okolicach wampirzego grodu pojawił się Ervithar wraz z oddziałem zbrojnych. Oprócz tego okazało się, że w niewielkiej odległości od miejsca przetrzymywania niziołka jest tajny obóz Gildii, a to spowodowało, że okolice są mocno monitorowane przez gryfy i telepatów.  I tak oto do tej pory odludne oraz niebezpieczne moczary, stały się najbardziej kontrolowaną przez tajne służby obu wrogów krainą tego świata. Co za zrządzenie losu, co za pech.

Musiał szybko znaleźć rozwiązanie dla tej skomplikowanej sytuacji, stworzyć nową koncepcję przetransportowania osłabionego Sinoe do Cytadeli. Musiał zrealizować plan, który jest z założenia realny i będzie mógł być wdrożony w życie z powodzeniem. Niestety, potrzebował na to czasu, a miał go niezmiernie mało.

I to była ta kropla dziegciu dodana do kielicha miodu.

Imperator się coraz bardziej niecierpliwił, co było już poważnym problemem Rodgara de Zuuw.

 

***

 

Skazano go na śmierć. Spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale myślał, iż zanim to nastąpi, to ma jeszcze trochę życia przed sobą. Nie sądził, że od momentu uwięzienia go w lochach Opuszczonego Miasta nadejdzie tak szybko ta chwila.

Zaskakująco pośpiesznie został, znacznie przed czasem, wybudzony z fazy hibernacji Patron wampirów Wielebny Merathir.

System prawodawczy w tej społeczności był bardzo rygorystycznie przestrzegany przez członków tej wspólnoty. Wyłącznie pełne poddanie się temu surowemu kodeksowi przez wampiry gwarantowało ich przetrwanie w nieprzyjaznym dla nich świecie. Nie było odstępstw od panujących reguł. Każde złamanie tutaj panujących praw było karane z całą surowością, lecz jedynym, który miał prerogatywy do rozstrzygania tych spraw był  Patron.

Spędził w lochu wiele długich lat, czekając na przebudzenie Wielebnego. Patron był przywracany do życia raz na dwieście lat.  Jednak nie tym razem. Strażnicy szeptali o nadchodzącej niechybnie wojnie oraz o coraz to nowych żądaniach wobec nich Imperatora. Przyszłość rysowała się w czarnych kolorach dla tej już prawie wymarłej rasy. Dla przetrwania ich wspólnoty kapituła ceniła sobie najbardziej równowagę i niezmieniony stan rzeczy od setek lat.

 Natychmiast, gdy Wielebny Merathir odzyskał pełnię sił, zajął się bieżącymi sprawami. Między innymi rozpoznał jego sprawę i wydał wyrok. Został skazany na ścięcie, a następnie spalenie jego truchła.

Termin wykonania wyroku – natychmiast.

Bez prawa apelacji.

Na miejsce egzekucji prowadziło go czterech strażników. Miejsce kaźni znajdowało się w innej części piramidy, by tam dotrzeć należało przejść ją całą. A to oznaczało w jego przypadku dodatkowe minuty życia i nadziei, że zdarzy się jakiś cud.

Niespodziewanie i dla niego, i dla strażników, kiedy weszli do sali kolumnowej zostali zaatakowani.

Wiara w ocalenie znów do niego wróciła.

 

***

 

Silvie, ktoś nadchodzi. – rzucił w jej kierunku Darkar.

– Słyszę. – odpowiedziała beznamiętnie. – Może kogoś weźmiemy żywcem!? I w końcu nas oprowadzi po tej przeklętej piramidzie, bo póki co kręcimy się w kółko po tym przeklętym miejscu. – złośliwie podsumowała wojowniczka.

– Dobrze, by było! – zgodził sie z nią druh Sinoe. Pomyślał, że zielonooka ma rację. Na gwałt potrzebowali przewodnika. Od momentu, gdy tylko zapuścili się w gąszcz podziemnych komnat ciągle błądzili. Jak dotąd niczego nie znaleźli, co by mogło ich naprowadzić na ślad niziołka. Potrzebowali pomocy i to natychmiast.

Z drugiego końca sali w ich kierunku zmierzał oddział baitali. Prowadzili oni  skrępowaną istotę, która przypominała z wyglądu człowieka lub elfa. Niemniej było za daleko, by to jednoznacznie ocenić. Wszystko wskazywało na to, że był więźniem.

Postanowili, że odbiją skazańca. Przypuszczali, że on ich doprowadzi do niziołka, bo znał teren. Potrzebowali go na przewodnika.

  Słuchajcie! Zaatakujemy jednocześnie. Zaatakuję ja, Silvie i wy. –  tutaj wskazał palcem na dwóch współtowarzyszy, stojacych koło wojowniczki. – Sprawę musimy załatwić szybko. Więzień ma przeżyć. Zrozumieliście? – upewnił się Darkar.

– Tak.

– Reszta ma ukryta czekać na rozwój wypadków.  Macie nas osłaniać. Pilnujcie, by nikt nas nie zaatakował niespodziewanie od tyłu. Przygotować się do akcji. – zarządził.

Oddział z więźniem zbliżał się nieubłaganie do zasadzki.

 

 

***

 

Gdy oddział ze skazańcem dotarł do miejsca pułapki wojownicy zaatakowali.

Darkar wybiegł zza kolumny w stronę najbliższego strażnika. Baital był, co prawda, zaskoczony, gdy zauważył swojego przeciwnika, ale szybko zrozumiał, co się wokół niego dzieje. Sprawnie wyciągnął miecz i wyszczerzył swoje potężne kły. Mięśnie nabrzmiały mu pod skórą. Sprężył się i przygotował do odparcia ataku.

Towarzysz niziołka nie zamierzał czekać aż to jego ofiara przejmie inicjatywę w pojedynku. Ciął wampira z całych sił szablą od góry. Mierzył w głowę. Baital jednak zastosował skuteczną zasłonę. Ostrze wojownika ześlizgnęło się po mieczu z trzaśnięciem, które jeszcze bardziej zostało spotęgowane przez echo, jakie wywołał w tej ogromnej sali odgłos tarcia metalu o metal.

Strażnik wykonał natychmiast odpowiedź, wykorzystując impet zasłony. Zaatakował odsłonięty tułów Darkara, licząc na to, że bez trudu rozpłata zbrojnego na pół. Miała mu w tym pomóc szybkość oraz siła, jaką dysponował. Na swoje nieszczęśćie zlekceważył swojego przeciwnika. I to był jego wielki błąd. Nie spodziewał się, że nic nie wskóra. Darkar, bowiem był równie szybki, jak on.

Widząc, co się święci, natychmiast wykonał przeciwtempo. Cofnął się delikatnie o jeden krok do tyłu. Wykonał subtelny balans ciałem w lewo i w ten sposób zszedł z linii ataku baitala. Ten nie trafiając swojego celu, stracił na moment równowagę. Nie chcą upaść został zmuszony do popełnienia błędu i odsłonięcia lewej strony tułowia przed przeciwnikiem. Na to tylko czekał wojownik. Wykonał więc szybki doskok i szerokim cięciem od szyj po pachwinę rozpłatał przeciwnika. Krew trysnęła wokół. Było po pojedynku.

Następny jego przeciwnik był zajęty walką z Emisem. Nie spodziewał się ataku od tyłu. Darkar, gdy dotarł do walczących, ciął bez zastanowienia. Jednym ciosem ukatrupił baitala.

W tym momencie na placu boju pozostało już tylko dwóch strażników więziennych. Jednak szybko zostali wyeliminowani z gry.

– Emis i Doug, oderżnijcie łby. – zarządziła zmęczona i okrwawiona Silvie. Wyglądała upiornie i przerażająco, jak jakaś zjawa. – Coś ty za jeden? –  spojrzała wzrokiem pełnym zaciętości na skrępowanego więźnia, który klęczał wśród trupów.

Nie schowała nawet swojego miecza tylko tak stała w pozie niezdecydowania, czy zarżnąć następnego potwora, jeśli się nim okaże, czy też darować mu jednak życie, bo będzie dla nich przydatny. Czekała z niecierpliwością aż ta istota wyglądająca na człowieka coś jej odpowie. Coś sensownego. Za co warto, by było jej darować życie.

– Kelorn Antaris – rzekł sucho więzień.

– Co tutaj robisz związany i to wśród wampirów? Czemu ty właściwie jeszcze żyjesz?   nie mogła się nadziwić i była bardzo nie ufna.

– Nic, jeszcze żyję, a dzięki wam, mam nadzieję, jeszcze trochę na tym świecie pożyję!

– Jak to?

– Właśnie mnie uratowaliście. Miałem zostać ścięty lada moment przez tych strażników.

– Co ty nie powiesz? – zaśmiała się ironicznie Silvie. Jej nie ufność względem uratowanej istotny znacznie wzrosła. –  Nie wierzę, że wampiry nie chciały ciebie wyssać, ale ściąć! Jakieś to wszystko takie dziwne i niespotykane. Niezgodne w ich naturą. – nie dawał za wygraną wojowniczka.

– Masz rację piękna wojowniczko. To co wiesz o wampirach to prawda. Ale nie w moim przypadku. Bo ja nie jestem zbyt dobrym pożywieniem dla tych bestii.

– A czemuż to? – wtrącił się Darkar.

– Jestem dla nich zagrożeniem. Naturalnym zagrożeniem. Hybrydą.

– Nie drażnij się ze mną. Bo za chwilę to ja mogę oddać przysługę wampirom. – nie na żarty wściekła się Silvie.

– Pani, źle mnie zrozumiałaś. Moja krew jest, prawdopodobnie, bo tego nikt nie wie, dużym zagrożeniem dla wampirów. Dlatego mój wyrok był jedynym, jaki mógł zapaść: kara śmierci przez ścięcie i spalenie szczątków.

Silvie zastanawiała się o czym on mówi. O zagrożeniu dla wampirów? A co może im grozić? Czego mogły się tak bać te drapieżniki? Jej ojciec nigdy nie spotkał się z takim przypadkiem.

 – Wyjaśnisz na po drodze o co tu chodzi. – wtrącił się do rozmowy Darkar. – Jedyną szansą, byśmy chwilowo darowali ci życie jest znajomość przez ciebie plątaniny tych korytarzy. Jeśli nas przekonasz do siebie i wykażesz wolę współpracy, to jest szansa, że przeżyjesz! Rozumiesz to!? A teraz prowadź!

