Seechiasz wreszcie dotarł do miejsca, gdzie udało mu się odnaleźć ślad tego, którego ścigał: Darkara. Niestety, Mściciel umknął mu.
Spóźnił się. Gdy tam był wyczuł jego aurę. Zastał tylko pustelnika, kóry nie spodziewał się nowego gościa. W pierwszej chwili był wściekły, mial ochotę wyrżnąc i wytępić całe to plugawe robactwo, ale poza starcem, którego zastał nie było już nikogo. Jednak zdołał, zanim starzec wyzionął ducha, wydębić z niego to, czego potrzebował. Wiedział już, gdzie jest Mściciel.
Stał pośród
ruin. Wszystko wokół płonęło. Czerwone i pomarańczowe jęzory sięgały, tak mogło
się w pierwszej chwili wydawać, nieba. Ponad nimi unosiły się kłęby wręcz czarnego dymu. Powietrze od gorąca
drgało, jakby w rytm jakieś skocznej muzyki.
Cała panorama płonącego miasta przyprawiała go o dreszcze. Widać było, że zło w tym świecie zagościło na dobre.
Wskoczył na mur.
Ceglany mur wznosił się na wysokość pierwszego piętra kamienicy. Był częścią tego, co z niej zostało. Jego płaszcz falował w rytm tańczących ponuro jęzorów ognia. Patrzył przed siebie i oglądał panoramę zarzynanego miasta.
Wreszcie odnalazł to, czego szukał. By móc wyśledzić swoją ofiarę musiał posiąść istotę zamieszkującą ten świat. Wydało mu się, że ta osoba, która zwrócila jego uwagę będzie odpowiednia. Jeśli nie, wtedy posiądzie inną ofiarę. Wreszcie trafi do takiej, która doprowadzi go do poszukiwanego przez Czarnego Pana Mściciela.
Seechiasz
ostatecznie podjął decyzję. Owa istota nawet nie wiedziała, że ktoś właśnie posiadł
jej duszę i ciało.
– Oberscharführer
czytałem wasze zeznania o zdarzeniach jakie miały miejsce w szpitalu. – stwierdził, zaciągając się
dymem z papierosów SS-Sturmbannführer Johenn Sholl. – Czy nadal
podtrzymujecie te sensacyjne, niemożliwe, może lepszym słowem byłoby, nie
realne, tak, nie realne wyjaśnienia. Wiecie co, żołnierzu, ja tak sobie myślę,
że byliście tam wszyscy albo tak pijani, albo tak naćpani, albo jedno i drugie… – tutaj
zrobił efektowną pauzę – ... żeście sami się
pozabijali nawzajem. Nie widzę innego wyjścia. Powiedzcie prawdę!
– Nie, to nie
są prawdą te pańskie insynuacje. My się broniliśmy przed atakiem wroga.
– Jakiego
wroga?
– Polskich
bandytów, z jakiegoś specjalnego oddziału, uzbrojonego w nieznaną nam broń i wyszkolonych... Byli, jak duchy!
– Czy możecie
jeszcze raz powtórzyć swoje zeznania i opowiedzieć nam powtórnie, co tam się zdarzyło?
Hannes Runge nabrał głeboko w płuca powietrze. Odczekał chwilę, jakby na nowo przypominał sobie tamten feralny dzień. Po chwili z głębokim westchnieniem i drżącym głosem rozpoczął swoją opowieść.
–
Przygotowywaliśmy się do zlikwidowania wskazanych celów przez dowódcę, gdy…
W sali
chorych, zajętego przez oddziały hitlerowskie szpitala powstańczego, był
rozgardiasz i zamęt wręcz nie do opisania. Nad tym wszystkim nikt nie był w stanie zapanować włącznie z niemieckimi podoficerami. W izbie chorych
panowały niepodzielnie: podniesione głosy wzburzonych rannych żołnierzy
niemieckich, którzy byli leczeni przez Polaków, jęki cierpiących z bólu
polskich jeńców i krzyki gwałconych sanitariuszek.
Nikt z tam obecnych, a zwłaszcza grupa nazistowskich oprawców, która przygotowywała się do wyrżnięcia rannych powstańców oraz zabawiała się z wziętymi siłą kobietami z białego personelu nie mógł spodziewać się wydarzeń, jakie miały niespodziewanie nastąpić. Tym bardziej, że zaraz po zdobyciu lazaretu prawie wszyscy zdobywcy rzucili się na cały zapas spirytusu, który znajdował się na stanie szpitala i po chwili atmosfera była dość luźna.
Byli pijani. Cholernie nawaleni.
Ten stan upojenia alkoholowego w żaden sposób nie zakłócił ich przygotowań do tej bardzo szczególnej chwili, jakim było wymordowanie ich wrogów. Gdy wreszcie poczuli, że są już odpowiednio nastrojeni do wykonania swojej misji dziejowej: mordowania bezbronnych, poczęli żwawiej się poruszać, by móc w miarę szybko wykonać wzorowo rozkazy przełożonych i mieć czas na zasłużony odpoczynek. Każdy z ochotników zaopatrzył się w bagnet lub mausera. Za pomocą tej broni, bo kul im było szkoda, rozpoczęli akt eksterminacji bezbronnych i rannych podludzi. Ranni niemieccy bracia oprawców, będący przymusowymi pacjentami, a zarazem świadkami całego zajścia, zaczęli krzyczeć, by pijani żołdacy oszczędzili rannych Polaków tak samo, jak oni sami zostali oszczędzeni. Zamiast ich wymordować, zaopiekowano się nimi w tym lazarecie i podzielono się ostatnimi medykamentami, będącymi na stanie tego powstańczego szpitala.
Oprawcy tego nie chcieli ani słuchac, ani zrozumieć. Dla nich te prośby rannych towarzyszy były tylko i wyłącznie oznaką słabości i zdrady.
Robili swoje. Takie mieli rozkazy.
Zapewne dokonaliby dzieła, gdyby nie rozegrało się nieoczekiwane zdarzenie.
Obcy pojawił się nie wiadomo skąd, jak duch. Wysoki, czarnowłosy w mundurze niemieckiego grenadiera z opaską biało - czerwoną na prawym ramieniu. Przy pasie dyndał mu pistolet i polska szabla. Jak miała pokazać najbliższa przyszłość broń palna nie była najgroźniejsza w jego arsenale. Stał w mroku na środku olbrzymiej izby chorych, rozświetlonej lampami naftowymi. Kaci byli tak zajęci swoją robotą, że początkowo nikt z nich nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Hitlerowscy mordercy czuli się tutaj bezpiecznie i bezkarnie. W ich mniemaniu nikt obcy, a zwłaszcza wróg, nie mógł się pojawić w miejscu opanowanym przez tak liczne oddziały niemieckie. A jednak...
Największe zdziwienie w wyglądzie niespodziewanego gościa wzbudzała szabla dyndająca u jego boku. Na tych którzy go wreszcie dojrzeli i również rannych wywarło to olbrzymie wrażenie. Zapadła głęboka cisza.
Ta cisza, która była nienaturalna dla tego miejsca, stała się dla oprawców niepokojąca. Zdezorientowani na chwilę zaprzestali mordu. Wielu z nich zaczęło się gorączkowo rozglądać wokół, szukając przyczyny tego stanu rzeczy.
A on stał. Stał niewzruszony. Pewny siebie.
– I co fajnie, kurwa, się czujecie? Tak, jakoś wam lepiej, gdy zabijacie bezbronnych! Ależ bohaterowie! – rzucił jakby mimochodem, z obojętnością obcy w stronę morderców. Na jego twarzy zagościł szyderczy uśmiech.
– Coś ty za jeden? – pytaniem na pytanie odpowiedział jeden z katów lazaretu. Głos mu się przy tym okropnie plątał.
– A jakie dla ciebie ma to znaczenie skurwielu? Jestem twoim przeznaczeniem! – pokazał na adwersarza palcem Darkar.
– Ja? – rozejrzał się wokół rozbawiony Niemiec. – Czy aby na pewno? A może to jednak ty za chwilę dołączysz do swoich rodaków... Zastrzelcie tego bandytę! – rozkazał głosem nie znoszącym sprzeciwu do swoich kamratów.
To były jednak ostatnie słowa wypowiedziane przez kata. Dzieliła go tylko krótka chwila od unicestwienia przez istotę, jakiej nie mogli w tym świecie się spodziewać.
Potem wykonał
następny symbol ofensywny se’ara. Prawą ręką zrobił ruch na zewnątrz.
Natychmiast pozostali jeszcze przy życiu kaci ludzie w tym pomieszczeniu zostali z brutalną, niewidzialną siłą rzuceni do tyłu. Zgineli na miejscu.