– Tak zrozumiałem. Znam tę piramidę znakomicie. Czego szukacie.

– Właśnie nie wiemy czego tutaj szukamy. – zasępił się Darkar. – Raczej powinniśmy wyjść od zapytania kogo szukamy i ,ewentualnie, dalej idąc tym tropem, gdzie możemy go odnaleźć.

– Więc?

– Może coś słyszałeś przypadkiem albo może strażnicy coś między sobą szeptali o niziołku? Nazywa się Sinoe. Musieli go tutaj kilkanaście godzin temu przyprowadzić.

– Może coś wiem. – uśmiechnął się tajemniczo więzień.

– Gadaj i to natychmiast. – wykrzyczała Silvie doskakując z mieczem do nieznajomego.

– Pani jeśli mnie teraz zarżniesz nic nie uzyskasz. Więc odstąp ode mnie.

Darkar skinął głową na Silvie. Ta głęboko odetchnęła, by się nieco uspokoić i z ostentacyjnym ociąganiem  odeszła od Kelorna.

– Więc wiesz coś czy nie? – zapytał się powtórnie druh Sinoe.

– Wiem. A na pewno wiem gdzie go szukać.

Więzień wstał i zbliżył się da Darkara.

  Pomogę wam, ale chciałbym uzyskać od ciebie słowo honoru, że darujecie mi jednak życie. Chciałbym też żebyście uwolnili z więzów moje ręce.

  A skąd mam pewność, że nie jesteś jednym z nich? Że nie wciągniesz nas w pułapkę?

– Pewności nie mam ani ja, ani wy! Jeśli wy chcecie odnaleźć niziołka, to musicie mi zaufać i odwrotnie. Niestety wy potrzebujecie mnie, a ja was.

  To mnie przekonuje. Jesteś hybrydą, czyli właściwie czym? – zapytał się Darkar z nieukrywaną ciekawością.

Ta podróż na bagna stawała się coraz bardziej niezwykła. Myślał, że wreszcie odnajdzie tylko i wyłącznie odpowiedź na pytanie: jak zakończy się jego senny koszmar. A tu proszę wpakował się w nielichą kabałę – rozgrywkę pomiędzy rasami, bogami i przeznaczeniem. 

– To znaczy, że jestem przedstawicielem innej rasy. Nowej rasy. – odpowiedział więzień.

– To znaczy? – zainteresowała się niespodziewanie Silvie.

– Jestem dzieckiem z łona wampirzycy i z nasienia wilkołaka. Zostałem poczęty zaraz po hibernacji Wielebnego. Zostałem przez moją matkę powity w tajemnicy. Chciała mnie w ten sposób chronić przed przewidywaną zagładą. Przez jakiś czas robiła to z powodzeniem. – tutaj zrobił krótką pauzę dla nabrania tchu. – Widzicie moja matka zakochała się w wilkołaku. A dla wampirów wilkołaki są tylko i wyłącznie niewolnikami…

  No i… –  pośpieszała zniecierpliwiona wojowniczka więźnia. Zaciekwiło ją to, co powiedział. 

 – W końcu wyszło na jaw, że jestem jakimś dziwnym wampirem, odmieńcem. Nie chciałem pić krwi, interesowało mnie wyłacznie świeże mięso. Ktoś w końcu zauważył, że ze mną coś jest nie tak, że nie zachowuję się, jak prawdziwy wampir. Służba bezpieczeństwa Kapituły aresztowała nas po tym, jak otrzymała donos na nasz temat. Matka została już skazana i ścięta za złamanie prawa. Ja natomiast czekałem na decyzję wielebnego. Potraktowano mnie, jak ciekawy eksponat, ślepy zaułek ewolucji gatunku wampira. Dziś podjął decyzję w mojej sprawie. Wiecie już jaką.

– A skąd mamy mieć pewność, że nie jesteś jeszcze bardziej krwawą mieszanką tych dwóch ras? – zapytała się z ponurym uśmiechem na ustach Silvie.

– Pewności nie będziecie mieli nigdy. Musimy jednak, by przeżyć, spróbować sobie zaufać. Ale mogę się wam do czegoś przyznać, by was trochę uspokoić.

– Tak?

– Nigdy nie lubiłem przemocy i zabijania innych istot zwłaszcza światła. To między innymi spowodowało, że wielebny uznał, że ja, jako przedstawiciel nowej rasy, nie będę przydatny dla społeczności wampirów. To powinno dać wam wiele do myślenia.

– Resztę opowiesz, jak przyjdzie na to czas. Teraz prowadź do niziołka. – uciął dalszą zbędną dyskusję Darkar. W końcu, w pewnym sensie, on też był hybrydą po wielu eksperymentach. To dzięki nim miał swoje umiejętności, których nie posiadł zwykły człowiek. 

 

***

 

Podążali za Kelornem.

Wreszcie członkowie oddziału ratunkowego czuli, że wędrują w jakimś określonym kierunku, że na końcu tej eskapady będzie osiągnięty cel, jaki sobie postawili przed wyprawą: uwolnią niziołka oraz dowiedzą się, co się stało z ojcem Silvie.

Kelorn prowadził ich w plątaninie korytarzy i  komnat ze znawstwem. Omijał z wyczuciem miejsca, które były monitorowane przez wampiry lub przez nie strzeżone.

Znał skróty.

Jak do tej pory ominęli wszystkie niebezpieczne dla nich miejsca nie zauważeni przez straże. Od razu widać było, że Kelorn musiał wielokrotnie, gdy się ukrywał przed krwiopijcami, korzystać z tych wszystkich niestrzeżonych dróg w piramidzie, by móc wyjść na moczary i upolować sobie coś do jedzenia.

Te spostrzeżenia spowodowały, że coraz bardziej wierzyli w tą nieprawdopodobną opowieść półwilkołaka. Nabierali powoli do niego zaufania. Zdawali sobie coraz bardziej sprawę z tego, że muszą zacząć sobie nawzajem ufać, żeby przeżyć tę podróż po królestwie wampirów.

Nagle Kelorn dał znak ręką, by wszyscy stanęli.

– Nie możemy teraz iść dalej. Musimy znaleźć bezpieczne miejsce i poczekać na rozpoczęcie się targu.

– Targu? A po co? – zapytała się nieufnie Silvie.

– Nie ma innego przejścia do miejsca, gdzie prawdopodobnie jest przetrzymywany wasz druh. A to miejsce jest silnie strzeżone przez wampiry. Jesteśmy w głównej sali piramidy. W niej odbywają się codziennie targi. Poza tym stąd wiedzie bezpośrednia droga do komnaty obrad Kapituły. Więc musimy poczekać aż rozpocznie się dzień targowy i w tłumie, niezauważeni a także bezpiecznie przebrnąć do odpowiedniego korytarza.

– Dobra, prowadź wiec do bezpiecznego miejsca gdzie możemy bezpiecznie przeczekać te kilka godzin. – zadecydował towarzysz niziołka.

– Darkar możesz pozwolić na chwilę . – zapytała się Silvie.

Przyjaciel Sinoe odszedł z wojowniczką na bok.

– Ufasz mu? – zapytała Silvie.

– Nie mam wyboru muszę. A ty widzę cały czas masz wątpliwości?

– Tak, nie ufam, to przecież jest nadal wampir.

– Silvie musimy spróbować. Inaczej ani ty ani ja nie zrobimy tego, co zamierzaliśmy. Poza tym, ja też musiałem tobie i twoim ludziom zaufać po bitwie w Krwawej Łaźni. Ty też masz w sobie krew wampirzą.

– Właściwie to masz rację, ale wiesz co, coś mnie ciągle w nim niepokoi.

– Silvie on w pojedynkę nas niepokona. A poza tym, gdyby chciał nas wciągnąć w pułapkę dawno, by to uczynił. Zaufaj mi. Dobrze?

– Chodźmy więc.

 

***

 

Dotarli do miejsca, które ich przewodnik nazwał śmietniskiem. Była to olbrzymia komnta, gdzie znajdowało się składowisko śmieci. Zgodnie z opinią Kelorna nikt w zasadzie tutaj nie zaglądał bo i po co. Jedynymi istotami, które, ewentualnie, tutaj przychodziły regularnie w południe były istoty zniewolone przez wampiry.

Plan był taki, że o świcie mieli się stąd wynieść na targowisko. Mogli bezpiecznie poczekać do tego czasu.

Mieli wreszcie chwilę czasu na odpoczynek i regenerację sił.

– Tak mnie wypytywaliście kim ja jestem, ale może opowiecie o sobie, tak, chociaż z kilka słów. – zagaił rozmowę do obecnych Kelorn. – Chciałbym wiedzieć z kim mam do czynienia? 

– Darkar. – oznajmił pierwszy ze zbroinych i opowiedział pokrótce wydarzenia, jakie skłoniły go do przybycia aż tutaj.

– Mówisz chciałeś zakończyć swój koszmar?! – zdziwił się szczerze przewodnik. – Zauważyłem, że musisz mieć dobre wyszkolenie wojskowe. Widać, że jesteś fachowcem.

– Zgadza się miałem doczynienia ze szkoleniem wojskowym. Ale odszedłem z tej służby. Nie chcę teraz o tym rozmawiać. Wybacz.

– Rozumiem! Pewnie nie chcesz pamiętać o tym, czego doświadczyłeś. – próbował ciągnąć za język towarzysza podróży Kelorn.

  Dokładnie tak. Najchętniej, bym wymazał ten okres z mojej pamięci. Ale wiem, że nie jest to do końca możliwe. Sinoe wielokrotnie twierdził w czasie naszej wspólnej wędrówki przez te przeklęte bagna, że tak musiało być; że nie miałem wyboru, by uniknąć tej drogi, jaką byłem zmuszony iść przez życie. W jakimś celu tego doświadczałem i coraz bliższy jestem stwierdzenia, że miał rację. Teraz mam szersze spojrzenie na świat i świadomie dokonuję wyborów, bo wiem: że nie ma większego, mniejszego zła, bo zło zawsze jest po prostu złem. A życie nie jest czarno  białe, ale pełne odcieni szarości! To ma sens.

– Darkarze, nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie. Czy pozwolisz, że ci je zadam? – zapytał się z pewnym ociąganiem, pełen obaw Kelorn.

– Cóż więc ciebie tak zastanawia, hybrydo? – zachęcał Darkar półwilkołaka do zadania trudnego pytania. – Jeśli uznam, że nie mam ochoty na nie odpowiadać, po prostu nie odpowiem i tyle.

  Wybacz, że ciebie oto pytam, ale nie pojmuję czemu, wtedy, gdy byłem prowadzony na stracenie, nikt nie zauważył ciebie: istoty ciepłokrwistej!? Wiadomo: ja czy dhampiry jesteśmy takie z natury, ale nie ty!

– A jednak odkryłeś mój mały sekret!? Masz rację, ja również potrafię zamaskować swoją ciepłokrwistość. Zawdzięczam tę umiejętność długiemu treningowi. Przydawało mi się to w moim poprzednim życiu, z którym, jak ci powiedziałem, już skończyłem.

  A ty wojowniczko? Kim jesteś? Co tu robisz?

– Silvie Ailen Healsing. – przedstawiła się z ociąganiem zielonooka piękność. Nie miała jeszcze nawet minimum zaufania do Kelorna.

– Poczekaj. –  zamyślił się półwampir – półwilkołak. –  Słyszałem gdzieś to nazwisko.

  Słyszałeś? – zapytała z nadzieją i niedowierzaniem Silvie. – Może gdzieś tutaj w Opuszczonym Mieście ?

– Może i tak, ale nie jestem do końca pewien. Może jednak coś poplątałem?

– Posłuchaj, mój ojciec wyruszył do Opuszczonego Miasta, by uzyskać pomoc, dla mnie i mojej matki, od waszego Wielebnego, nazywał go patronem wampirów…

– Silvie, dobrze wymawiam twoje imię? Patron to jest kapłan wampirów, nie ma nic wspólnego z Wielebnym. Aczkolwiek Patron zasiada w Kapitule. Ale opowiedz mi trochę szczegółów na ten temat, może sobie coś jednak przypomnę?

– Mój ojciec był naukowcem... – smutno i z rozgoryczeniem wyrzuciła z siebie Silvie skróconą historie swego życia.

Tak, do końca, nie wiedziała czemu się spowiada przed tym odmieńcem. Nie ufała mu i nie wierzyła w jego dobre intencje. Z drugiej jednak strony może przynajmniej on coś będzie wiedział o tym, co się stało z jej ojcem?

– Zielonooka. Wiem, że mi nie ufasz i w sumie słusznie, bo ja nie jestem tego pewien, czy sam bym sobie zaufał na twoim miejscu! Prócz tego mnie nie lubisz, nie wiem czemu: chociaż sama jesteś hybrydą – ślepym zaułkiem ewolucji wampira, tak samo jak i ja. Lecz podobno ci, którzy są w jakiś sposób inni od reszty istot z których się wywodzą z jeszcze większym zaangażowaniem zwalczają tych, których uznają za jeszcze większych odmieńców od siebie. – smutno uśmiechnął się Kelorn. –  Sami natomiast dobrze się maskują. Co ciekawe czują się lepsi od tych, których gnębią;  są gorliwsi od tych, którymi chcą tak mocno być. Myślę, że tak samo jest z tobą. Wielokrotnie tego stanu doświadczyłem na sobie, oczywiście, nie od ciebie, ale rozpoznaję go szybko. Mimo tego postaram ci się pomóc. Może to spowoduje, że jednak mi zaufasz i wykażesz, chociaż trochę tolerancji dla mnie. A nade wszystko wobec siebie. Potrzebujesz tego. Ja wreszcie tą swoją inność zaakceptowałem. Łatwiej tak żyć.

– Mógłbyś mi pomóc?  nie była pewna intencji przedmówcy. Patrzyła na Kalerona z nadzieją.

– Nie jestem pewien, ale opowiem ci coś, co moim zdaniem może wiązać się z osobą twojego ojca oraz jego dalszym losem. 

Wszyscy umilkli. Czekali z niecierpliwością na opowieść Kelorna. Mieli nadzieję, że to przyniesie ulgę ich przyjaciółce Silvie.

Półwilkołak rozpoczął swoją opowieść.

 

***

 

Do wiezienia w Opuszczonym Mieście, wpadła dwójka baitali, ciągnących za sobą jakąś skrępowaną oraz strasznie wyrywającą się postać, przypominającą na pierwszy rzut oka człowieka. Jeśli faktycznie nim był, to nie miał szans na oswobodzenie się z uścisku tych potworów.

– Odmieńcze będziesz miał kompana. – zaśmiał się szyderczo baital, nazwany przez Kelorna: Śmieszkiem. Oczywiście to przezwisko było, jak najbardziej złośliwe i wynikało z tendencji owego strażnika do drwiącego uśmiechu wiecznie przyklejonego do jego ust. Zwłaszcza uwielbiał  wykonywać wyroki śmierci, często się tym osadzonym chwalił.

– Kompana? – zdziwił się Kelorn.

– Widzisz tego tutaj nędznego człowieka? – strażnik wskazał na posiniaczonego więźnia.

– Tak. – Kelorn kątem oka spojrzał na istotę: w średnim wieku z siwymi włosami na skroniach, o szlachetnych rysach twarzy, postawnego i dumnego.

– Będzie twoim towarzyszem niedoli aż do swoich lub, być może, twoich ostatnich dni.  Śmieszek miał, jak zawsze przyklejony do ust ten swój szyderczy uśmiech.

Baitale bez ceregieli rzucili człowieka na posadzkę w celi odmieńca. Nie patyczkowali się z więźniem. Strażnicy wiedzieli, iż każdy z osadzonych jest na ich łasce. Gdy tutaj trafiałeś to najczęściej po to, by otrzymać wyrok śmierci. Dlatego nikt tutaj nie miał taryfy ulgowej. Jedyne ograniczenie strażników we władzy nad skazańcami było takie, że musieli na posiedzenie sądu dotrzeć w jednym kawałku.

Nowy niespodziewanie, chociaż został tak brutalnie potraktowany, zerwał się na równe nogi i nie zważając na opuchniętą oraz poobijaną twarz, skoczył ze wszystkich sił do krat.

– Bydlaki wypuście mnie stąd. Mam prośbę do jego ekscelencji patrona i waszej Kapituły. – krzyczał w nadziei, że go ktoś usłyszy i zechce z nim porozmawiać.

Ale Kelorn widział już zbyt wiele. Człowiek nie mógł liczyć na współczucie i zrozumienie. Wszyscy pojmani oraz przetrzymywani w tym miejscu doświadczali tylko wzgardy, upodlenia i razów. Jedynym marzeniem po dłuższym pobycie tutaj była szybka śmierć. Mimo to nowy aresztant nie poddawał się. Próbował walczyć o uwolnienie z celi kilka dni, by w końcu opaść z sił. Nie udało mu się pomimo wysiłków dotrzeć przed oblicze Kapituły.

 

***

 

Kelorn był zmuszony doglądać nowego współwięźnia. Obawiał się, że jego koniec jest już bliski, był w tak kiepskim stanie. Na ciele towarzysza niedoli szukał ran po ugryzieniu któregoś ze strażników, ale śladów ukąszeń nie znalazł. Gdy kogoś pojmano w piramidzie, zasady przewidywały, że każdy pojmany intruz ma być bezwględnie przesłuchany przez radę i to ona podejmował ostateczną decyzję o dalszym losie obcego.  Baitale tych zasad przestrzegały rygorystycznie. 

Po jakimś czasie człowiek wreszcie się przebudził.

  Gdzie jestem? – zapytał się słabym głosem.

– Nie pamiętasz?

– Niestety, nie. Wiem tylko, że podążałem tutaj do Opuszczonego Miasta z prośbą do Kapituły.

– Kapituła nie rozmawia z istotami innych ras, a, nawet, jeśli zechce cię wysłuchać, to jedynie w formie przesłuchania. Po nim oceni, czy dla tej społeczności jesteś przydatny, czy też nie. Od tego zależy twoje przetrwanie. Lecz nie łudź się, rzadko kiedy, spośród takich jak ty, oszczędza im życie. W ogóle dziwię się tobie, jak wiele miałeś szczęścia i dotarłeś aż tutaj. Chyba opatrzność nad tobą czuwa albo jestem świadkiem cudu.

– Musiałem tutaj dotrzeć. Zrozum, nie miałem wyboru. Moja żona, dziecko…

– Co z nimi?

Nie odpowiedział. Nie mógł tego uczynić z prostej przyczyny: znów stracił przytomność. Kelorn przykrył nieszczęśnika podziurawionym, śmierdzącym kocem, bo innego nie miał. Współczuł mu potwornie. On też strasznie przeżył śmierć swojej matki. Kat wykonał wyrok na jego oczach, a na koniec stwierdził:

– Teraz twoja kolej, odmieńcze. Przygotuj się na to, co cię czeka. – zaśmiał się szyderczo.

 

***

 

Wreszcie po tygodniu złorzeczeń i przekleństw słanych przez Kelorna na strażników, któryś z nich posłał po lekarza.

Stan człowieka był niestabilny. Raz się budził, mamrotał coś tam pod nosem, by znów zemdleć. Odmieniec niepokoił się mocno o współwięźnia i próbował go ratować, zapewnić mu opiekę. Zresztą nie miał nic innego do roboty. Od kilku ładnych lat nikogo nie zamykano w więzieniu. Nawet nie miał z kim porozmawiać. A tak miał, chociaż szansę z kimś pogadać, czymś się zająć. Teraz czas biegł mu znacznie szybciej.

Wreszcie przybył lekarz, zajmujący się przypadłościami członków Kapituły.

– Który to? – niezadowolony zapytał się strażnika.

Zapewne był nadąsany, z powodu wycieczki do więzienia, a nie było to zbyt przyjemne miejsce.

– Ten, panie. – baital wskazał palcem, leżące ciało pod ścianą, przykryte kawałkiem szmaty. W głosie Śmieszka można było wyczuć strach pomieszany z trwogą przed lekarzem, który wywodził się z wysokiej kasty. Hierarchia była w tym społeczeństwie bardzo ważna.

Medyk w asyście dwóch strażników zawitał do celi. Podszedł spokojnym krokiem do chorego. Zaczął go badać, sprawdzać tętno, słuchać serca, macać po ciele. Wreszcie wstał.

– Czym go tutaj łachudry jedne karmicie? – zagrzmiał, jak grom w burzową noc.

– Tym wszystkim, czym powinniśmy karmić człowieka, by przeżył do czasu procesu. – wycedził Śmieszek do gościa.

Na pyskach baitali rysował się zwierzęcy strach. Widać było, że ci dwaj panowie: życia i śmierci, jakimi są w więzieniu, poza jego murami są niczym. Wyglądali, ku satysfakcji Kelorna, na małą pluskwę, którą można rozdeptać butem w każdej chwili. 

– Czy wy durnie nie wiecie o tym, iż jest to więzień Kapituły? Już niedługo ze swojej misji do Cytadeli powróci Wielki Referendarz? I to on będzie rozstrzygał o losie tego, tutaj człowieka!? Nie wy!

Strażnicy próbowali się głupio tłumaczyć przed arystokratą. Jednak na nic się to zdało.

– Powiem wam to tylko raz i nie będę więcej powtarzał! – wykrzyczał wściekły medyk do strażników, którzy nagle stali się tacy uniżeni. – Ten człowiek, którego wam przekazano jest chory na: zapalenie płuc, a po drugie, który z was go ugryzł?

Przerażeni strażnicy popatrzyli po sobie. Nie wiedzieli, co mają odpowiedzieć na tak straszliwe zarzuty.

Wreszcie jeden z nich odważył się coś odpowiedzieć.

– Panie przyznajemy się, że to myśmy go, tak troszkę, wyssaliśmy z krwi. Był świeży, a my chcieliśmy tej świeżynki spróbować. Wielki panie – baital padł na kolana przed wielmożem i ze łzami w oczach wyskamlał. – Darujcie nam marnym robakom życie, darujcie, panie. Już będziemy dbali o gościa Kapituły i Wielkiego Referendarza. Wielki panie zrób coś, by przeżył aż do przesłuchania!

Lekarz jakby nagle urósł. Pokazał tym dwóm najniżej stojącym wampirom w hierarchii tego klanowego społeczeństwa, kto tu rządzi. Nie czekając zbyt długo sięgnął do torby z której wyciągnął buteleczkę z jakimś płynem.

– Podnieście go tak, byśmy mu wlali do gardła tę miksturę!  rzucił w stronę strażników.

Baitale rzuciły się w stronę chorego. Podnieśli go delikatnie i obrócili w stronę lekarza. 

– Ty! –  wskazał palcem na Kelorna  Podnieś mu głowę tak, bym wlał mu ten płyn w gardło.

Więzień zrobił, co mu polecono.

Lekarz zbliżył się do człowieka i pewnym ruchem odkorkował miksturę i wlał ją w usta chorego.

 Słuchajcie więc wy przebrzydłe robale! Ten człowiek ma przeżyć. Przez umyślnego dostaniecie jeszcze dwie mikstury, które postawią go na nogi. Macie dbać o niego. Jak jeszcze raz zobaczę, że któryś z was go podsysa, to pójdziecie na szafot! Zrozumiano!?

– Tak, Panie. – zaskomlały dwa baitale.

  Doskonale. A ty!  znów wskazał Kelorna  Masz te dwie dostarczone mikstury podawać mu rano i wieczorem.

Lekarz wyszedł z celi.

 

***

 

Kapituły? – z niedowierzaniem fuknęła Silvie.

– Tak zostało powiedziane! – zapewnił Kelorn.

– Ale, jak to możliwe? – nie dawała za wygraną wojowniczka.

  Normalnie, trzeba znać zwyczaje panujące w Opuszczonym Mieście.

– To znaczy?

– Każdy kto wejdzie do piramidy nie jest automatycznie mordowany. O jego losie decyduje Kapituła. To proste. – uśmiechnął się do słuchających z przejęciem Kelorn.

– Skąd takie zasady? – do dyskusji wtrącił się Darkar.

– To również jest proste. Wampiry są starożytną rasą, która padła ofiarą plagi krwi, a następnie została praktycznie wyrżnięta przez swoich wrogów. Została przy życiu tylko garstka ocalonych, ukrywająca się w miastach tego świata, zintegrowana z zamieszkujacymi je mieszkańcami i niczym się nie wyróżniała od innych. Natomiast wampiry w Opuszczonym Mieście żyją tak, jak miało to miejsce za czasów ich świetności, zgodnie ze swoimi wierzeniami. Każdy, który przedrze się przez Bagna Palonii i dotrze tutaj i uda mu się wedrzeć do piramidy musi być interesujący dla Kapituły. Wynika to z prostej kalkulacji: skoro był w stanie przeżyć, to może się przydać ich społeczności. Wtedy dostaje wybór… – wykonał efektowną pauzę, by rozbudzić ciekawość słuchaczy.

– Jaki znów wybór?

– Prosty: jeśli chcesz żyć musisz zaakceptować prawa rządzące tą społecznością i zostać naturalizowanym wampirem. Ponadto dać z siebie to coś, co powoduje, że szanse przetrwania ich gatunku wzrosną w tych trudnych czasach. 

– No i chcesz nas przekonać, że ci którzy dostąpili zaszczytu rozmów z Kapitułą, tak, po prostu zgadzają się na te warunki!?

– Oczywiście! Widziałem wiele takich przypadków. Wampiry mają całkiem wiele do zaoferowania swoim nowym współmieszkańcom. Długowieczność, ogromną siłę, pozycję w hierarchii: zależną w ich systemie kastowym od możliwości kandydata i jego przydatności dla wymierającego społeczeństwa. Jeden minus to to, że jest się drapieżnikiem i ma się głód krwi. 

– Czyli Opuszczone Miasto było i nadal jest siedzibą wampirów od zamierzchłych czasów!? – niedowierzał Darkar.

– Tak, to była stolica ich imperium. Widzieliście, jakie potężne było to miasto i jaka potężna rasa zamieszkiwała to miejsce. Możecie mówić, co chcecie o nich, ale rozwój jaki osiągnęli setki lat temu w tej chwili nie jest dostępny żadnej mi znanej cywilizacji. Nawet samej Cesarstwa Imperatora.

– To miasto robi wrażenie. To fakt.

– A jak to możliwe, że tak agresywna i potężna cywilizacja jest na wymarciu?  wtrąciła się Silvie.

– Wampiry rozwijały się bujnie aż do momentu, gdy, a to już przecież powiedziałem, tajemnicza choroba je zdziesiątkowała. Potem, kiedy osłabli nie byli w stanie skutecznie bronić się przed swoimi ofiarami, które polowały na te drapieżniki bez wytchnienia. Takie życie: coś się rodzi, osiąga szczyt swojego władztwa, by upaść pod ciężarem pychy i zostać zgładzonym przez swoich wrogów i swoje ofiary. Nienawiść pozostaje w sercach na pokolenia.

– Czy możemy przejść do losów mojego ojca? To ważne…  poprosiła Silvie.

 

***

Van Halsing stanął przed Kapitułą i jej Wielkim Referendarzem. Przed sobą miał dwanaście istot siedzących za olbrzymim stołem. Każda z tych istot była ubrana w długi, czarny płaszcz w czerwoną podszewką. Byli bladzi. I strasznie kościści.

Dwa baitale, które przyprowadziły Van Halsinga przed obliczę rady, posadziło go na skromnym krześle.

Sala była olbrzymia. Była urządzona w stylu surowym, bez żadnych ozdóbek i udziwnień. Brakowało jakiegokolwiek przepychu.

– Co cię do nas sprowadza człowieku? – zapytał się więźnia Wielki Referendarz.

– Chciałem was prosić o łaskę. – Van Halsing ze łzami w oczach upadł na oba kolana przed radą.

– Kapituła wysłucha ciebie człowieku.

– Wielka rado, pozwól uleczyć moją żonę i dziecko! – załkał zrozpaczony więzień.

– Zatem mów kim jesteś, jak cię zwą?

– Zwą mnie Harold Van Halsing. – odpowiedział jednym tchem przesłuchiwany.

– Czy to nie ty przypadkiem jesteś tym przesławnym łowcą wampirów?

– W samej rzeczy, to ja we własnej osobie!

– Czy to nie jest ironia losu, że ty zabójca naszej rasy przybyłeś do nas po łaskę i wybaczenie?

– Czy to jest ironia!? – zawahał sie na chwilę więzień. – Zrządzenie losu, raczej tak bym to nazwał. Albo wasze celowe działanie, by mnie tu zwabić i uśmiercić!

– Jesteś hardy człowieku, biorąc pod uwagę to, czego od nas oczekujesz. Uważam, że powinieneś jednak do nas przybyć po łaskę i prosić, a nie żądać. Jednak nim cokolwiek ci odpowiemy przedstaw nam swoja historię, czego od nas właściwie chcesz?

Van Halsing opowiedział po co przybył na Bagna Palonii i Opuszczonego Miasta.

– Twiedzisz, że wyczytałeś w starożytnych księgach, że jesteśmy w stanie uleczyć twoją rodzinę z przemiany? Mimo tego nie wiem, czy byśmy chcieli tobie pomóc! Jesteś w końcu katem naszej rasy!

– Jestem naukowcem, nie katem!

– A jak mamy nazwać twoje eksperymenty na naszych współbraciach!? Polowania jakie prowadziłeś na przedstawicieli naszej rasy? Myślisz, że nie wiemy!?

– Nie zgodzę sie z tobą, wielebny! Moje działanie było odpowiedzią na to, co czyniły wampiry istotom światła. Mordowały i zabijały bez zastanowienie w głodzie krwi. Broniliśmy się przez tym, by być ich zwierzyną łowną!

– Jako znawca naszej historii zapewne wiesz, że po pladze krwi, jaka nas zdziesiątkowała, pozostała garstka spośród nas. Większość ukryła się przed wami tutaj na bagnach. Żyjemy jak zwierzęta, a nie dawni panowie tego świata i was! Żywimy sie zwierzyną z moczar! Ot całe nasze życie. Jedynie ci którzy z premedytacja przekroczą granice naszego królestwa na Bagnach Palonii muszą się liczyć z konsekwencjami! Taki tajny układ zawarliśmy z waszymi królami wieki temu. I tutaj mamy pełne prawo żywić się wami. Po cóż więc naruszałeś nasz mir? Jesteśmy rasą na wymarciu. Podporządkowaliśmy się wam i znikneliśmy wam z oczu! Czy tego przypadkiem nie pragneliście?

– Jednak nie wszyscy sie tej umowie podporządkowali, wielu z was żyje posród nas i nami sie żywi, bo nie mogą zaprzestać swojego procederu. Dlatego musiałem pomóc tym, którzy zostali pokrzywdzeni przez waszych współbraci. Jedynie na te istoty polowałem. Dlatego też musiałem was poznać i przebadać!

– Nie jest to w moim mniemaniu prawda, bo czemu przybyłeś na Bagna Palonii i szukałeś Opuszczonego Miasta!? Trzeba było pozostać tam, gdzie byłeś, poza graniacami naszej jurysdykcji! Miałeś świadomość, jakie możesz ponieść konsekwencje i je zresztą poniosłeś. Mamy prawo się bronić przez takimi, jak ty. Wreszcie zostawcie nas w spokoju. Nie wchodźmy sobie w drogę. Nie jesteś lepszych od nas.

– Musiałem odnaleźć Opuszczone Miasto, by poznać was i wasze zwyczaje. Dowiedzieć się skąd jesteście? Jak można was powstrzymać. Ale teraz to nie jest istotne. Teraz najważniejsza jest moja rodzina. Obiecuję, że jeśli spróbujecie uleczyć moją rodzinę będę z daleka od was i waszego królestwa na bagnach! Zrobię czego ode mnie zarządacie!

– No cóż, nie jest to możliwe, nawet gdybyśmy tego chcieli i na to się zgodzili. Niestety, nie ma takiej możliwości, jeśli przemiana zaszła tak daleko. Dotyczy to twojej żony, jak i córki: do końca życia będzie juz dhampirem. Gdyby istniało takie remedium na wampiryzm na pewno wielu z nas ściganych przez podobnych tobie, by z niego skorzystało. Do pewnego etapu przemiany można ją powstrzymać i wrócić do stanu początkowego. Jednak nie w tym przypadku.

– Wielebny ratuj! – krzyknął więzień. I czekał na łaskę.

– Wyprowadzić więźnia. Kapituła musi zadecydować, co uczynić z Haroldem Van Halsing. Decyzje zapadnie do jutra do wieczora.

***

 

Wielka nadzieja.

Tak można było nazwać zachowanie Van Halsinga przed ponowną wizytą w sali posiedzeń Kapituły. Jego wielki optymizm wyrażał każdy gest. Jednak najbardziej można go było zauważyć w jego wypowiedziach o rodzinie oraz w wierze, że być może niedługo zobaczy swoich bliskich. Bardzo w to wierzył wbrew rozsądkowi.

Wtedy widziałem, jak ta nadzieja w nim rosła. Jak go unosi, rozrywa i dodaje nowych, niespożytych sił w tym umęczonym ciele. Jak powiew targa nim coraz mocniej. 

Oczekiwanie z każdą upływającą minutą było coraz trudniejsze.

Każde otwarcie podwoi do więzienia przez któregokolwiek ze strażników, wywoływało w nim dreszcz emocji, zdenerwowanie. Zrywał się na równe nogi, bo myślał, że to już nadszedł ten czas.

Wreszcie się doczekał.

Do więzienia wszedł Śmieszek i jakiś inny baithal. Nigdy wcześniej go nie widziałem.

  – Już czas istoto światła. Kapituła was wzywa – oznajmił donośnym głosem strażnik.

Van Halsing podszedł do konwojentów i dał się zakuć w kajdany.

Ruszyli.

Widziałem go wtedy ostatni raz.

 

***

 

Dalsze losy twojego ojca znam tylko z relacji. Więc, czy na pewno chcesz wiedzieć, co się stało? – spytał się Kelorn.

– Chcę! – krzyknęła Silvie. – Do tej pory żyłam nienawiścią do tych skurwieli. Liczyłam, że wreszcie dowiem się dzięki jednemu z nich, na powolnych torturach całej prawdy o moim ojcu. I teraz gdy jestem tak blisko prawdy o jego losach mam zrezygnować? Tak więc powtarzam ci jeszcze raz: chcę!

– Silvie, celowo zadałem ci to pytanie. Czasami nie warto do końca znać historii, która rozpala w nas najgorsze uczucia w imię zemsty. A podejrzewam, że to właśnie się stanie, gdy usłyszysz, co się z nim stało.

– Nie, Kelorn ja muszę poznać tę historię do końca, choćby to była najgorsza prawda o moim ojcu. Za dużo poświęciłam, by teraz chwilę przed jej poznaniem stchórzyć i uciec z podkulonym ogonem. Mów dalej!

Darkar przybliżył się do zielonookiej wojowniczki gotów ją złapać, gdyby miała omdleć.

– Zaczynaj Kelorn. – nakazał głosem nie znoszącym sprzeciwu druh Sinoe.

– Dobrze. Jak sobie życzycie.

 

***

 

Od momentu opuszczenia celi przez człowieka minęło już wiele czasu. Straciłem nadzieję, że kiedykolwiek zostanie doprowadzony z powrotem do miejsca naszej wspólnej niedoli.

Pomyślałem: „ może jednak otrzymał od Kapituły to czego chciał.”

Wszak z drugiej strony, nie mogłem uwierzyć, że wypuścili go z Opuszczonego Miasta. Ryzyko wynikające z jego uwolnienia i wypuszczenia go było dla wspólnoty wampirów zbyt duże. Przecież ten człowiek mógł w każdej chwili zdradzić tajemnicę Opuszczonego Miasta, co w konsekwencji mogło doprowadzić do prześladowań ze strony istot światła.

Po pewnym czasie zaprzestałem zaprzątania sobie myśli o Van Halsingu oraz jego możliwych losach. Powoli zaczynałem o nim zapominać. Ale jak się później okazało prawda była okrutna.

Pewnego dnia przyszedł do mojej celi Śmieszek. Był mocno wstawiony. Widać było, że jest pod wpływem zażytych wcześniej halucygenów.

– Te odmieniec…– strażnik zawołał Kelorna. – Już niedługo i ty trafisz pod mój topór. Jak ten twój koleś z celi…. Jak ten twój człowiek. Hahahaha… – baital zaniósł się ochrypłym śmiechem.

– O kim mówisz? – Kelorn udawał, że nie ma pojęcia o niedawnym współwięźniu.

– Jak to o kim? Przecież wiadomo, że o tym człowieku z twojej celi! Zapomniałeś, że taki u ciebie pomieszkiwał jakiś czas!?

– Ja nic tam nie wiem!

– Wiesz i to bardzo dobrze. To przez ciebie lekarz kapituły mało nas nie zniszczył. – pogroził palcem dla osadzonego w celi.

 Nie będę się odzywał w tym temacie. Po co mi to potrzebne? Nie hcę znowu kłopotów.

– A co tu komentować!? A ty i tak masz już wiele kłopotów na głowie. Poczekam cierpliwie, jak każe mi Kapituła je rozwiązać twój próblem. – zasyczał wampir.

– Nie przekonasz mnie i nie zastraszysz. To jest moja strategia obronna na najbliższe lata, by móc przetrwać w tym miejscu. – prowokował więzień strażnika.

– O na pewno…Ty i jakaś strategia! Tu będzie do zastosowania tylko jedna strategia. – w tym momencie podniósł swój palec do ust i go przyłożył, jakby chciał uciszyć więźnia i coś mu przekazać w tajemnicy. – Ciiiiiiii… Powiem ci coś, chcesz?

– Wiesz co, nie interesują mnie twoje brudne sprawy.

– Ale muszę ci coś powiedzieć. Jak mnie nie wysłuchasz to, kurwa, pożałujesz! Rozumiesz koleś!? Pożałujesz! – pogroził pięścią więźniowi baital.

– Jeśli tak to mów. Nie mam wyboru. – udał znów durnia Kelorn.

– Ciii…. – znów przyłożył palec do ust Śmieszek. – Ciiiii…Ciekaw jesteś, co stało się z tym twoim kolesiem z twojej celi?

– A co mnie to obchodzi, nie moja sprawa!? Pewnie Kapituła go puściła wolno. Lepiej nie wiedzieć za dużo. – machnął ręką więzień.

– A gówno prawda. Nie puściła dała mu wybór i szansę na przeżycie. Ot co!

– Jaki wybór? – szczerze zdziwił się więzień.

– Zaproponowali mu, że natuuuuralizują go na wampira…uuuuups. – czknął strażnik. – Ale nie na jakieś, kurwa, podrzędne wampirzysko, jakim jestem ja! Tylko zaproponowali mu miejsce w samej Kapitule. Pierdolone dziady. – wykrzyczał z nieukrywaną wściekłością strażnik.

– I co?

– I wyobraź sobie, że odmówił! Po prostu, kurwa, odmówił! Tkwię w tym podziemiu tyle już lat i nic. Zero jakiegokolwiek awansu. A tu taki przyłazi niewiadomo skąd i na poczekaniu dają mu miejsce w Kapitule.

– Może i dobrze, że tej propozycji nie przyjął. Wróci do swojej żony, do swojego dziecka…

– I tutaj... – zrobił efektowną pauzę strażnik– odmieńcze się mylisz. Nie ma go już wśród żywych. Sam go ściąłem i ciało spaliłem. I wiesz... – Kelorn zobaczył na twarzy Śmieszka obrzydliwy, obleśny grymas, który miał być namiastką uśmiechu. – ...sprawiło mi to ogromną frajdę. Tak samo, jak sprawi mi przeogromną frajdę zarżnięcie ciebie odmieńcze… Hahahahahahaha.

 

***

 

Silvie zakręciło sie w głowie z emocji. Nogi pod nią się ugieły. Darkar ją chwycił, ale ona się natychmiast wyszarpneła i stanęła mocno na nogi.

Stała tak nie wiedząc, co ma zrobić. Czy podbiec do tego, kto przekazał jej złą nowinę i zatłuc go na miejscu, czy po prostu rozryczeć się. Mimo wszystko nie spodziewała się, że ta wieść, zresztą, której się spodziewała, tak na nią podziała.

Wszyscy umilkli i wlepili oczy w swoje stopy. Nikt z nich nie wiedział, dosłownie, co ma teraz, w takiej sytuacji zrobić. Jak się zachować i pocieszyć dumną wojowniczkę.

W końcu tę niezręczną ciszę przerwał Kelorn.

– Silvie bądź dumna ze swego ojca. Przybył tutaj i przetrwał wiele, by wam pomóc. Nie poszedł na łatwiznę i nie zdradził swojej rasy. Oddał za swoje przekonania życie; oddał najwyższe dobro, jakie posiadał. Wierz mi niewielu, by odmówiło Kapitule.

– Życie? A co ze mną? Gdzie on był, gdy go potrzebowałam? No gdzie? – załkała wściekle kobieta.

– Silvie, Kelorn ma rację – odezwał się spokojnie, ale stanowczo Darkar.

– Kurwa, co wy wiecie o mnie? No co? Wielkie nic. To ja musiałam swojej matce odebrać życie. Nie chciałam tego zrobić, ale, kurwa, musiałam. – rozbeczała się na dobre Silvie.

– Silvie bądź naprawdę dumną z ojca. Wiem, że to marne pocieszenie, ale co mógł zrobić? Zostać w domu i czekać na rozwój wypadków? Znał odpowiedź, co będzie, gdy nic nie zrobi. Wybrał i walczył, tak jak walczysz ty, czy wielu innych. Czasami nie ma szczęśliwych zakończeń dla wielu historii, tak jak w bajkach. Gdyby mu się udało, twój punkt widzenia byłby inny, ale zwyciężyła szara rzeczywistość, która większość z nas dopada. Wykorzystaj tą krótką chwilę dla siebie i bądź słaba, i becz. Nabierz sił, bo czeka nas walka. Gdy ona nadejdzie musisz być sobą: wojowniczką bez uczuć. Maszyną do zabijania. – pocieszał dziewczynę Darkar.

– Płacz. Ja też płakałem, jak bezsilne zwierze, gdy ścinano moją matkę na moich oczach. Daj upust swojej furii i wściekłości. Daj upust tej drzemiącej w tobie teraz agresji. Nie możesz mieć jej w sobie potem, bo musisz trzeźwo myśleć, a nienawiść i zaślepienie będzie ci tylko przeszkadzać. – dodał Kelorn.

Przez moment Silvie chciała coś powiedzieć. Ale nie zrobiła kompletnie nic.

Zrobiła jedno, to co radzili jej druhowie. Rozpłakała się, jak słaba baba. Mieli rację, że potrzebowała tego. I to bardzo.

– Tato kocham ciebie i jestem z ciebie dumna! – łkała przez łzy.

A wszyscy dookoła milczeli.

 

***

 

Rodgar de Zuuw z Maktarem czekali cierpliwie na przybycie Patrona. Wielebny Marathir miał przybyć lada moment do komnaty, w której na niego oczekiwali. Ale ta chwila wydłużała się w nieskończoność dla emisariuszy Czarnego Pana. A czas w tym przypadku grał niebagatelną rolę. Mieli bowiem omówić strategię działania w tematyce przetransportowania niziołka do Cytadeli w tajemnicy. Rodgar obmyślił już misterny plan działania, ale żeby zrealizować swój śmiały zamiar musiał uzyskać pomoc i wsparcie Wielebnego. A nie był do końca pewien, czy zdoła go przekonać do nowej koncepcji. Zwłaszcza, że tym razem mieli zaatakować i zniszczyć obóz archeologiczny Gildii Kupieckiej, gdzie dodatkowo przebywał w tej chwili głównodowodzący Erwitar ze swoimi oddziałami.

Wreszcie do komnaty wkroczył, czy wręcz wpłynął Patron. Nie był do końca tego pewien. Jego cień nie padał na ścianę zgodnie z padającym na niego źródłem światła.

Wysłannicy Imperatora ukłonili się nisko przed Wielebnym.

– Co was do mnie sprowadza ? – z nieukrywaną pogardą zapytał się wampir.

– Panie potrzebujemy waszej pomocy w sprawie Niziołka. – delikatnie rozpoczął swoją mowę Rodgar.

– Wydawało mi się, że spełniliśmy prośbę Imperatora. Nie ukrywam. że kosztowało to życie wielu naszych współrodaków. Nie chcę być złośliwy i stwierdzić, że podobno miało być łatwo i przyjemnie. No cóż, prawda okazała się ostatecznie bardziej bolesna dla moich ludzi. – z sarkazmem odpowiedział Patron.

– Panie jeszcze jedna mała wyprawa. Chciałbym odwrócić uwagę Gildii Kupieckiej. Niedaleko stąd jest obóz. Bez twego wsparcia nie jestem w stanie potajemnie wywieźć Sinoe z Opuszczonego Miasta. Tym bardziej, że w obozie Gildii są i telepaci i gryfy.  No i koniecznie potrzebuje jednego z wyższych wampirów, by stworzył dla nas mgłę. Dla osłony naszego cennego dla Imperatora transportu. – zwłaszcza ostatnie zdanie podkreślił de Zuuw.

  Odnoszę wrażenie szanowny Rodgarze, że ty i twój władca zbyt wiele żądacie przysług ze strony mojego ludu. Umowa między naszymi rasami była inna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę po co tutaj jesteśmy i czego strzeżemy. – przeszył wzrokiem na de Zuuw i Maktara w taki sposób, że obydwaj poczuli ciarki na plecach.

  Ależ Wielbny, nikt nie zapomniał waszych zasług dla Imperatora. Nikt nie zapomniał o waszym wsparciu dla naszych działań w tym świecie. A zapewne wiecie, że Imperator swoje zobowiązania względem rasy wampirów traktuje jak najbardziej poważnie.

  Być może powinniście zaproponować o wiele więcej za naszą pomoc?

– Panie to nie leży w mojej gestii, by podejmować takie decyzje. Jestem po prostu pionkiem w waszej grze, ale obiecuję, że nie zapomnę wspomnieć dzięki komu Sinoe jest w Cytadeli.

– Ciągle słyszę to samo z waszych ust – wypalił z nieukrywanym wyrzutem Marathir –  i co z tego dla mnie i mojego plemienia wynikło poza powolnym wymieraniem mojej rasy? Niewiele, a jeszcze na dodatek musimy pilnować Aron HaBrit, jako potomkowie tego, który ściął Drzewo Przymierza, by uchronić waszego Imperatora od upadku. Jak wiemy jest tylko jedna istota światła, która potrafi użyć tego artefaktu. Jest nim potomek Arcykapłana, który był wieki temu odpowiedzialny za pielęgnacje Drzewa Przymierza. Dlatego zadam ci pytanie: czy nie za dużo od nas żądacie? Czemuż mamy więc jeszcze więcej dla was zrobić? 

– Panie znasz nasze umowy. Zaakceptowałeś cenę za którą zgodziliście się to robić. Nie możesz nam wypominać Aron HaBrit, bo i tak jesteście zmuszeni klątwą rzuconą na waszego przodka, który ściął Drzewo Przymierza, pilnować tego artefaktu do końca świata i jeden dzień dłużej pod groźbą upadku waszej rasy. Próbowaliście przecież już raz opuścić to miejsce i co? Mało brakowało, byście zostali unicestwieni przez plagę krwi i nienawiść istot świata do was. A przecież nasz Imperator z wdzięczności za to, co dla niego robicie, obiecał wam, po dokonaniu dalszych podbojów na wschód od Bagien Palonii, własne państwo, wielu niewolników, odbudowę waszej rasy i nieograniczony dostęp do krwi istot światła. Czy to mało o Wielebny? Czy wasze przetrwanie nie jest tego warte, by nam jeszcze raz pomóc?

Patron zamilkł. Można było zauważyć, że myślał bardzo intensywnie nad wyborem. Rodgar zdawał sobie sprawę, że wampiry nie miały zbyt duzego pola manewru. Klątwa rzucona przez Arcykapłana i ich narcystycznego, Starego Boga była straszliwa dla potomków tego, który znieważył Drzewo Przymierza wieki temu. Przekornie, ten ich bóg, nakazał im pilnować artefakt, będący w stanie, jako jedyny pokonać Imperatora. W tym wszystkim jest jednak jedno zastrzeżenie, tego artefaktu może tylko użyć wybrany potomek arcykapłana Drzewa Przymierza. Bez wsparcia Cesarstwa wampiry upadną szybko. 

– Skąd wiesz o obozie Gildii w okolicy Opuszczonego Miasta? Nikt mi o tym nie wspominał, jak dotychczas. – Wielebny zmienił temat.

  Od naszych estrii panie.

– A masz świadomość, że to tam jest ukryte Aron HaBrit!?

– Oczywiście Panie, dlatego jest szansa, że upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Myślę, że wdzięczność Imperatora będzie jeszcze większa w tym przypadku.

– Najpierw jednak zanim podejmę jakąkolwiek wiążącą decyzję, proszę opowiedz mi o swoim planie wywiezienia z piramidy niziołka i zaatakowania obozu Gildii. – Marathir już przyjaźniejszym głosem zwrócił się do de Zuuw.

Rodgar tylko na to czekał. Wiedział już, że Wielebny podjął rękawicę. Jego nadzieja na ocalenie była jeszcze bliższa celu. Zasłuży się podwójnie u Czarnego Pana dzięki swojemu sprytowi.

– O Wielebny z wielką chęcią zapoznam ciebie z moim planem działania. – w szczerym i pełnym służalczości uśmiechu wyszczerzył swoje zęby Rodgar de Zuuw.

 

***

 

Wszystko było gotowe, by wcielić w życie jego przebiegły plan. Wielebny zaakceptował ten pomysł. A to oznaczało, że pomimo początkowych oporów ze strony Patrona, zakończył sprawę zgodnie ze swoimi oczekiwaniami.

W związku z tym, że atak miał nastąpić nazajutrz pozostał w piramidzie w Opuszczonym Mieście. Aczkolwiek z Maktarem wyznaczyli sobie dyżury. Obawiali się, by nie zostać wyssanymi w czasie snu. Obydwaj nie mieli za grosz zaufania do tutejszych mieszkańców. Nawet oni, ludzie Imperatora, byli tylko dla nich pożywieniem.

Dlatego też wstali niewyspani i zmęczeni, ale w dobrych nastrojach. Chwila jego wielkiego oraz osobistego sukcesu zbliżała się wielkimi krokami. Zostało mu tylko postawić kropkę nad i. Doprowadzić tego kurdupla do Cytadeli oraz odebrać od Czarnego Pana gratulacje za dobrze wykonane zadanie. Nawet jeśli z pewnymi kłopotami.

Czekali na przybycie Wielkiego Referendarza. To on miał im przekazać w towarzystwie baitali i jednego arcywampira z Kapituły Sinoe.

Uśmiechnął się do siebie.

Był w stanie, jak on to nazywał, wewnętrznej ekstazy. Dzisiaj, by nawet swojemu największemu wrogowi zaoszczędził tortur i cierpienia. Zamiast tego uśmierciłby ofiarę niemal bezboleśnie.

Wreszcie otworzyły się drzwi i stanął w nich Wielki Referendarz w towarzystwie arcywampira i oddziału baitali.

– Witam szanowny panie de Zuuw. – zwrócił się do szpiega zgodnie etykietą.

  Witam o Wielki Referendarzu. –  ukłonił się przesadnie nisko wysłannik Czarnego Pana wraz ze swoim podwładnym Maktarem.

Miał przecież wyśmienity humor.

  Wielebny poprosił mnie, bym przekazał ci naszego więźnia niziołka imieniem Sinoe, a także przekazał pod twoje dowództwo do czasu dotarcia do granicy z Pomeranią tego arcywampira i oddział baitali. Rozumiem, że twoje estrie oczekują na was pod Opuszczonym Miastem? – upewnił się urzędnik wampir.

– Tak Panie, nie mylicie się. Co do moich ludzi jest dokładnie tak, jak powiedziałeś.

– Ruszajmy więc po więźnia.

– Ruszajmy– odpowiedział Rodgar.

 

***

 

Dotarli wraz z całym orszakiem do miejsca zwanego targowiskiem.

Kłębiło się tutaj mnóstwo różnych gatunków wampirów. Od baitali, których zadaniem zapewne było pilnowanie porządku, po różne podgatunki, które widział dopiero pierwszy raz.

 Było gwarno.

Wampiry handlowały różnymi towarami niezbędnymi do ich życia. Najbardziej pożądanym, a zarazem, najbardziej deficytowym towarem, była świeża krew istot światła. Zamiast niej najczęściej sprzedawano gorsze jakościowo zamienniki, czyli krew różnych zwierząt zamieszkujących bagna.

Na wielu stoiskach były też w klatkach okazy żywych istot zamieszkujących moczary. Z obserwacji Rodgara wynikało, że wampiry z chęcią by je nabyły, ale za taki luksus trzeba było jednak słono płacić. Niewiele tych istot było na to stać.

Tłum dla oddziału prowadzonego przez Wielkiego Referendarza rozchodził się na boki. Baitale bardzo skutecznie torowali drogę.

De Zuuw wydawało się, że wszystkie oczy wampirów zgromadzonych w tej sali kerowane są  na niego i Maktara, jak na świeże, pożądane przez mieszkańców tej piramidy, pożywienie. Czuł się z tą świadomością okropnie. Chciał jak najszybciej opuścić jego zdaniem to upiorne, nawet jak dla niego, miejsce.

Wreszcie dotarli do korytarza prowadzącego już bezpośrednio do dolnych poziomów piramidy, gdzie mieściło się więzienie.

Korytarz był wąski i kręty. Ostro opadał w dół. Musieli iść gęsiego. Wewnątrz panował półmrok rozświetlany pochodniami przymocowanymi do nierównych, kamiennych ścian. Po długim czasie dotarli do przewężenia, gdzie stała straż złożona z baitali. Za nią były drzwi, zapewne prowadzące bezpośrednio do celu ich wędrówki.

„Wreszcie” – pomyślał Rodgar.

Wielki Referendarz zamienił kilka zdań ze strażnikami, by po krótkiej chwili ruszyć i wejść do więzienia.

Oczom Rodgara ukazała się olbrzymia sala poprzedzielana celami, odgrodzonymi od siebie solidnymi kratami. W środku były łańcuchy, którymi zapewne przykuwano więźniów do ścian.

Na środku sali było podwyższenie, gdzie zapewne wykonywano wyroki śmierci przez ścięcie. Było ono dokonale widoczne dla wszystkich osadzonych.

Jednak oni ominęli zasadniczą część więzienia i skierowali się w niewidoczny na pierwszy rzut oka korytarz. Prowadził on jeszcze poziom niżej niż znajdowały się cele. Tam, jak później się okazało, znajdowały się koszary. W jednej z izb przetrzymywano Sinoe.

Rodgar wstrzymał na chwilę oddech ze zdenerwowania. Nie mógł jeszcze uwierzyć, że po tylu latach poszukiwań i pułapek, udało mu się wreszcie pochwycić tak pożądanego przez Imperatora wieszcza.

Zamknął oczy.

Zaskrzypiały drzwi.

Nagle z tego odrętwienia, jakie go dopadło ze zdenerwowania, wyrwał go znajomy głos Wielkiego Referendarza.

– Rodgarze, oto i twój więzień. W imieniu Kapituły przekazuję ci go, na chwałę Imperatora!

W tym właśnie momencie odważył się otworzyć oczy. Wreszcie zobaczył to o czym marzył tyle lat: tam przed nim, w oddali leżał na barłogu Niziołek. Ssał go właśnie jeden z baitali.

Głęboko odetchnął z wielką ulgą. Wreszcie dopadł go.

Rodgar de Zuuw z wielkim wzruszeniem zwrócił się do Wielkiego Referendarza:

– Panie w imieniu Imperatora, władcy Cesarstwa, przejmuję go. Na chwałę Imperatora!

Po tej obowiązkowej formułce zwrócił się do Maktara oraz baitali oddanych mu do dyspozycji.

– Skuj go i bierz go na nosze. Idziemy!

– Panie – Rodgar zwrócił się do arcywampira – proszę o osłonę z wampirzej mgły, jak tylko wyjdziemy z tej piramidy. Ruszajmy! 

 

***

 

Wkroczyli na targowisko we trójkę: Kelorn, Silvie i Darkar. Tak jak powiedział to wcześniej ich nowy druh, było to miejsc zatłoczone i gwarne, a to znaczyło, że ich szansa wtopienia się w tłum rośnie, a żaden z oddziałów baitali przemierzających to miejsce nie zwróci na nich szczególnej uwagi.

Nagle zrobił się rwetes wśród kupujących na targowisku. W kierunku z którego przybyli podążał duży oddział wampirów. Masa zgromadzonych w tym miejscu istot ciemności rozstąpiła się na boki, przepuszczając zbrojną formację ku wyjściu z sali.

Jednak, co najbardziej zwróciło uwagę Darkara w tym oddziale były jeszcze inne istoty. które nie były wampirami. Jedną z nich był murgr, a drugi wydawał mu się być znajomy i wywodził się z rasy ludzi.

Nie to było najważniejsze. W tym oddziale było coś, co bardziej przykuło jego uwagę. To był Sinoe niesiony na noszach przez baitale.

W pierwszej chwili chciał zaatakować i dać upust swojej wściekłości, ale zrozumiał, że tutaj nie mieli najmniejszych szans na odbicie schorowanego niziołka. Należało poczekać i udać się za tym oddziałem, by w odpowiednim momencie odbić druha. Ten plan wyadawał się być najbradziej rozsądny.

Wojownik Białej Gwiazdy dał sygnał towarzyszom, by ruszyli za nim. Postanowił, że uderzą w odpowiednim momencie.

Darkar był cierpliwy. 

 

***

 

Ervihtarze, czy wiesz czemu tutaj ciebie wezwałem? – zagaił Wielki Mistrz Gildii dowódcę swoich wojsk.

– Nie wiem, panie – odrzekł szczerze Ervithar. Było to dla niego olbrzymim zaskoczeniem, gdy dowódca gwardii przybocznej ich władcy, wezwał go do siebie na kolację. Wielkim zaskoczeniem było również to, że sam Wielki Mistrz przybył tutaj na Bagna Palonii do obozu archeologicznego. Nikogo wcześniej o tym zamiarze nie poinformowano, co ostatecznie mocno zaskoczyło wszystkich, którzy pracowali w tym miejscu tuż przy Opuszczonym Mieście.

– Wezwałem cię do siebie, bo chciałbym ci przybliżyć to, co jest ważne dla dalszego rozwoju potęgi naszej Gildii Handlowej i ku czemu zmierzamy w najbliższej przyszłości. Zawsze uważałem, zresztą tak starałem się rządzić, by ci, którzy są dla naszej organizacji kluczowi, wiedzieli z czego wynika strategia działania naszej organizacji. To działanie, mój drogi druhu, miało służyć jednemu celowi, byście sami identyfikowali się z naszą organizacją, a więc ostatecznie angażowali się w ten wielki i twórczy plan – recytował wręcz z wielkim przejęciem starzec, któremu wszyscy tutaj zgromadzeni byli ślepo posłuszni. Był to ten władca, który jako jedyny mógł zmierzyć się z Imperatorem i postawić mu veto w dalszych podbojach wolnych krajów ludzi, elfów, krasnoludów i innych istot światła. Był on jedyną ich ostoją i nadzieją na najbliższą przyszłość.

– Panie jestem wielce podbuwany tym, iż zaufałeś mi na tyle, by stwierdzić, iż jestem jedną z kluczowych istot w naszej organizacji. Dziękuję ci za to, że nagrodziłeś mnie swoim wielkim zaufaniem i względami na przyszłość.

– Tak Ervitharze, bez ciebie i twojej pomocy nasze plany mogą się nie udać.

– Jakie plany, panie?

– Plany pokonania Imperium i… – tutaj Wielki Mistrz zrobił efektowną pauzę – ... zbudowania na gruzach Cesarstwa nowego imperium. Doprowadzenia do tego, byśmy jako wiodąca siła tej nowej potęgi, wraz z innymi ludami oraz rasami w jednej unii i pod moim berłem żyli, jak to bywało dawno temu, w umiłowaniu pokoju.

– Czy mamy siłę i możliwości, by tego dokonać?

– Mamy! – głos władcy stał się cichy i przyjemny dla ucha wojownika. Łechtał go delikatnie i wdzierał się do jego umysłu, powodując zadowolenia słuchającego, że dostąpił zaszczytu być tak blisko aktu tworzenia nowego ładu tego świata.

– Czy nie jest to dla nas nazbyt ryzykowne? Przecież potęga Cesarza jest olbrzymia, jak mielibyśmy go pokonać, co zrobić, by odnieść sukces i zwycięstwo?

– Czy wiesz czemu tu jestem, teraz, w tej chwili?

– Nie mam pojęcia…

– A więc widzisz nie znalazłem się tutaj przypadkowo, nie przypadkowo również i ty tutaj jesteś z naszymi doborowymi jednostkami. Dowiodłeś swojej wierności w wielu zleconych i dobrze wykonanych zadaniach. Dlatego to ty, jako jeden z niewielu, dostąpisz zaszczytu wiedzy…

– Panie?

– Czy słyszałeś o Aron HaBrit?

– Myślę, że tak. Czy to nie ma czegoś wspólnego z przepowiednią Hironiusza i wampirami? Moja babka, gdy byłem jeszcze malcem, opowiadała mi legendę o tym, jak klątwą został obarczony ród, który nie uszanował swego boga i ściął Drzewo Przymierza. A ci, którzy zbezcześcili tą świętość, a także ich rodziny stali się strażnikami Aron HaBrit pod postacią potępionych nieumarłych, zwanych dziś wampirami. Są jedynym narzędziem mogącym zniszczyć Imperium Czarnego Pana… Ale nie ukrywam, że nigdy mnie ta klechda nie zainteresowała. Traktowałem to jak bajkę dla dzieci.

– Oczywiście mój drogi, nigdy nie sądziłeś, że w opowieści twojej babki jest zawarty cały sekret tego świata i jego przeszłych, a zarazem przyszłych losów. Skąd mogłeś wiedzieć, że w tej opowieści jest też recepta na ratunek naszego świata z rąk Imperatora i jego czarnych zagonów? Rzeknę ci w zaufaniu, że ta legenda to prawda, a Aron HaBrit istnieje. Jest ono tutaj i niedługo, może jeszcze dziś w nocy, a najpóźniej jutro nasi ludzie je odnajdą. Teraz już wiesz czemu tutaj jestem? Czego poszukujemy w tym przeklętym miejscu?

– Tak panie! Teraz wiem czemu tu jesteśmy i co tak naprawdę robimy. Nie ukrywam, że mnie to wiele razy zastanawiało, ale ja jestem tylko żołnierzem i wykonuję polecenia mojego władcy. Ale skoro panie wyjaśniasz mi swoje plany, czy mogę wiedzieć jeszcze jedną rzecz?

– Jaką to?

– W jakim celu potrzebujemy mesjasza?

– Ależ to jest mój drogi bardzo proste. To Mesjasz wskazuje tego, który pokona Cesarza oraz jest w stanie opanować moc Aron Habrit. Bez jego wieszczenia nikt nie uwierzy, że tym Mścicielem jestem ja: Wielki Mistrz Gildii. Wtedy przepowiednia o Mścicielu, który pokona Imperatora w wielkiej bitwie za pomocą artefaktu w oczach wielu koronowanych głów się spełni, a oni z wielką radością pokłonią się mi, by zostać moimi wiernymi poddanymi. Wtedy przyłączą się do mnie i pod moimi rozkazami pokonamy Czarnego Pana i jego Cesarstwo, a ja zostanę najwybitniejszym władcą w historii tego świata.

– Więc, panie, ty jako jedyny jesteś w stanie zapanować nad Aron HaBrit?

 – Tak, Ervitarze. Jedynym, który jest w stanie uruchomić narzędzie upadku Imperatora jest potomek arcykapłana, który rzucił klątwę na winnego ścięcia Drzewa Przymierza i jego zstępnych. A tym potomnym zgodnie z wynikami badań jestem ja! Dlatego to na mnie spoczywa odpowiedzialność za losy tego świata i to ja muszę odnaleźć Aron HaBrit. Mówię to tobie, mój druhu, po to byś był gotowy i wiedział, iż ciebie wyznaczyłem byś mi dopomógł w tworzeniu lepszego świata bez Czarnego Pana.

– A co z tymi, którzy tego nie będą w stanie zaakceptować?

– No cóż... – twarz Wielkiego Mistrza się wyraźnie zasępiła. – Wtedy będziesz musiał wyeliminować wątpiących. Pamiętaj, że musimy ponieść koszty, a są one nieuniknione.

– Panie oczywiście, że będę ci służył do kropli ostatniej krwi… – nie dokończył, gdy do namiotu wpadł żołnierz gwardii przybocznej.

– Panie, zostaliśmy zaatakowani!

– Kto się odważył? – warknął wściekle Wielki Mistrz.

– Wampiry panie, całe hordy wampirów!

 

***

 

Panie spójrz! Obóz Gildii płonie, błyskawice spadają i uderzają w ich obóz! – Maktar wskazał palcem w kierunku obozu Gildii.

– Zaczęło się! – Rodgar z radości aż uderzył się dłońmi się po udach. Na jego twarzy zagościł uśmiech.

De Zuuw dopiero teraz z całą pewnością mógł stwierdzić, że uwaga Gildii i jej ludzi zostanie skierowana w odpowiednim kierunku, ale na pewno nie w kierunku ich potajemnej ucieczki.

Widok, jaki mieli przed sobą rozciągał się daleko wokół piramidy, która była bramą do podziemnego królestwa wampirów w Opuszczonym Mieście. Mogli dostrzec, jak wszelkiej maści wampiry wściekle atakują obóz Gildii, a mgła powoli zaczyna zasnuwać widnokrąg od strony obwarowań. Ostatnie strzępy mlecznej zasłony spowiły szczelnie namioty. Można było jeszcze dostrzec tylko gryfy spieszące na ratunek pogrążonym w bitewnym chaosie ludziom Ervithara, a także olbrzymie stada kruków. Były to ptaki Imperatora. Ich siła tkwiła w ilości.

– Arcywampirze, proszę, stwórz nam zasłonę z waszej mgły – poprosił nadzwyczaj grzecznie Rodgar. Miał coraz lepszy humor i nastawiał się przyjaźnie nawet do tych przeklętych drapieżników, których nie cierpiał. Pomyślał sobie, że chyba jednak będzie zmuszony zmienić zdanie na ich temat. Imperator miał rację, że są one przydatne w pewnych sytuacjach.

Gdy wreszcie mgła spowiła szczyt piramidy i zaczęła schodzić coraz niżej po jej stopniach, Rodgar de Zuuw dał znak ręką, by kolumna ruszyła w stronę granicy z Cesarstwem.

Szpieg Czarnego Pana zdołał jeszcze wydać jedno polecenie do swojego poplecznika Mugra, by towarzyszył Sinoe oraz nie spuszczał z niego oka w trakcie całej wędrówki przez bagna, aż do granicy z Cesarstwem. Sinoe miał dotrzeć żywy przed oblicze Imperatora, a on dzięki temu miał uratować swoją głowę i uzyskać wdzięczność władcy.

Mimo rodzącej się sympatii do wampirów, nie ufał im do końca. Nie był w pełni pewien, czy im nie odbije, jak to określił w rozmowie Maktarem, i nie zechcą zasmakować świeżej krwi z istoty światła.

Kawalkada ruszyła w dół.

Na granicy z Opuszczonym Miastem czekały już na Rodgara oraz resztę oddziału jego zaufane estrie. Niebezpieczna gra, którą będzie prowadził aż do granicy z Cesarstwem rozpoczęła się. Ale asa w rękawie miał przecież on.

Był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.

***

Darkar ze swoją drużyną stanęli u podstawy piramidy. Wokół nie można było nic dostrzec, wszystko spowijała mgła.

W trakcie narady na śmietnisku Kelorn, ku ich wielkiemu zaskoczeniu, zaproponował, że będzie kontynuował z nimi swój dalszy marsz, chociaż oni zwrócili mu wolność i zgodnie z umową oszczędzili życie. On jednak uparł się, że jest winny im rekompensatę za ocalenie z rąk oprawców. Poprosił tylko o jedno: by zdjąć mu tę metalową obrożę z szyi. Okazało się, że ten kawałek metalu powodował zanik umięjętnoci Kelorna, takich jak polimorfia czy umiejętność wyczuwania śladu cieplnego istot ciepłokrwistych. Ta ostatnia okazała się wybawieniem. Dzięki temu wiedzieli znakomicie w jakim kierunku podążała kawalkada wampirów i wysłanników Czarnego Pana. Ślad był tak świeży, że Kelorn bez trudu ich odnalazł.

Plan działania nakreślony przez Darkara był bardzo prosty. W odpowiednim momencie zaatakować i odbić Sinoe. Jednak w tym rozumowaniu był jeden szkopuł. Ryzyko, którego nie był w stanie określić na podstawie zwiadu wykonanego na targowisku. Nie wiedzieli do końca w jakim stanie zdrowia jest niziołek. Jedynie, co mogli stwierdzić to tylko tyle, że jest bardzo osłabiony. A to mogło być dla nich wielkim problemem. Należało znaleźć jakieś rozsądne rozwiązanie…

 

***

 

Ervithar spojrzał z pobliskiego wzgórza na zgliszcza, nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia, że nie obronił obozu wraz ze swoimi oddziałami przed niespodziewanym atakiem. Żal miał do siebie jedynie o to, że nie udało mu się, pomimo rozpaczliwych prób utrzymać i obronić obozu, co spowodowało tak wiele ofiar. To miejsce wykopalisk stało się grobem dla wielu jego współtowarzyszy oraz naukowców. Niestety, taka była cena za marzenia Wielkiego Mistrza, by zdobyć Aron Habrit. 

 Kiedy zorientował się, że nie mają najmniejszych szans w walce z drapieżnikami został zmuszony do podjęcia jedynej słusznej w jego mniemaniu, decyzji – ucieczki. Duży wpływ na jego rozkazy miała dodatkowo bytność Wielkiego Mistrza oraz to, że ich władca został poważnie ranny w tym szturmie. A na jego śmierć nie mógł sobie pozwolić w żadnym wypadku. Gildia Kupiecka nigdy by mu tego nie wybaczyła. Zresztą był żołnierzem i lojalność do czegoś zobowiązywała. Dlatego, gdy walka ostatecznie wydawała się przegrana nakazał swoim gnomom odnaleźć bezpieczną drogę odwrotu.

Gdy jego ludzie wrócili z rozpoznania dał rozkaz gnomem i ocalałym wojownikm do wymarszu wraz z rannym Wielkim Mistrzem.

Marzenie o Aron HaBrit musiało poczekać. To nie był jeszcze czas.

Ten miał nadejść już niedługo, ale nie za sprawą Wielkiego Mistrza, ale innego wybrańca – namaszczonego przez przeznaczenie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział VI Darkar

  To nowy mściciel przybył, By bronić waszych praw  – Istoty światła, To nowy mściciel przybył, By mesjasz w pokoju mógł Odejść da...