Darkar po tym
ataku ruszył do przodu. Jego ruchy były niewyobrażalnie szybkie. Żaden z rannych nie był w stanie ich dostrzec. Gdy stanął, by się rozejrzeć w poszukiwaniu celu z drugiego końca sali
niespodziewanie padły strzały. Nie byli w stanie go trafić.
A to był ich
wielki błąd.
Darkar z
szablą w dłoni pojawił się przed nimi niespodziewanie. Chwilę wcześniej był na drugim końcu pomieszczenia. Obie jego ofiary nie zdążyły nawet zdać sobie
z tego sprawy, że Darkar stoi koło nich. Atakujący nie zastanawiając się dwoma krótkimi cięciami od góry z boczną rotacją zarżnął
strzelających do niego żołdaków. Trysneła krew z ich ciał.
Wszyscy
przebywający w tej sali hitlerowscy oprawcy zostali unieszkodliwieni. Jednak z
całą pewnością nie był to koniec walki. Na korytarzach lazaretu bowiem trwało
zamieszanie i chaos wywołany zdarzeniami sprzed chwili. Zdezorientowani Niemcy
nawoływali się nawzajem, by zebrać siły przed dwoma wejściami na salę chorych.
Ukrył się w
rogu sali w miejscu okrytym zasłoną półmroku.
Wreszcie do
izby wpadli oczekiwani od dłuższego czasu przez Darkara naziści przez obydwa
wejścia, jakie prowadziły do tej sali z automatami gotowymi do strzału. Nerwowo
rozglądali się wokół szukając swojego wroga. Nie byli w stanie go dostrzec, ukrytego w mroku. To była tylko chwila. To jednak wystarczyło, by niedostrzeżony przez nich
powstaniec spadł na nich, jak jastrząb na upatrzoną
z wysokości mysz. Nie namyślając się długo pierwszego z wrogów ciął
krótko przez twarz, ten zalewając się krwią padł na posadzkę i wzbudził pośród pozostałych zamęt.
Nikt bowiem z nazistów nie wiedział skąd przyszedł atak.
Następnie
powstaniec zrobił krok do tyłu, czym przygotował się do następnego natarcia.
Gdy go wykonał, przesunął się gładko do przodu i zabił
następnego z nazistów.
Pierwsza grupa
uderzeniowa właśnie przestała istnieć. A podłogę zasłały zwłoki. Na mające
nastąpić uderzenie czekała grupa numer dwa.
SS-Oberscharführer Hannes Runge stał tuż za swoimi chłopcami z drugiej drużyny. Z niedowierzaniem obserwował, co się dzieje na sali chorych. Nie mógł wyjść z podziwu ilu z jego ludzi do tej pory poniosło śmierć w wyniku ataku, ale właściwie czyjego ataku? Kto ich wybijal do nogi? – kłębiły się myśli po głowie zdezorientowanego dowódcy oddziału. – Jego ludzie ginęli, ale któż z nich widział przeciwnika? Nikt! – natychamist sobie odpowiedział.
Runge był pełen nie skrywanego uwielbienia dla ich przeciwnika. Odnosił też nieodparte wrażenie, że jego kamraci
byli spięci i jakby przerażeni tym, co ich w tej chwili spotyka. Perspektywa walki z czymś wyimaginowanym, nierzeczywistym była przerażająca i wzbudzała lęk. Jak
można bowiem walczyć z duchem?
Jego rozmyślania przerwała kanonada z broni ręcznej członków grupy uderzeniowej numer dwa w kierunku wroga. Były to salwy, jak chwilę później się okazało, na oślep. Wreszcie ktoś dostrzegł ducha. Było jednak za późno. Nim duża część żołnierzy z drugiego oddziału zorientowała się, że to jest on, została wybita.
Ci, którzy nadal pozostawali przy życiu byli przerażeni. Za bardzo nie wiedzieli z kim lub czym mają walczy. Zadawali sobie pytanie: jak walczyć z czymś, czego nie ma lub jest absolutnie nieuchwytne dla zwykłego człowieka z krwi i kości. Bali się.
Biorąc
pod uwagę tempo w jakim te wydarzenia następowały po sobie nie mieli zbyt wiele
czasu. Nim zdażył się dowódca oddziału drugiego zastanowić, co mają robić, jak atakować, duch pojawił się tuż przy nim, przy okazji zabijając pozostałych przy życiu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz