Początek
I nadejdzie ten dzień,
Dzień w którym Ci wszyscy winni
Dostaną szansę odkupienia za swoje grzechy ,
Bo niziołek natchnie ich nową nadzieją,
W dniu spadających gwiazd, roku pewnego,
Narodzony w samotności i skazany przez zło na śmierć,
A brat bliźniak z matki i ojca innego
Narodzi się, by odzyskać ten świat utracony,
I opłacze niziołka brata swego,
W niemocy spowity, przy skale u krańca świata - uratowanego!
Była noc. Chmury zakrywały niebo, a wiatr
dostojnie przesuwał je po nieboskłonie. Tworzyły szczelną barierę dla
migocących gwiazd i srebrnej poświaty księżyca. Nie było nic widać, taka wokół
niego była ciemnica. Jednak ten naturalny rytm przyrody coś zakłócało. Można
było wyczuć jakieś dziwne napięcie, które z każdą upływającą chwilą gwałtownie
narastało zwłaszcza w tym upiornym miejscu.
Po wielokroć widział tę właśnie scenę w swoich snach.
Kiedyś, jako młody chłopiec, bał się tego upiornego lasu, bał się tej
wszechobecnej ciemności, która go wokół osaczała. Nie wiedział, co nastąpi
dalej w tym dziwnym, niekończącym się koszmarze, bo ten majak ni to będący na
jawie, ni to będący urojeniem w jego głowie nigdy nie miał swojego końca.
Urywał się zawsze w tym samym momencie. A wtedy on budził się cały
zlany potem ze strachu. Niejednokrotnie więc nachodziła go myśl, że w końcu
będzie musiał poznać finał tego sennego omamu. Czuł całe swoje dotychczasowe
życie, tak podświadomie, że ów koszmar kiedyś nabierze rzeczywistych kształtów,
właśnie tutaj, w realnym świecie, a on zostanie głównym aktorem tej
przerażającej sztuki. Jedynie czego nie mógł znać to czasu i dokładnego miejsca
tego przedstawienia.
Przeczuwał, przedzierając się przez odmęty dzikiego
lasu, że właśnie dzisiaj nastanie ta wielka chwila. Cieszył się na myśl o tym,
iż wreszcie pozna zakończenie tej przerażającej mary, która prześladowała go co
dzień od kiedy tylko pamiętał. Był całkowicie gotów na występ w tym szczególnym
dla jego życia przedstawieniu. Miał jedną nadzieję, że w końcu doświadczy
tajemnicy poznania owego finału.
Zewsząd otaczały go bagna. Lepkie macki mgły delikatnie otuliły Darkara tak, jak czyni to kochająca kobieta. Przedzierając się przez knieje zdawał sobie sprawę z tego, że żadna rozsądnie myśląca istota światła na tym świecie nigdy, a zwłaszcza nocą, nie odważyłaby się zapuścić w to odludne a także przerażające miejsce. Dlatego był bardzo ostrożny w swoich poczynaniach. Bagna, po których podróżował, roiły się od wielu nieprzyjaźnie nastawionych oraz nad wyraz groźnych bestii, które tylko czekały na to, żeby pożreć nieostrożnego wędrowca. Zła sława tych okolic nie brała się z niczego. Okoliczni mieszkańcy opowiadali o tym, iż wielu pośród śmiałków, którzy zapuścili się w te okolice nawet za dnia, nigdy więcej nie wróciło. Mieszkańcy żyjący, tuż przy moczarach, wielokrotnie opowiadali, iż widywali w oddali duchy tych, którzy już na wieczność zostali na tym grzęzawisku. Najczęściej można było ich spotkać, gdy nocne niebo rozświetlała pełnia księżyca. Autochtoni w takich chwilach modlili się za tych bezimiennych biedaków.
Jednak on tutaj przybył bez względu na wszystko, gnany chęcią poznania swego przeznaczenia zaklętego w sen, który powtarzał się dzień po dniu. Darkar nie czuł strachu przed tym nieprzyjaznym miejscem. Wielu z tych, którzy go dobrze znali, twierdziło, iż ten wojownik nie bał się nikogo i niczego. Wynikało to z prostej arytmetyki, jaką mu po wielu latach szkoleń wbito do głowy, iż wszystko, co jest w stanie ukatrupić ciebie, jest na tyle żywe, by móc to, cokolwiek by to nie było, zgładzić lub skutecznie unieszkodliwić. Sam siebie uważał za bestię, która chłodno i bezceremonialnie zabijała lub usuwała tych, którzy mieli pecha i stanęli na drodze jego zleceniodawców. Wielu miało pecha się o tym przekonać. Tej wyprawy podjął się tylko i wyłącznie dla siebie samego. Miał wewnętrzny przymus, by rozwiązać zagadkę natrętnego snu.
Przedzierając się, czuł w
każdej komórce swojego ciała wszechobecne napięcie, znane każdemu wojownikowi
spodziewającemu się walki. Uwielbiał te emocje, to podniecenie, które dawało mu tyle
energii. Stan podekscytowania wyczulało jego zmysły.
Zastygł na krótką chwilę w bezruchu. Nadstawił uszu.
Nie musiał czekać zbyt długo. Po chwili usłyszał jakiś szmer dobiegający go z
prawej strony. Ptactwo, które o tej porze gwałtownie zerwało się z okolicznych
drzew, potwierdziło jego przypuszczenia, że coś lub ktoś czai się
niedaleko. Był
przygotowany na każdą ewentualność. Mięśnie na szyi i twarzy mu stężały, serce
przyśpieszyło swój rytm, a krew poczęła żwawiej krążyć, by dostarczyć dodatkową
porcję tlenu do organizmu gotowego na niespodziewany atak. Nasłuchiwał i
wpatrywał się w ciemność. Oszczędnym ruchem dotknął rękojeści swojej szabli.
Był gotów.
Czekał. Pewien, że prędzej czy później z tej
przeraźliwej ciszy wokół niego wychwyci jakiś pojedynczy dźwięk, który wskaże
mu kierunek, w jakim powinien pójść. Nie czekał długo. Ponownie
usłyszał ten sam odgłos, który dobiegł go z prawej strony. Chwycił
energicznie za szablę, przytroczoną do pasa. Takie umiejscowienie
pochwy szabli dawało mu swobodę ruchu.
Bezszelestnie ruszył. Obrał azymut na dochodzące go z
oddali dźwięki. Nie uszedł stu kroków, gdy mógł już odróżnić gwar wesołej
rozmowy. Poruszał się przy tym, jak duch: tak zwinnie i tak cicho. Miał umazaną
czernidłem twarz. Maskowanie skutecznie utrudniało na tle lasu dostrzeżenie
jego sylwetki. Stał się niewidzialny.
Dobiegające go hałasy wraz z przebytą drogą były coraz
wyraźniejsze. Przeczuwał, że jest już blisko celu swojej wędrówki. Mógł już
wyraźnie usłyszeć, a zarazem bez problemu odróżnić, poszczególne głosy. Ku
swemu zaskoczeniu, bo akurat nocą na bagnach
nie tego mógł się spodziewać, rozpoznał, z całą
pewnością, ludzką mowę. Tuż przy nim, zza czarnej w mroku nocy, pośród której
wypatrzył ciemniejszy kontur ściany roślinności, pomiędzy gałęziami, ledwie
dostrzegalnie, sączyła się poświata z rozpalonego ogniska.
Zatrzymał się na chwilę. Tak, jak go szkolono, rozpoczął przygotowania do ewentualnej walki. Potrzebował chwili, by osiągnąć
odpowiedni stan ducha, który pozwolił mu się zjednoczyć ze swoją bronią, a także otaczającą
go naturą. To zespolenie czyniło z niego śmiertelnie skutecznego wojownika. Gdy był gotów mógł wykorzystać do walki swoje zmysły w sposób nie osiągalny dla zwykłego śmiertelnika. Jego wzroku i słuchu nie był w stanie rozproczyć fałszywy obraz
wykonywanych przez przeciwnika uników lub balansu ciałem.
Po chwili był już gotów.
Ruszył.
***
To była wyspa na mokradłach, które ją otaczały. Ostrów miał złą sławę wśród okolicznych
mieszkańców. Jednak dla różnej maści banitów oraz awanturników zła reputacja
kępy pośród morza nieprzebytej natury nie miała większego znaczenia. Dzięki
temu wszelkiej maści zbiry mogły
na jakiś czas zniknąć z oczu podążającej ich śladem pogoni. Cywilizacja nie miała żadnej władzy nad
bagnem. Tutaj obowiązywała prosta zasada przetrwania: kto silniejszy ten
rządzi. Ta świadomosć dawała im poczucie bezpieczeństwa oraz
bezkarności za popełnione przewiny, bo nikt o zdrowych zmysłach nie
nie miałby odwagi tutaj zapuścić w ich poszukiwaniu. Dlatego uważano, całkiem słusznie, że nikt nie jest w stanie przetrwać w tym niegościnnym miejscu. I tak było, ale zdarzały się wyjątki, które potwierdzaja regułę.
Tak samo było z nimi: czterema banitami, siedzącymi
tuż przy ledwo tlącym się ognisku. Nie wyglądali nazbyt sympatycznie zwłaszcza
z oczami przekrwionymi od taniego wina i opuchlizną na gębie od długotrwałego
chlania w trupa. Cóż tu bowiem innego można było robić? Sprawiali wrażenie
istot o odpychającej, a zarazem prymitywnej aparycji. Lica na pierwszy rzut oka
mieli zmęczone oraz poorane licznymi bliznami. To były ich pamiątki po karczemnych bójkach. Tak było aż
do teraz.
Tym razem mieli do wykonania misję, która miała im dać niewyobrażalne bogactwo. Zapłata za wykonanie tego zadania powinna starczyć im nie tylko na proste, samcze chlanie na umór, ale też i na dziewki, i na dostatnie, w ich mniemaniu, życie. Okazało się, że się mylili w ocenie. Od samego początku zobowiązanie, jakiego ostatnio się podjęli, sprawiało im wiele problemów oraz trosk, których nie byli w stanie przewidzieć. Z czasem wszystko tak się pokomplikowało, że doszli do jednego właściwego wniosku: ta misja na pewno nie będzie tak łatwa i przyjemna, jak się tego w pierwszej chwili spodziewali.
Gdy niespodziewanie w jednej z wiejskich
karczm otrzymali przedziwne zlecenie, żeby pojmać, a następnie doprowadzić
niziołka do miasta Nadal, nie mogli uwierzyć w swoją fortunę. Zleceniodawca za
wykonanie tej przysługi zaproponował im bardzo godziwe wynagrodzenie. Zresztą to
nawet nie można było nazwać dobrą zapłatą, oni mieli otrzymać majątek za swoją
jednorazową usługę. Gdy przybili targu nie mogli się nadziwić swojemu szczęściu i głupocie zlecającego. Jednak nauczeni dotychczasowym doświadczeniem nie zadawali zbędnych pytań. Mniej wiesz dłużej żyjesz.
Zawartość
sakiewki, butne zachowanie i wyższość z jaką zachowywał się zlecający w
stosunku do bandytów, zwanych bandą Garetha, mogły wskazywać tylko jednego
zainteresowanego pochwyceniem niziołka – Imperatorem Cesarstwa. Zdarzyło im się w
dotychczasowej karierze awanturników kilkakrotnie pracować dla Cesarstwa. Ci, którzy byli zbyt ciekawscy płacili wysoką cenę – tracili życie. Nawet takie zbiry jak oni, zaprawieni
w bojach najemnicy, bali się Imperatora, jak diabeł święconej wody.
Pomimo zachowania pełnej ostrożności w kontaktach z
emisariuszem Czarnego Pana, całkiem niedawno, spotkała ich przykra
niespodzianka. Okazało się, że plany władcy Cesarstwa nie do końca były zbieżne z
ich oczekiwaniami. Zamiast wdzięczności oraz obiecanej zapłaty za wykonaną
pracę o mało nie zostali zaszlachtowani przez siepaczy, nasłanych przez zleceniodawcę.
Co prawda z zastawionej zasadzki udało im się
szczęśliwie zbiec, a po kilku dniach kluczenia jakimś cudem przedarli się na
bagna Palonii. W smrodzie gnijących roślin, pośród chmar gryzących komarów powoli do ich
świadomości docierało to, że jeśli nie znajdą rozwiązania, to mogą
czuć się tak, jakby byli już martwi. Tym bardziej, że dotarły do nich z pewnego
źródła wieści, że ludzie Imperatora szukają ich wszędzie. Podobno uparli się
jak diabli. Przeszukują każdą norę oraz każdą dziurę w okolicy Nadal. Jedynie
tutaj, w tak beznadziejnej sytuacji, mogą czuć się jeszcze w miarę bezpiecznie, jednak do czasu. Jednego mogli być pewni, że Czarny Pan nie wybacza nikomu doznanych
zniewag, a takową zapewne było to, co uczynili.
Cała ta popaprana sytuacja miała miejsce około pięć
dni temu w Nadal, tuż przy granicy Kaldrland i Bagien Palonii. Tam umówili
się na przekazanie więźnia ludziom Imperatora. Plan ich
działania był nadzwyczaj prosty: odebrać to, co im należne, a potem zniknąć na
jakiś czas z widoku. Nie przewidzieli jednak tego, że Imperator miał w stosunku do nich
całkowicie inne plany. Z jego perspektywy ich dalsze życie było obarczone zbyt
dużym ryzykiem. A to już było olbrzymie
zagrożenie dla interesów tego potężnego Cesarstwa.
Uratowała ich jednak ostrożność, a także bandyckie
doświadczenie. Nikomu nie ufali, teraz ta zasada zdała egzamin. Miejsce, które wybrali na
niebezpieczne spotkanie z zausznikami Imperatora było im znakomicie znane. Była
to stara wieś na granicy miasta i rzeki Vikty. Jej zapomnianej nazwy, nawet spośród najstarszych z żyjących w pobliżu gospodarzy, nie
mógł sobie żaden za cholerę przypomnieć. Cechą szczególną w położeniu tego
sioła było to, że do wsi prowadziło kilka skrytych dróg. Znali je tylko stali „bywalcy” tego
przeklętego miejsca. A prócz tych sekretnych tras do sadyby prowadził główny
trakt z Nadal, który wił się wzdłuż bagien do granicy.
Ta osada stała opuszczona juz wiele lat. Okoliczni
mieszkańcy opowiadali, ciekawskim przybyszom spoza grodu, że pewnej nocy do wsi
zakradły się szkarady z pobliskich bagien, ale nikt tego faktu nie mógł być do końca pewien.
Powtarzano, że podobno naszły to sioło
głęboką nocą, podczas przesilenia jesiennego, gdy noce były tak ciemne i pełne
mgieł, iż nie można było nic dostrzec na wyciągnięcie ręki.
Inni znów bajali o istotach światła, które tam
zamieszkiwały, a zostały w przerażający sposób, i w tym momencie opowieści
zawsze gawędziarz musiał się pomodlić, wymordowane przez wampiry. Wszyscy
słuchacze zazwyczaj dziwili się temu, jak to możliwe, że nikt nie zbiegł z
zaatakowanej podstępnie osady. Na to też istniała odpowiedź – potwory z piekła
rodem użyły podczas swojego ataku wampirzej mgły. A to oznaczało, że nikt nie
był w stanie przeżyć zagrożenia, ponieważ wszyscy zostali uśpieni przez
podstępne potwory.
Pomimo tak
wielu podań o tym, co kiedyś zaszło w tej miejscowości, nikt do końca nie znał
przyczyny ataku na osadę. Niedaleko od niej
leżało Nadal. Z murów miasta straż nocą widziała zabudowania tej wsi.
Wszyscy próbowali domyślać się powodów napaści. Niektórzy z lepiej
poinformowanych, takie przynajmniej sprawiali wrażenie, opowiadaczy twierdziło,
że jakiś odważny młodzieniec zamieszkały w tej sadybie porwał księżniczkę,
córkę księcia ciemności. Podobno obydwoje pokochali siebie z wzajemnością i
chcieli ze sobą żyć wbrew wszelkim zakazom. Gdy ich uczucie wyszło na jaw oboje
uciekli gdzieś, hen daleko. A władca bagien wyrżnął tą wieś, bo chciał dokonać
zemsty. Inni znów twierdzili, że mieszkańcy oddawali cześć bogu ciemności, co
sprowadziło na nich ten wielki dramat. Niezależnie od wersji przedstawianego
wydarzenia od niepamiętnych czasów nikt więcej nie
osiadł w tym miejscu w obawie przez potworami z bagien. Atmosferę wokół
zgliszczy zagęściły jeszcze opowieści, że nocami tam straszy lub zamieszkuje je
nadal zło, a tych, którzy zaryzykowali i tam się zapuścili, czy to dlatego, że
nocą pobłądzili czy z innych powodów, zostali nazajutrz odnalezieni martwi. Od tamtej pory nikt przy zdrowych zmysłach nie
miał ochoty odwiedzać tego miejsca zwłaszcza nocą. No chyba, iż miał szczególne
powody, by ryzykować życiem lub tym, iż postrada rozum. Byli jednak tacy,
którzy sami będąc wcielonym złem nie bali się go. Łotry spod ciemnej gwiazdy,
bo o nich mowa, wręcz pożądali, by wokół tego miejsca tak doświadczonego
nieszczęściem unosiła się aura strachu. Ona gwarantowała prowadzanie im
szemranych interesów w całkowitej
tajemnicy. Te dwa powody zadecydowały o wyborze miejsca spotkania z
wysłannikami Czarnego Pana i bandą
Garetha.
Jak się później okazało porywacze znaleźli się w
zasadzce. Imperator bowiem nie zamierzał się wywiązać ze swojego zobowiązania
wobec nich. W umówione miejsce przybyli w miarę szybko. Pierwsza faza spotkania przebiegała bez żadnych utrudnień. Przyjazna
atmosfera, a także brak oznak zagrożenia ze strony ludzi zleceniodawcy uśpiły
ich czujność. Gdy mieli już odebrać zapłatę od posłańca zostali bez pardonu
zaatakowani. Uratowała ich tylko przytomność umysłu herszta bandytów niejakiego
Garetha. W wyniku krótkiej walki porwali, jako zakładnika, oficera wywiadu
Imperatora. To zdarzenie na moment wytrąciło z rytmu przeciwników i pozwoliło
im się wyrwać z okropnej matni.
Na szczęście przed spotkaniem z emisariuszami Czarnego Pana ukryli niziołka. Zostawili porwanego w bezpiecznym miejscu. Kiedy do końca ochłonęli z emocji postanowili ulotnić się na jakiś czas z widoku Czarnego Pana i przeczekać, gdzieś w bezpiecznym miejscu, najgorętszy okres pościgu.
Zanim ulotnili się z Nadal i Kaldrland, zwrócili się
do pewnego karczmarza, współpracujacego Gildią
Kupiecką z ofertą nie do odrzucenia. Zaproponowali tej potężnej organizacji
za pośrednictwem jej agenta, że są skłonni, za stosowną opłatą, odstąpić
niziołka. Byli pewni zainteresowania transakcją. Każdy kto choć trochę znał
stosunki polityczne tego świata musiał wiedzieć, że to czego pożądał Imperator
jest również pożądane przez Gildię. Nie chcieli się mylić. W ostateczności,
gdyby ich przypuszczenia okazały się chybione, no cóż, zarżnęliby niziołka na
bagnach i tyle.
Na wyspę na moczarach przedzierali się z więźniem
kilka dni i nocy.
– I co teraz? – zapytał się najwyższy z nich,
siedzący najbliżej tlącego się ogniska. – I co teraz będzie? – powtórzył
pytanie pociągając spory haust samogonu z gliniaka.
– A co ma być, nic nie będzie. Przecież, już ci to
mówiłem, ty durniu, czekamy na pośrednika. Jak wam tłumaczyłem – splunął do
ogniska zieloną flegmą na widok której się skrzywił – nie tylko Imperator jest
zainteresowany tym małym kurduplem – wskazał wzrokiem na zakneblowanego i
związanego niziołka, Gareth. – Jestem pewien, że w końcu kogoś przyślą z tej
pieprzonej Gildii. Nie może być inaczej! – dla uważnego obserwatora z zewnątrz
ta wypowiedź bardziej wyglądała na próbę uspokojenia, ale własnego sumienia i
samego siebie niż współtowarzyszy niedoli.
Gareth był ich przywódcą i trzymał całą bandę w
ryzach. Nie lubił, gdy któryś z jego
podkomendnych jemu się sprzeciwiał albo, co gorsza, próbował z nim
jakkolwiek dyskutować. Uważał, pomny swojej pozycji w tej bandzie, że wie wszytko najlepiej. Przemawiało za tym,
między innymi, jego największe doświadczenie w fachu awanturnika oraz zabijaki
pośród tutaj zgromadzonych. Ponadto, co raczej nie mogło być zbyt odkrywcze,
był z nich najbystrzejszy. Dlatego miał, pośród członków swojej bandy,
bezwzględny posłuch. Estyma Garetha pośród jego ziomków rosła tym bardziej, im
bardziej zawdzięczali mu swoje życie. A wyrwał ich kilkakrotnie z matni. Gdyby
nie te umiejętności oraz wrodzona błyskotliwość ich spotkanie z wysłannikami
Imperatora byłoby ostatnią rzeczą, jaką by zrobili w swoim marnym i
awanturniczym życiu.
– Ta…. Czekamy,
ale czy ktoś z was wie, czy aby na pewno ktoś przybędzie? Czy…. – przerwał
Nemeth, zadziwiony swoją śmiałością.
– Kurwa
przestań pieprzyć Nemeth, czy ty zdajesz sobie sprawę, że defetyzm szerzysz!
– krzyknął wyraźnie zdeprymowany Gareth.
– Nie wiesz, że tego nie lubię!? –
syknął na zakończenie.
– Polej młody – zapiał Moroth. – Polej tego kurwa
sikacza, na rozluźnienie w tej naszej, kurwa jebanej sytuacji.
Wszyscy zarechotali. Nie w takich sytuacjach dawali
sobie radę. Ale nie zaprzeczalny był fakt, że dotychczas w swojej karierze
nigdy nie mieli na plecach całej psiarni dyszącego wściekłością Imperatora. A
to był już jednak jakiś problem. Duży problem.
I to był początek ich końca.
***
Później, jak zapisał dziejopisarz złotymi zgłoskami w
„Kronice Oczyszczenia Wiary”, nastąpiła ostatnia walka bandy Garetha. Niespodziewany
przeciwnik pojawił się w obozowisku, niedaleko od ogniska bandytów, nie wiadomo
skąd. Nikt z obecnych przy stosie wesoło palących się szczap nie był w stanie
dostrzec zbyt dobrze jego twarzy. Utrudniał to kaptur, który rzucał na lico
nieznajomego głęboki cień. Tylko oczy mogli dostrzec, bo w nienaturalny sposób lśniły. To one wzbudzały strach nawet u nawykłych do śmierci wojowników, bowiem biła z nich
siła, moc i zapalczywość.
Żaden z nich do
końca nie zdawał sobie sprawy z tego z kim tak naprawdę ma do czynienia. Teoretycznie mógłby
to być choćby jeden z zauszników władcy Cesarstwa, który przybył w to przeklęte
miejsce pomścić zniewagę jaka spotkała jego suwerena i odebrać im cennego
kurdupla. Ale czy aby na pewno?
Przybysz miał na sobie solidną kolczą koszulę. W dłoni pewnie trzymał zakrzywioną szablę.
Tylko ta broń sieczna, ku zdziwieniu bandytów, stanowiła uzbrojenie orężnego.
Pomimo pierwszego piorunującego wrażenia, jakie nieznajomy wywarł na
zgromadzonych tutaj zbirach, wydawał się być dla nich łatwym kąskiem. Bardzo mocno liczyli na swoją przewagę w liczebności bandy nad samotnym
wojownikiem.
W pierwszej fazie potyczki zaskoczeni bandyci mierzyli wzrokiem Darkara, stojąc w bezpiecznej odległości. Chcieli wyzwolić w przeciwniku poczucie lęku. Lecz ta przepychanka wzrokowa trwała krótką chwilę. Wreszcie zakapturzona postać przerwała rosnące napięcie przed walką swoim kocim i mocno skoordynowanym ruchem. Wojownik uczynił delikatny i nieznaczny ruch ręką. Czynność ta była prawie niezauważalna dla obserwujących go oprychów.
Stało się. Darkar rozpoczął swój taniec śmierci.
Bandyci jeszcze tego nie wiedzieli. Nadal
trwali w błogim przeświadczeniu o swojej przewadze. Dziwili się wielce, że
napastnik jeszcze nie zbiegł z tego miejsca.
Gdy tylko pojęli, że czeka ich walka, ochoczo ruszyli ku niemu. Dla obserwatora mogłoby się wydawać, że tylko czekali na sygnał do bitki. „W końcu jest to ostatnio jedyna rozrywka, jaką będą mieli pośród tego przeklętego bagna” – zapewne przez myśl przeszło nie jednemu z nich. Silni swoją masą nie zawracali sobie
głowy niuansami taktycznymi oraz wyszkoleniem wojownika; nie zawracali sobie
głowy tym, co czyni ich przeciwnik. Żwawo i kupą biegli ku niemu, próbując go okrążyć. Będąc w nieświadomości tego, jaki popełniają błąd, zaatakowali swojego nieprzyjaciela bez właściwego przygotowania. Zrobili jeszcze więcej, aby wzmocnić swój zapał bitewny, a nade
wszystko siebie nawzajem. Biegnąc każdy z nich, jakby to była jakaś tragifarsa
z podrzędnego teatru na przedmieściach Nadal, demonstrował, tak przynajmniej im się wydawało, kunszt swojego wyszkolenia w posługiwaniu
się białą bronią: wywijał nią młyńce, a także inne bliżej nieznane figury.
Dotychczas zawsze to działało. Jednak nie tym razem.
A on nadal stał. Nie poruszał się w ogóle. Nie
reagował. Tylko czekał na nich.
Brak aktywności osamotnionego wojownika zaniepokoił
nie na żarty współtowarzyszy Garetha. Nie mieściło im się w głowach, że ów
zbrojny nie tylko nie czmychnął z pola walki, widząc w przewadze nacierających
opryszków, ale nie pokazał po sobie nawet odrobiny strachu. Po pewnym czasie
zadziorna postawa Darkara zaczęła ich deprymować, a pewność siebie, którą
początkowo okazywali, powoli sekunda po sekundzie poczęła topnieć, jak śnieg w
pierwszym wiosennym słońcu. Coraz bardziej kołatała w nich jedna przerażająca
myśl, czy to jest na pewno istota z krwi i kości, a nie wysłannik z piekła
rodem, chcący pomścić zniewagę Czarnego Pana. Czy to jest możliwym, żeby nie
odczuwał strachu lub chociaż niewielkiego lęku przed takimi typami spod ciemnej
gwiazdy, jak oni? Dotychczas w podobnych sytuacjach, gdy miały miejsce, podczas
ich awanturniczego żywota, a przecież tak bywało nie raz, w ich przekonaniu nieznajomy
powinien już dawno salwować się ucieczką. Ewentualnie mógł uczynić cokolwiek dla
poprawienia swojego rozpaczliwego położenia w pierwszej fazie walki. A on nic,
tylko stał. Może jednak to jakaś zjawa? Te pytania, a może raczej wątpliwości
coraz mocniej odbierały bandytom ochotę do walki.
Okrążyli go.
Darkar nadal stał niewzruszony. Bandyci poruszali się
wokół niego, jak sępy nad prawie już martwą ofiarą. Pracowali dużo nogami w ten
sposób chcieli go zmylić w swoich intencjach. Próbowali też wprowadzić go w
błąd balansem ciała. Nic to nie dało. Przeciwnik był twardy, nadal tkwił w
miejscu, jak gdyby nic, jak nadmorska skała.
Dla postronnego widza cała walka trwała tylko krótką
chwilę. Nieznajomy w końcu niespodziewanie ruszył w kierunku pierwszego z
łotrów. Bandyci poruszali się w sposób wolny i ślamazarny, jak muchy w smole.
Byli całkowicie przewidywalni. A on był dla nich zbyt szybki i niedościgniony w
tym, co czynił.
Najbliższego przeciwnika, którego dopadł ciął krótko z
nadgarstka w tętnicę szyjną. Nieszczęśnik nawet nie był w stanie przygotować
zasłony przed tym natarciem. Nim zdążył o czymkolwiek pomyśleć, już nie żył. Krew trysnęła fontanną. Po chwili osunął sie na trawę.
Drugą ofiarą potyczki stał się bandyta,
który został obryzgany ciepłą krwią z szyi pierwszego nieszczęśnika. Przerażony
lepką cieczą na twarzy, a także szybkością następujących zdarzeń po
błyskawicznym doskoku wojownika i
krótkim cięciu przez twarz, oprych padł natychmiast martwy. Darkar
skończywszy skutecznie atak, nie tracąc impetu, siłą wybicia z lewej nogi wpadł
w piruet i tym sposobem skierował się na trzeciego z atakujących.
***
Gareth był zszokowany rozwojem wypadków w tym boju.
Miało być miło i przyjemnie, a nawet rozrywkowo, a tu, proszę, dosięgła jego
chłopców niespodziewana śmierć. Nie przewidywał porażki w tak krótkim czasie. Nie mógł tego pojąć, jak to było
możliwe. Nie zdążyli się nawet właściwie ustawić do ataku na tego diabła
wcielonego, gdy niespodziewanie dla nich, nie wiadomo kiedy i właściwie w jaki sposób ich
zaatakował. Nie byli w stanie dostrzec jego ruchów. Był tak
niewiarygodnie szybki. Wiele przeżył w swoim życiu, ale czegoś takiego do dnia
dzisiejszego nie widział. W umyśle Garetha błądziła tylko jedna myśl: co właściwe tutaj się dzieje. Nie znał logicznej
odpowiedzi na to pytanie. Coraz bardziej miał nie odparte przeczucie, że tym
razem nie wyjdą cało z tej kabały. Pragnął zginąć, jeśli już musi, ale tak, jak na wojownika
przystało w twardej i zażartej potyczce. Nie chciał zostać zarżniętym, jak pierwszy lepszy dupek pod jakąś jatką w zabitej dechami dziurze..
Gdy szukał, jak
najlepszej pozycji do obrony, natarczywie, wręcz w kółko powtarzał jedno pytanie – „Jak to możliwe?”
Przecież byli najemnikami bez sumienia. Walczyli w
wielu wojnach na tym świecie, a w zabijaniu byli, można by rzec z wielką
satysfakcją, profesjonalistami. Zatem co mogło ich spotkać złego z ręki jednego nieprzyjaciela? A teraz, no
cóż, jak widać mogło i to wiele. Gdy przypatrywał się nieznajomemu z jaką gracją i lekkością wykonuje swój szatański taniec,
targały nim coraz większe wątpliwości o sens dalszej walki. Pewny
był jednego, że koniec jest bliski.
Seth, który wśród nich był najwyższy, odważył się w końcu na atak od tyłu na wroga. Natarcie, jakie wykonał było nie skuteczne. Nawet Gareth, obserwując przez ułamek sekundy szarżę swojego druha
pomyślał, że oto miecz sprawiedliwości w końcu zatryumfuje nad tym
czymś i pomści śmierć ich dwóch towarzyszy broni. Wręcz przysiągłby, że już
widział ostrze rozpłatujące ich przeciwnika na pół, ale… Nic się takiego nie
wydarzyło. Miecz przeciął tylko powietrze. Nim herszt bandy się zorientował
został zaatakowany przez tę zjawę. Nieznajomy wykonał natarcie, kontrolując
całkowicie swój środek ciężkości. Ale Gareth to wychwycił kątem oka, mimo
olbrzymiej szybkości z jaką atak został przeprowadzony, wykonał zasłonę i
przeszedł do odpowiedzi licząc, że trafi go pchnięciem. Lecz nic z tego nie
wyszło z tej prostej przyczyny, że jego przeciwnika tam już nie było. Wojownik, zanim Gareth wykonał jakiekolwiek dźgnięcie,
usunął się z jego drogi ataku. Przywódca zbirów przez to zepsute uderzenie
stracił równowagę, a to go w ostatecznym rozrachunku zgubiło. Nim się
zorientował otrzymał cięcie szablą przez plecy. Oto poległ już trzeci bandyta.
Seth miał już dość. Zdał sobie w końcu sprawę z tego,
że jego czas nadszedł i nic nie jest w stanie na to poradzić. Wiedział też
jedno, że w dotychczasowym życiu wielu innych, słabszych od siebie,
wielokrotnie, z premedytacją uśmiercił, bo był od nich po prostu lepszy i
silniejszy. Więc nie mógł oczekiwać, że zawsze będzie zwyciężać. Musiał nadejść
ten czas porażki. Wyznawał filozofię podobnych mu awanturników: każdy z nich w
końcu osiąga kres swej drogi, ponieważ trafia na znakomitszego oraz
mocniejszego od siebie. Najwidoczniej w jego przypadku nadeszła już ta chwila.
Więc nie pozostaje mu nic innego, jak
pogodzić się z tym. Przecież jego los wypełnił się. Nic przecież na to
nie poradzi. Po prostu tak musi być.
Klęknął. Oparł się dłońmi o swój miecz. Pochylił głowę
i wzrok wbił w ziemię. Nieznajomy stanął nad nim, kończąc swój taniec śmierci.
– Daj mi szybką śmierć, śmierć żołnierza.
Przynajmniej tyle możesz dla mnie uczynić. Kiedyś służyłem w wojskach gildii. –
wycedził przez zęby Seth, jakby miał ochotę szybko się wytłumaczyć ze swojej,
nietypowej prośby. Denerwował się. – Czy po śmierci jest druga szansa, by dostąpić wiecznego życia? – pomyślał nieśmiało.
Nieznajomy schował swoją szablę do pochwy. Wyciągnął
za pasa sztylet o prostym i długim ostrzu. Nazywano tę broń sztyletem
miłosierdzia. Służył bowiem do zadawania szybkiej agonii rannym na polu bitwy,
by oszczędzić im cierpień.
– Kim ty jesteś, duchem? – zapytał Seth nieznajomego
wojownika.
– Nikim ważnym, takim samym człowiekiem, jak ty. A teraz jestem
twoim przeznaczeniem, na które czekałeś całe swoje marne życie. – wyszeptał
zbrojny.
– Honor – krzyknął Seth, oczekując na cios łaski,
kończący jego awanturnicze życie.
I to było ostatnie słowo wypowiedziane przez bandytę.
Orężny chwycił mocno za rękojeść sztylet o szerokim ostrzu i wbił z olbrzymią
siłą w kark Setha. Zwyczajowo tak zadawano ostatnie pchnięcie dla godnego tej
śmierci wojownika. Darkar uznał, że ten, którego zgładził zasłużył sobie na to,
by w ten sposób odejść z tego świata. Był
przecież litościwy.
I to był koniec bandy Garetha.
***
Rozejrzał się po pobojowisku. Po za ciałami, poległych
w walce bandytów, w oddali zauważył małego człowieczka przywiązanego do drzewa.
Na pierwszy rzut oka wzrost tej istoty musiał być lichy, świadczyły o tym jego
krótkie nóżki, zresztą, jak i niewielka postura. Lecz, na pewno, ten dziwny
niziołek, a może karzeł, tego do końca nie mógł być pewien, wyróżniał się w
porównaniu do innych znanych mu istot z tego świata dużym nochalem oraz
okropnie odstającymi uszami. Te dwie cechy jego twarzy górowały nad całą
resztą cech osobowych tego dziwoląga. Wzbudzały, wręcz, niezdrowe
zainteresowanie obserwatora i skupiały na sobie całą uwagę gapia. To samo
spotkało Darkara. Zdumiał go ten niesamowity widok. Jakby tego było mało
całość wyglądu, jak mu się wtedy wydawało – temu wybrykowi natury, dopełniały
pucułowate policzki. Widok był dość osobliwy, a zarazem można by rzec, wręcz
tragikomiczny dla posiadacza tej przedziwnej urody.
Darkar, gdy w końcu ochłonął, ostrożnie, a zarazem
powoli ruszył w kierunku więźnia. Pomimo ostatecznego zwycięstwa nad bandytami
nie mógł być pewien, że wybił już wszystkich. Dlatego, nauczony dotychczasowym
doświadczeniem, był czujny i rozglądał się uważnie wokół siebie. Reagował na
każdy dobiegający go z oddali odgłos. Z zasady zawsze był przygotowany na
niespodziewany atak. Tak go uczono i ta wyszkolona przezorność go wielokrotnie
uratowała przed śmiercią. Gdy ostatecznie upewnił się, że jest bezpieczny,
począł na nowo interesować się tą niesamowitą, unieruchomioną istotą. Zbliżył
się do tego osobliwego stworzenia.
Gdy był tuż przy nim przyjrzał mu się z nieskrywaną ciekawością. Mógł dostrzec egzotyczne
szczegóły jego twarzy wcześniej niezauważone ze znacznej odległości: wielce
rumiane policzki, srodze piegowatą twarz i nienaturalnie wydatne usta. A włosy
miały kolor dojrzałej przed żniwami pszenicy.
Zapewne to wyjątkowe zainteresowanie nie mogło umknąć uwadze związanej istoty, która pomimo niezdrowego zachowania przybysza w jakikolwiek sposób na to nie reagowała. Darkar wreszcie całkowicie skołowany z czym ma do czynienia, ciekawy, jak nigdy dotąd, nie wytrzymał i wypalił prosto z mostu.
– Coś ty za jeden? – W pierwszej chwili związanego człowieczka, jak gdyby nie
zainteresowało pytanie wojownika i nadal patrzył się gdzieś przed siebie. W
końcu odwrócił wzrok na zbrojnego i niewinnie zaszczebiotał:
– Ja? – zapytała się ta osobliwa istota. –
Ja… – zająknęła się przy tym, jakby celowo przedłużając tą niewygodną dla każdego
z nich ciszę. Jednak, żeby było jeszcze bardziej interesująco, tego Darkar nie
mógł być do końca pewien, niziołek jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy.
„Ale czy aby na pewno?” – pomyślał
orężny przypatrując mu się uważnie.
– Ja nazywam
się Darkar ! – zbrojny wskazał palcem siebie. W ten sposób chciał ośmielić
swojego rozmówcę. – Darkar ! –
powtórzył.
– Wiem, wiem kim ty jesteś do cholery! –
niespodziewanie zniecierpliwił się mały koleś. – Czy ty wiesz o tym, że czekam
na tym bagnie na ciebie od kilku dobrych dni! – podkreślił intonacją głosu
szczególnie słowo: dni. – Czy ty masz świadomość tego, ile komarów dzięki
twojej opieszałości pożywiło się mną!? – wykrzyczał jednym tchem więzień. –
Wybacz, ale nienawidzę przelewu krwi. A tutaj tyle jej wokół… – mały
człowieczek z obrzydzeniem wykrzywił swoją osobliwą twarz. – Gdy ją widzę,
szczególnie, w takich ilościach, jak tutaj, zaczynam się mocno denerwować. W
takich trudnych dla mnie okolicznościach jestem nienaturalnie rozhisteryzowany
i nader czepialski. – na koniec fuknął na swoje usprawiedliwienie.
– Skoro wiesz
kim jestem i czekałeś na mnie … – wojownik nie był w stanie sformułować
sensownie pytania. Czuł się rozżalony i zaskoczony tym, co go spotkało.
Przyznał się sam przed sobą, że nie spodziewał się takiego zakończenia swojego
przerażającego majaku. – Ale to nie trzyma się kupy! Nie ma sensu! – wykrzyczał
zdezorientowany Darkar. – To pewnie też wiesz, że musiałem tu przyjść na to
bagno… Tak właśnie przyjść. Czy ty to rozumiesz ile lat musiałem o tym myśleć,
jak długo się bałem, co uczynić, by pokonać strach i ruszyć tutaj !? A co z moim
snem, tym snem… Co z zakończeniem? Bo, co ty możesz wiedzieć o moim śnie.
Zapewne nic. A ja się bałem tego bagna, tego, co mnie tutaj może spotkać, tego
zakończenia, którego nie znałem! A tu co? Eh…Ty! – spojrzał wymownie na
dziwoląga. – Czy więc ja tyle lat bałem się, właśnie, ciebie… ? – wyrzucił z
siebie cały żal.
„ Ale czy na pewno mógł mieć pretensje do tego malca akurat o tę sprawę ? „ – niepewnie przemknęło mu przez myśl.
– Sinoe Mnemeth, do twoich usług. – nie zrażony
monologiem orężnego niziołek uśmiechnął się ku niemu, jak mogłoby się wydawać,
nad wyraz szczerze. Już otwierał te swoje przerysowane usta, by coś rzec, gdy
wtrącił mu się Darkar.
– Sinoe Mnemeth… Skąd ty w ogóle się wyrwałeś? –
prychnął z niedowierzaniem zbrojny. – Zwiedziłem szmat tego świata, ale takiego
jak ty odmieńca, muszę się przyznać, do tej pory nie spotkałem. Widziałem elfy,
gnomy, krasnoludy i nie wiadomo, co tam jeszcze, ale takiego jak
ty, to, absolutnie, jeszcze nie. Coś ty więc za jeden ? Czemu ta banda łotrów
ciebie przyprowadziła i przede wszystkim czemu ty jesteś zakończeniem mego
przeklętego snu ? – dalsze słowa z emocji ugrzęzły mu w gardle.
– Jestem z daleka – stwierdził tonem osoby przekonanej
o swoich racjach i nie znoszącej absolutnie żadnego sprzeciwu. – Jak ci już
mówiłem wiedziałem o tym, że tutaj przybędziesz. Z tego też powodu, byśmy mogli
się w końcu spotkać, pozwoliłem się tym bandziorom najpierw porwać, a potem
uwięzić. Musisz wiedzieć, że jestem szczególnie znany Imperatorowi! I co nadal nie
słyszałeś o mnie? – Sinoe zrobił efektowną pauzę, chcąc sprawdzić wrażenie,
jakie na jego gościu wywarła ta informacja. Wpatrzył się głęboko w oczy
wojownika tym swoim magnetycznym wzrokiem. Najwidoczniej jednak to, co ujrzał
nie usatysfakcjonowało Sinoe. Najprawdopodobniej nie dostrzegł w nich nic, co
by wskazywało, że naprawdę go zna albo przynajmniej o nim słyszał. – To może
chociaż o przepowiedni Hironiusza słyszałeś? – nie dawał za wygraną.
Darkar zamyślił się. Spojrzał się na Sinoe. Znał tą przepowiednie za dobrze. W ich krainie życie onegdaj było szczęśliwe, pełne radości, prostoty i nie miało w sobie najmniejszego pierwiastka codziennych trosk. Obywało się bez wojen, strachu, chorób i głodu. A trwało nadzwyczaj długo. Istoty zasiedlające ten świat, zostały wybrane przez ich boga pośród wielu stworzeń, zamieszkujących również inne, równoległe światy, na jego faworytów. Wszystkie je stworzył na swój wygląd i swe podobieństwo. Ukochał je ponad wszystko, jak rodzic oczekujący z niecierpliwością na swoje nowo narodzone dziecię. Chciał im dać w ich doczesnym życiu, to wszystko, czego mu nie brakowało w jego wiecznym bycie. Za to zażądał jedynie tego, by wielbione przez niego istoty były mu wierne i nie miały innego boga poza nim samym.
Początkowo tak było. Mieszkańcy tego świata czcili i wychwalali go pod niebiosa. Gdy nadchodził kres ich dostatniego oraz szczęśliwego istnienia, odchodzili do swego jedynego boga pełni radości i wiary w to, że tam, gdzie ostatecznie podążają, dostąpią jeszcze lepszego, a nade wszystko wiecznego żywota. Istoty te wierzyły, że w owej krainie czekały na nie dotychczas nigdzie nieopisane i nigdy niewidziane cuda. Raj ów był tak zachwycający, że nie było możliwym go opisać językiem i słowy tych istot. U kresu wędrówki, u wrót niebios witał nowo przybyłych sam bóg. Był wtenczas, jak rodzic, który wychodzi na spotkanie długo nie widzianego dziecka, wracającego z niebezpiecznej wędrówki.
Wszystko trwało do czasu. Z upływem lat zapomniały o tym, komu wszystko zawdzięczają; zapomniały, że gdzieś ponad nimi jest ich pan, stwórca, który, gdy kocha, to daje wszystko, ale, gdy jest zazdrosny lub gdy czuje się zawiedziony potrafi być mściwy i sadystyczny; zapomniały, że kiedyś w zamierzchłych czasach, których nikt już nie pamiętał, a o których głosiły jedynie klechdy – na znak przymierza zostało zasadzone drzewo zwane Drzewem Przymierza; zapomniały, że w zamian za otaczający ich dostatek oraz życie bez doczesnych trosk, mają oddawać cześć i ślepe posłuszeństwo swemu jedynemu bogu. Z czasem stwierdziły: początkowo nieśmiało i cicho szepcąc od ucha do ucha, a potem coraz głośniej i otwarcie między sobą rozmawiając, że nic nie ma – żadnej siły sprawczej, że Bóg nie istnieje. Ostatecznie brak kary za ich zdradę tylko umacniał w nich to przeświadczenie. Z czasem ich wiara całkowicie zanikła.
Z tego też powodu owe, coraz bardziej zbuntowane, istoty, nie tylko poczęły omijać świątynie i miejsca modlitw, ale także traktować swoje zobowiązania, wynikające z aktu przymierza względem swojego boga, jako przykre oraz dokuczliwe. Doszło wręcz do tego, że szukały innych, a zarazem, w ich mniemaniu, lepszych bóstw. Zaczęły oddawać im cześć w nadziei, że to dzięki nim osiągną już za doczesnego żywota swój wyśniony raj i życie wieczne. Wreszcie odkryły w sobie nowe, nieznane wcześniej uczucia: zachłanności, wyrachowania, chytrości, pożądliwości i nienawiści.
Wreszcie zdarzyła się rzecz
dotychczas niebywała, której nikt do tej pory nie odważył się dokonać. Znalazł
się, bowiem nawet taki śmiałek, który rzekł i powtórzył na głos to, o czym
wszyscy szeptali po kątach z trwogą na ustach :
– Nie ma boga! Nie
ma i przenigdy nie było. To wszak kłamstwo wmawiane nam od wieków przez tych
zakłamanych kapłanów. Więc po cóż nam to karłowate drzewo? Symbol czego?
Przymierza z kimś kogo nie ma i nie było? – Potem długo
się nie zastanawiając dodał. – Udowodnię wam, że go nie ma! Dlatego tu i teraz
zetnę własnymi rękoma to drzewo, zwane Drzewem Przymierza i zobaczycie, że z głowy nie spadnie mi
nawet włos. Najpierw, jednak zjem ten zakazany owoc, który dojrzewa na tym
karłowatym czymś od zamierzchłych już czasów!
I jak rzekł, tak też
uczynił. Podszedł do Drzewa Przymierza. Wprzódy zjadł ten marny i jedyny owoc.
A potem je ściął.
I to był już koniec tego
idealnego świata – bez wojen, chorób i trosk.
Świat się zmienił.
Niektórzy ze świadków późniejszych wydarzeń mówili, że widzieli jeźdźców na
karych koniach, którzy w cieniu, z dala od ludzkich sadyb, poruszali się po
świecie. Ale tam, gdzie ich widziano, zaczęły się dziać straszne i zarazem
dziwne rzeczy.
Świat się zmienił, bo ich
bóg pokarał swoje tak wielce umiłowane istoty. Odpowiedzialność za czyny
bałwochwalców spoczęła na wszystkich mieszkańcach tej krainy. Stwórca pokarał całe pokolenia i oddał wszystkie istoty pod
rządy bezwzględnego zła.
Istoty, które jeszcze do
niedawna nie zaznały ani chorób ani głodu ani bólu, musiały poznać ich gorzki
smak. Tak samo poznały, co to smak doli niewolnika tudzież zwierzęcia ofiarnego
na ołtarzach nowych i strasznych panów.
Nie byłoby nadziei w
sercach tego ludu, gdyby nie przepowiednia kapłana Hironiusza. Mówiła ona o tym, że jest możliwe, by wróciły stare, dobre czasy. Lecz jest jeden istotny warunek – musiałaby narodzić się istota,
pogardzana przez inne byty tego świata, która swe życie poświęciłaby za
swoich prześladowców. Tym czynem odkupując ich grzechy.
Mijały najpierw lata, a
potem wieki i nic nie wskazywało na to, by ta przepowiednia miała się wypełnić. Na całe szczęście koleje tego świata i przeznaczenie
czasami są niezależne od boskich chęci, a tym bardziej, chęci śmiertelników,
którzy są tylko popiołem pośród odmętów czasu i przestrzeni. Los został, bowiem
zapisany w Księgach Stworzenia o wiele wcześniej niż narodziły się bóstwa
dobra lub zła. To dlatego czasem wydarzenia, następujące po sobie, są niezależne
od kaprysów bóstw. W takich trudnych chwilach przeznaczenie, jak nić Ariadny, rozpoczyna
swój bieg niezależnie od ich woli, by wypełnić to, co zostało zapisane. Naczelną zasadą, jaka współtworzy wszelkie reguły
współżycia rzeczy materialnych i niematerialnych, jest równowaga pomiędzy
bóstwami dobra i zła. Ten balans powoduje, że jego świat, jak i inne
równoległe światy trwają takimi, jakimi zostały powołane do życia. A
przeznaczenie stoi na straży tego, by zapisy z Księgi Stworzenia wypełniły się
we względnej równowadze. Nierównowaga, bowiem w konsekwencji doprowadziłaby do zagłady tego i
innych równoległych światów; doprowadziłaby do nicości.
Żaden ze śmiertelników
nie znał prawideł rządzących wszechświatem. W
końcu Hironiusz je odkrył. Pogłębianie tej przez przypadek
poznanej tajemnej wiedzy, doprowadziło go do zaskakujących wniosków, które
okazały się być kluczem do tajemnicy Księgi Stworzenia. Ku zaskoczeniu kapłana
to właśnie on miał stać się ważnym ogniwem w tej układance. Musiał uruchomić łańcuch następujących po sobie zdarzeń,
dających po ich zrealizowaniu nadzieję na to, by mógł powrócić stary ład. Nie dopełnienie któregoś z założeń skutkowało porażką i zagładą całego
wszechświata.
Ta przepowiednia wywołała olbrzymie poruszenie pośród istot, które porzuciły swoją wiarę. Potwierdziła jednoznacznie to, że równowaga między siłami dobra i zła została zachwiana. Już za życia Hironiusza przewaga sił ciemności była olbrzymia. To przeraziło wieszcza. Jak miały pokazać w najbliższej przyszłości kolejno po sobie następujące zdarzenia, Hironiusz miał rację. Przepowiednia zaczęła się wypełniać. Los rozpoczął właśnie walkę o ocalenie wszechświata.
– Przepowiednia Hironiusza mówisz. Mhhh… – Darkar się zamyślił. – A coś tam słyszałem. – nieumiejętnie skłamał.
– Nie, Darkarze! – Sinoe świdrującym wzrokiem patrzył
się prosto w oczy wybawiciela. Jego wzrok pomimo lichej postury i niskiego
wzrostu miał w sobie olbrzymią siłę, jakiej trudno było się spodziewać po tej
cherlawej posturze. Zbrojny nie mogąc tego spojrzenia wytrzymać, odwrócił swój
wzrok. Udawał, że patrzy w ziemię.
– Skoro tutaj jesteś to znaczy
tylko jedno, że to ty jesteś tym wybrańcem, na którego tutaj czekałem! Jesteś
mścicielem, jesteś częścią planu Księgi Stworzenia. Wszak o tym wiesz, bo: od
tego wyznaczonego ci przez siły wyższe niż bogowie losu cały czas uciekasz. Ale czy zdołasz sie ukryć tak, by przeznaczenie ciebie nie dopadło?
– uśmiechnął się do Darkara. Po krótkiej przerwie na podkreślenie wagi swoich słów kontynuował
swoją wypowiedź. – Jednak przed tym, co
ci przypadło w udziale, nie jesteś w stanie umknąć. Ta siła sprawcza zawsze
ciebie odnajdzie gdziekolwiek byś był. Tak samo, jak odnalazła mnie i
ofiarowała mi, wbrew mej chęci i woli, moją rolę, jaką mam do wypełnienia. Nie
mieliśmy tak samo jak i ja, tak samo i ty, w tej materii żadnego wyboru, a
cierpienie zostało wpisane w nasze życie, jako coś naturalnego. Lecz nie to
jest najbardziej okrutne, a zarazem straszne w tym wszystkim, co nas dotyka.
Gorsze jest bowiem to, że prędzej czy później nadchodzi taki moment, kiedy
każdy z nas musi sobie zdać sprawę z tego, iż nie ma już drogi odwrotu. –
Niziołek na chwilę umilkł. Nadal wpatrywał się w Darkara tymi swoimi oczami, jakby czekał na znak ze strony orężnego. Jednak ten niezmiennie milczał, jakby nie robiąc sobie nic z monologu Sinoe. Dziwny
człowieczek mimo tych przeciwności nie dawał za wygraną. – Na tobie spoczywa zadanie z nas wszystkich
najważniejsze, a zarazem ponosisz największą
odpowiedzialność za to, czy się wypełni plan przeznaczenia wobec nas
oraz innych światów. Musisz sprawić, by znów wszystko powróciło do oczekiwanej przez przeznaczenie
równowagi! – Ściszył głos do szeptu. Oddech mu się wyrównał. – Darkarze
zrozum że, ja też długi czas nie mogłem się pogodzić ze swoją rolą w tym
planie. Wręcz broniłem się przed tym, by cokolwiek uczynić w tej słusznej
sprawie. Przeklinałem swoją dolę i dzień kiedy ją poznałem. Wpierw straciłem
wszystko, co było dla mnie najważniejsze. Potem pragnąłem śmierci, jako
wybawienia dla mojej duszy i poczucia winy, które mnie zżerało od środka. W końcu zrozumiałem, że to moje poświęcenie jest warte tego, by o
to, co wyznaczył nam los walczyć. Uświadomili mi to ci, którzy zawierzyli
przepowiedni Hironiusza i oddali się jego opiece. Uwierz, że każde z nas
musiało coś ważnego poświęcić tak samo, jak ja i ty. Teraz Darkarze nasza
kolej. Rola w tej misji jaką mamy do spełnienia od tej chwili jest
pierwszoplanowa. A ty musisz się z tym, czy tego chcesz czy nie, zmierzyć.
– Ciii… – Darkar przytknął palec do ust. – Ktoś się tu
zbliża. Któż to może być? Może coś wiesz na ten temat Sinoe? – zapytał się
niziołka. Ale prawda też miała inne oblicze: był szczęśliwy, że dzięki
nieproszonym gościom nie będzie musiał odpowiadać na trudne pytania. A był
pewien, że w końcu by te padły.
– Ich przywódca coś wspominał o tym, że ktoś ma tutaj przybyć po mnie. Wydaje mi się, że mieli
mnie komuś ważnemu sprzedać za spore pieniądze. Niechcący podsłuchałem
ich rozmowę stąd moje przypuszczenia.
Darkar spojrzał na wielkie, odstające uszy Sinoe.
– Mówisz, że przypadkiem usłyszałeś? – mruknął
rozbawiony.
Sinoe znów jakby się zmieszał. Zbrojny powtórnie
odniósł wrażenie, że niziołek bardziej się zaczerwienił. Ale i tym razem nie
był do końca tego pewien. Tak mu się po prostu wydawało.
– No tak tylko przypadkiem … – Sinoe spuścił niewinnie wzrok i wpatrzył się wswoje nienaturalnie duże stopy.
Wojownik nie tracąc cennego czasu sprawnie przeciął
więzy z nadgarstków oraz nóg małego człowieczka. Ten wstał i po
ekspresowej gimnastyce rozruszał zdrętwiałe członki. Zbrojny nie czekając na
to, aż Sinoe będzie gotów, pociągnął go bezceremonialnie za rękę w kierunku
skraju lasu. Tam zamierzał się ukryć wraz z nowym kompanem.
***
Został wezwany do Cytadeli w trybie pilnym.
Od dłuższego czasu spodziewał się tego „zaproszenia”.
Po ostatnich wydarzeniach, jakie miały miejsce w Nadal nie mogło być innej
reakcji ze strony Imperatora. Czuł, że zawiódł zaufanie swojego pana. A to
było bardzo groźne dla niego i mogło doprowadzić w konsekwencji do jego
niechybnej zguby. Przy tej okazii, gdy atmosfera wokół niego była gęsta, zauważył bardzo wyraźnie zakłamanie i hipokryzję elit Cesarstwa. Wzbudzało to w
nim olbrzymie obrzydzenie. Okazało się, że prawie wszyscy jego wysoko postawieni
przyjaciele, a także wspólpracownicy odwrócili się od niego z dnia na dzień. W
ich oczach nie dostrzegł nawet cienia współczucia dla jego trudnego
położenia. Domyślał się z czego to mogło wynikać: po prostu dla zbyt wielu
zagrażał, bo znał ich najskrytsze tajemnice. Jego niechybna zguba była dla
całego mnóstwa fałszywych pochlebców wręcz na rękę. Spaliby spokojniej niż dotychczas.
Był pewien, że się go bali. Przecież w swojej
dotychczasowej karierze już za mniejsze przewiny wysyłał dostojników imperium
na szafot. Za co mieli go więc kochać i żałować? Teraz ci wszyscy, którzy do
tej pory byli dla niego tacy uniżeni i oddani, bo znał ich wszystkie przewiny – postrzegali go z nie ukrywaną radością, jako skazańca. Podążając na
audiencję do Czarnego Pana w Cytadeli, mijał w korytarzach oraz na
dziedzińcach tych wszystkich fałszywych stronników.W ich oczach postrzegał siebie, jako truchło pozbawione głowy na miejscu kaźni.
W wyniku spartolonej akcji przejęcia niziołka nie dość,
że potracił ludzi, to na domiar złego swoją nieudolnością doprowadził do złego samopoczucia Imperatora. Do tej
pory nie ma pewności, jak do tego doszło, że nie ma w garści ani pożądanego przez władcę kurdupla, ani
nie zgładził ludzi Garetha.
„Krótko mówiąc: pieprzona porażka” – pomyślał z
rozgoryczeniem.
Miał pełną świadomość tego, że jego sytuacja jest nie
do pozazdroszczenia. Mimo wszystko miał jeszcze odrobinę nadziei, jak nie
cierpiał tego słowa – nadzieja, że zdarzy się jakiś cud i wyniesie swoją głowę
z audiencji u Imperatora jednak cało. Niestety, zbyt dobrze znał swojego władcę. Zbyt dobrze wiedział,
jaki los spotyka tych wszystkich, którzy nie spełnili oczekiwań Imperatora, a
zwłaszcza, gdy skutki ich zaniedbań w sposób tak jednoznacznie niszczycielski
uderzały w interesy Cesarstwa. Dlatego doświadczenie,
jakie posiadał w kontaktach z Czarnym Panem, a także wrodzony zdrowy rozsądek,
ileż to razy go już uratował z niejednej opresji, podpowiadały mu, iż jego dni
mogą być policzone.
Ostatni z jego prawdziwych przyjaciół, którzy mu w
zaufaniu przekazali informacje z dworu, jasno dawali mu do zrozumienia, że Imperator jest, mówiąc delikatnie, wściekły. A to mogło
oznaczać dla niego tylko jedno – należy być przygotowanym na to, że ta podróż
do Cytadeli może być ostatnią wędrówką w jego awanturniczym życiu. I tak do tej przymusowej wizyty w stolicy Cesarstwa podchodził.
Siedział na zydlu przed salą tronową. Czekał z
narastającym w jego świadomości lękiem na wezwanie władcy. Rozglądał się wokół
siebie któryś raz z rzędu. Łapał się na tym, że ze zdenerwowania nawet nie
wiedział, który to już raz robi. Ktoś kto go by obserwował mógł odnieść mylne
wrażenie, że ten człowiek jest tutaj pierwszy raz. Lecz Rodgar de Zuuw
znał to miejsce znakomicie. Bywał tutaj bardzo często. Ale dotychczas to inni
nieszczęśnicy byli wzywani pilnie przez Imperatora na złożenie wizyty w jego
zamku i to oni z przerażeniem czekali na zaproszenie do tej sali.
Westybul przed salą tronową był ogromny i bogato
zdobiony, ale dekoracje oraz meble, które w nim umieścił właściciel w swojej
wymowie kładły nacisk na prostotę. Cały zamek Czarnego Pana nie zdumiewał zbyt
wielkim przepychem. Wszędzie w siedzibie władcy Marchii widać było na pierwszy
rzut oka, że pan tego zamku jest zamożny, a zarazem srogi i bezwzględny względem poddanych.
Cytadela została wybudowana na środku pustyni przez Imperatora. Mieściła się na wysokiej, samotnej skale, która majestatycznie
górowała nad całą okolicą. Skryte podejście z którejkolwiek strony przez wrogów
nie wchodziło w rachubę. Straże bardzo szybko spostrzegłyby z murów nadchodzące
zagrożenie.
Woda została doprowadzona do Cytadeli z głębokiej na
kilkadziesiąt metrów sztolni wyciosanej przez niewolników w
twardym kamieniu. Poprzez system naczyń poruszanych olbrzymimi kołowrotami i
wznoszonymi na coraz to wyższy poziom przez muły napędzające cały system siłą
własnych mięśni doprowadzano ją do przewidzianych do tego pomieszczeń.
Dostęp do
stolicy Cesarstwa wiódł tylko jednym traktem. Metropolia była szczególnie
chroniona przez straże, gdyż przebywał tutaj stale Imperator. Bramę do twierdzy
mógł tylko przekroczyć gość lub wędrowiec zatwierdzony osobiście przez Czarnego
Władcę.
Samą Cytadelę zamieszkiwali najbardziej zaufani Imperatora. Poza nimi w tym ponurym zamczysku nikt nie rezydował, no
chyba, że weźmiemy jeszcze pod uwagę parobków oraz służbę.
Kastę dostojników oraz urzędników w imperium
Czarnego Pana tworzyła tylko niewielka garstka istot, która wywodziła
się pośród kapłanów, służących Bogu Ciemności. Nawet on, będąc Szefem Wywiadu i
Dywersji do tej grupy się nie zaliczał. W grodzisku mieściła się
również główna siedziba przybocznej Upiornej Gwardii, która służyła tylko władcy. Nawet, jak dla niego, przywykłego do złowróżbnego nastroju
Cesarstwa, przedstawiciela władzy, nagromadzenie w jednym miejscu takiej ilości
krwiożerczości oraz skondensowanego zła to zbyt wiele.
Nagle rozmyślania posępnego Rodgara de Zuuw przerwał
odgłos otwieranych drzwi do sali tronowej.
– Rodgarze de Zuuw pan wzywa – lokaj w liberii
donośnie zawezwał oczekiwanego przez Imperatora gościa.
Oczekujący wizyty szpieg wstał bardzo powoli z
nieukrywanym ociąganiem. Był całkowicie przekonany, że to są już ostatnie
chwile jego ryzykanckiego życia.
Próbował więc je przeciągać w nieskończoność. Sam wielokrotnie widział
na własne oczy, jak to robili jego więźniowie. W takich ulotnych chwilach napawał
się tym widokiem. Czuł wtedy, że posiada nad nimi nieograniczoną władzę, że
jest równy swemu panu i bogom. Tylko od
niego zależało, jak długo skazańcy będą egzystowali na tym świecie, ile będą
zmuszeni znieść bólu, by w końcu odejść w niebyt. A oni w ostatnich momentach
swego marnego życia chwytali w rozpostarte szpony końcowe sekundy i minuty w
nadziei, że będą trwały wiecznie.
Teraz robił to samo.
W niczym więc, obecnie, w zaistniałej sytuacji, nie
różnił się od swoich ofiar. Jakie więc życie bywa okrutne oraz przewrotne, bo
to on właśnie z kata stał się bezbronną, w jego mniemaniu, ofiarą.
Gdy wreszcie poczuł, że zaczyna panować nad sobą i
swoimi emocjami, by ujarzmić do końca trawiącą go trwogę kilkakrotnie nabrał
powietrza w płuca. Miało mu to pomóc. Jednak stało się inaczej, gdy uzmysłowił
sobie, że to już jest ten czas, by przestąpić, jak mu się wydawało bramy
piekieł.
Zanim zdążył
wykonać ruch w stronę otwartych drzwi, gwałtownie wrócił do jego świadomości
pierwotny lęk. Ten strach był głęboko zakodowany, był to strach przed utratą życia,
samoobrona przed zagładą organizmu. Strach tak paniczny, że gdyby mógł to
natychmiast, by próbował zbiec. Miał jednak pełne przekonanie, że jego ucieczka
to byłoby działanie absurdalne. Jedyną szansą na przeżycie było przejście z westybulu do sali tronowej. To
wiedział i musiał uczynić ten jeden krok przed siebie.
W końcu zdobył się na ten krok.
Przekroczył je.
Spojrzał tam
gdzie spodziewał się odnaleźć wzrokiem swojego władcę, lecz go nie dostrzegł.
Nie oznaczało to wcale, że go nie ma w sali tronowej. Imperator potrafił bowiem
przybrać każdą postać w jakiej zapragnął się przed swoim poddanym ukazać. Mógł
przybierać stan bezkształtnej oraz bezosobowej czarnej materii, która otaczała
swojego rozmówcę, innym razem mógł przeobrazić się w istotę o wyglądzie:
człowieka, elfa lub innej, dowolnej rasy, a zarazem każda z tych postaci mogła
być młodzieńcem albo starcem. Dla tych, którzy mieli go zobaczyć ostatni raz w
swoim życiu, bo narazili się Czarnemu Panu i mieli umrzeć z jego rąk,
przybierał oblicze najstraszliwszej maszkary z najgłębszych pokładów umysłu
straceńca. Miał wrażenie, że nic go nie jest już w stanie zaskoczyć ze strony
Imperatora.
– Witaj Rodgarze – zabrzmiał nagle głos dobiegający go
nie wiadomo skąd. Ten beznamiętny głos, podziałał na niego jak kubeł zimnej
wody, obudził go z chwilowej zadumy. W tym, co teraz usłyszał było tyle chłodu.
Brakowało w tej wypowiedzi jakichkolwiek uczuć: choćby wściekłości, a może furii
albo czegokolwiek, co byłoby wyrazem emocji przez mówiącego.
To nasiliło panujący w nim lęk, który swoimi obleśnymi
łapami zaczął coraz mocniej oplatać jego pokurczone ciało. Rodgar poczuł, jak
jego żołądek skręca potworny ból. Runął na kolana, zwrócony twarzą do
przeciwległego końca ogromnej sali. Tam stało na podeście ciężkie, bogato
rzeźbione biurko. Zza nim stało jedno, królewsko
przyozdobione krzesło. Wszyscy dla Imperatora zza tego biurka,
stojąc przed majestatem władcy Cesarstwa musieli wydawać się tacy nikli i nic nie
znaczący.
– Panie, zgodnie z twoim poleceniem, przybyłem na
twoje pilne wezwanie! – wykrzyczał czołobitnie, jednym tchem ze ściśniętych
strachem piersi. Czuł, że jego głos niebezpiecznie się załamuje pod wpływem
wszechogarniających go negatywnych i pesymistycznych wizji, które, jak zły sen,
przeleciały w jednej chwili przed jego oczami. Czuł, że musi zwymiotować i to
natychmiast, bo jego żołądek dłużej nie wytrzyma tej ogarniającej go bezdennej
paniki.
– Czy znasz opowieść, mój drogi Rodgarze, o generale
Lapusie? – zapytał retorycznie władca.
Mdłości się nasiliły. Odruch wymiotny nie ustępował na
krok, a jego gardło było niezdolne do wydania jakiegokolwiek dźwięku. Wiedział
jedno, że teraz musi zapanować nad sobą. Jest przecież silny.
Myśl!
Oczywiście, że tę opowieść znał. A jakże miałby jej nie
znać. Wszyscy dworzanie ku swojej przestrodze ją znali na pamięć. Lapus był
jednym z naczelnych generałów armii Czarnego Pana. Mimo to, gdy zawiódł
zaufanie swojego władcy, został zgładzony wraz z rodziną. Popełnił straszliwy
błąd. Odmówił Imperatorowi posłuchu, gdy władca wydał rozkaz generałowi, by
jego podwładny zrównał z powierzchnią ziemi miasta i wsie. Region został
podbity przez wojska dowodzone w kampanii przez generała Lapusa. Ten jednak,
nie wiedzieć czemu, nie mógł się pogodzić z tym, że ma wszystko, co żywe oraz
wartościowe wyrżnąć i zniszczyć. Uważał to za megalomanię i głupotę. Udowadniał
wśród zauszników Imperatora, a zapewne któryś z nich mu się przysłużył, że
zamiast mordować, należy pokonanych wykorzystać, jako darmową siłę roboczą na rzecz Cesarstwa. Natomiast dopiero najsłabsze jednostki powinno się zamknąć w obozach,
wykorzystać do cna i dopiero na końcu, gdy nie będzie z nich pożytku, zgładzić.
Po za tym, wywodził, że wykonując ten rozkaz straci cenny czas, a co za tym
idzie inicjatywę strategiczną w prowadzonej wojnie. Nigdy potem Lapusa nie
ujrzano, tak samo jak i jego rodziny. Po tych wydarzeniach Imperator
rozpowszechnił pogląd wśród poddanych, że ten kto sprzeciwi się jego woli
skończy swój marny żywot tak samo, jak niepokorny generał Lapus wraz z rodziną.
„Koniec ze mną „ – pomyślał.
– Panie znam tę opowieść. – załkał.
– Świetnie, skoro ją znasz to teraz pozwól mi
zrozumieć, co się właściwie stało z moim ulubionym niziołkiem!? – zasyczał
Imperator. A właściwie nie wiadomo było, co tak naprawdę zasyczało. W sali
nadal był sam. Mimo tego głos władcy ciągle słyszał intensywnie. Czuł się tak, jak gdyby
Imperator był wewnątrz jego świadomości, a wszystko wokół niego syczało.
– Panie, służyłem ci przez wszystkie lata służby dla
Cesarstwa wiernie, jak pies. Panie, wykonywałem bez szemrania wszelkie twoje
polecenia i proszę byś wysłuchał swego jedynego, lojalnego sługi. – prawie łkał
swoimi załzawionymi oczami Rodgar de Zuuw.
Nastała trudna do zniesienia cisza. Trwała na tyle
długo, by powtórnie obleśny strach swoimi przebrzydłymi mackami mógł nim zawładnąć.
– Czy masz świadomość Rodgarze, że przez twoją
głupotę, nieodpowiedzialność, a przede wszystkim nieudolność znów mam te sny? Co
ja mówię sny, to są koszmary! Ten młodzieniec w bajecznie kolorowych girlandach
kwiatów na szyi i ja. Lecz ja na końcu tego snu ginę! Rodgarze! Rozumiesz to:
umieram !? A ja przez wzgląd na swojego ojca, a zarazem mego pana, nie
wspominając o mojej misji, jaką mam do wykonania, przecież, nie mogę zejść z tego
świata. Ty natomiast… – świdrujący głos wbijał się coraz bardziej klinem braku
jakiejkolwiek empatii, brakiem emocji i całkowitą bezdusznością w świadomość
Rodgara. Ten głos w jego głowie stawał się coraz bardziej nieznośny –
…obiecywałeś mi, że tego koszmaru już nigdy nie będę miał, że tą małą
błahostkę, jaką dla ciebie jest ten przeklęty niziołek, w moim wiecznym życiu,
zlikwidujesz skutecznie, czyż tak nie było?
– Panie tak było i tak jest. Przecież to jeszcze nie
jest koniec… Ja przedsięwziąłem odpowiednie kroki. Jesteśmy już
blisko….Hrrrrrr…. – zaskrzeczał Rodgar.
Jakaś niewidzialna siła uniosła go nad posadzkę,
trzymając mocno za gardło. Nogi de Zuuw śmiesznie wierzgały w powietrzu. Oczy
zaczęły wychodzić z oczodołów, a żyły nabrzmiały na skroniach.
– Rodgarze, wiem, jakie kroki przedsięwziąłeś. Ale mam
wrażenie, że nie rozumiesz jednego: straciłem do ciebie, jako do swego wiernego
sługi, zaufanie. Czyż mogę mieć je nadal? Zwłaszcza w chwili, gdy jesteś tak
nieudolny i nie potrafisz zlikwidować tak małego problemu dla rozwoju mojego
imperium? Czy jesteś w stanie
zrozumieć, co żeś uczynił?
Niewidzialna dłoń coraz mocniej zaciskała się na szyi
Rodgara. A on sam, na sekundy, jak mu się wydawało, przed swoją niechybną
śmiercią, zaczął dostrzegać, jak materializuje się Imperator. Imperator o
wyglądzie mu wcześniej nieznanym. Początkowo dostrzegł rękę, która trzymała go
brutalnie za gardło, dalej powoli zauważał jego tułów, głowę i wreszcie nogi.
Tuż przed nim stał młodzieniec o przepięknej, wręcz boskiej, niemożliwej do
opisania jakimkolwiek językiem oraz słowami – urodzie. Panicz o blond włosach
lśniących niesamowitą, nadprzyrodzoną aurą, pięknie wyrzeźbionym ciele oraz
idealnym zarysie muskulatury. W oczy przerażonego skazańca od fizyczności
władcy biła oślepiająca łuna. Zanim wzrok Rodgara się do niej przyzwyczaił
musiał w pierwszej chwili zamknąć swoje powieki. Wreszcie, kiedy mógł bez obaw
o nabawienie się ślepoty, spojrzeć na Imperatora wydało mu się, iż na moment,
całkiem przypadkiem, spotkały się ich źrenice. To ulotne mgnienie mu
wystarczyło, by stwierdzić z przerażeniem, że nic w nich nie dostrzegł poza
wszechogarniającą wszystko pustką. Panowała tam tylko przeraźliwą ciemność,
która była jedyną przyszłością tego świata. Po chwili zdał sobie sprawę z tego,
że jednak w tych pustych źrenicach coś ujrzał, jakby pojedynczy przebłysk –
było w nim zawarte cierpienia tysięcy uwięzionych dusz, które zostały
pochłonięte przez odmęty piekła na ołtarzach ofiarnych poświęconych jego ojcu.
Po tym, co w tej przeraźliwej chwili swego życia
doświadczył, wiedział i był w pełni świadom tego, co jest treścią duszy
Czarnego Pana. Zdał sobie sprawę z tego, co go czeka, a także inne istoty tego
świata pod rządami Imperatora. Przyszłość była przerażająca, bowiem był nią tylko
ocean nicości, w którym była zatopiona na całą wieczność jego dusza oraz innych
istot.
Skumulowane składniki wszelkiego zła w jego monarsze
zatrwożyły Rodgara. Właśnie w tej kruchej dla jego życia chwili odkrył, że
Imperator nie może być istotą z krwi i kości, że to jest wyłącznie straszliwa
świadomość boga ciemności w zawładniętym przez niego ciele. Zdał sobie również
sprawę z tego, iż owa istota jest tak naprawdę bramą do piekieł, do zła w
najczystszej, pierwotnej postaci. Teraz już wiedział, był wręcz tego pewien, że
to zło nadciągało z najgłębszych pokładów cierpienia, jakie zadano istotom
pochłoniętym przez ten chaos.
Niespodziewanie dla Rodgara de Zuuw, gdy miał zostać ostatecznie unicestwiony, jak mu się wydawało, przez Czarnego Pana, ręka trzymająca go za gardziel zelżyła swój uścisk i rzuciła z olbrzymią siłą do tyłu. Odbił się od drzwi wejściowych do sali tronowej, by wreszcie ześlizgnąć się po nich w dół aż do posadzki. Gdy łapczywie łapał powietrze w zaciśnięte płuca dotarło do niego, że będzie jednak żył.
– Rodgar, masz ostatnią szansę. – zasyczał w jego
ostatnich chwilach świadomości Czarny Władca.
Zło, które o mało go nie zabiło, zdematerializowało
się i zniknęło. Wiedział tylko jedno, że musi wykorzystać tę ostatnią szansę
daną mu przez Imperatora. Inaczej jest zgubiony.
Potem już nic nie pamiętał. Stracił przytomność.
***
– Sinoe musimy natychmiast znaleźć jakieś odchody,
jakąkolwiek substancję o mocnej woni. Pomyśl czy coś takiego widziałeś gdzieś tutaj?
– Darkar omiótł wzrokiem okolicę drzewa do którego był przywiązany niziołek.
– Szukamy gówna, czy czego? A po co nam one do
szczęścia potrzebne? – zdziwił się mały człowieczek.
– Nie teraz Sinoe! Nie mamy czasu na jałowe dyskusje.
Jesteśmy w poważnych tarapatach. Zaufaj mi. Musimy się po prostu tym gównem
wysmarować… – wpół słowa mu się wtrącił wzburzony niziołek.
– Że co? Nigdy, za żadne skarby… – nie dokończył. Darkar natychmiast ostro mu
przerwał.
– Kurwa, gdzie sraliście na tej polanie? Natychmiast
wskaż to miejsce! Albo jeszcze lepiej, gdzie ci bandyci sprawiali zwierzynę?
Sinoe zaniemówił aż z wrażenia. Nie bardzo wiedział,
czy to co usłyszał, to nie jest przypadkiem ponury żart. Natrzeć się gównem?
Śmierdzącą padliną? A może to jednak
jakiś kawał, może niebawem wskaże go palcem i złośliwie wyśmieje, że dał
się na to tak dziecinnie nabrać… Ostatecznie posępny, a zarazem strasznie
złowrogi wzrok Darkara rozwiał wszystkie rodzące się w głowie niziołka
wątpliwości. Tak więc, doszedł ostatecznie do jednoznacznego wniosku, że to na pewno nie był ot taki sobie psikus dla poprawienia
ciężkiej atmosfery, która pojawiła się w ich relacji od samego początku.
– Ty nie żartujesz!? –
jeszcze pełen nadziei upewniał się niziołek.
– Nie, nie mam w zwyczaju żartować, gdy zaraz tutaj
zaroi się od zbrojnych. – odpowiedział jednoznacznie wojownik.
– Ale skąd to możesz wiedzieć? – zapytał się
zdezorientowany Sinoe. – Ja przecież nic nie słyszę ani tym bardziej nic nie
widzę… – dziwił się dalej.
Nie dokończył swojego zdania. Darkar zniecierpliwiony
przedłużającą się dyskusją oraz rozjuszony do granic możliwości za brak
posłuszeństwa w tak niebezpiecznej chwili chwycił Sinoe za szyję, podniósł do
góry i ściśniętymi od wściekłości ustami wycedził:
– Masz tylko dwa wyjścia! Albo wskażesz mi miejsce,
gdzie można znaleźć wasze gówno na tej polanie; albo to miejsce, gdzie są
resztki upolowanej
zwierzyny. – cedził powoli wojownik, by przerażony niziołek zrozumiał sens jego
wypowiedzi. – Dzięki czemu masz szansę dalej żyć, aczkolwiek będzie od ciebie śmierdziało na
stajanie; albo, jeśli nie zrozumiesz o co ciebie proszę, nim oni przybędą, to
ja ciebie natychmiast zakatrupię własnymi rękami.
– Spokojnie, spokojnie! – zakwilił cienkim z
przerażenia głosem Sinoe. – Ja przecież nie wiedziałem, że to nie jest jakaś
gra z twojej strony. Proszę, już ci zaufałem, postaw mnie zatem na ziemi.
Pokażę to czego potrzebujesz.
Darkar postawił z powrotem Sinoe na stabilnym gruncie.
– Tam urządzili sobie wychodek. – wskazał palcem w
kierunku skraju lasu. – A tam oprawiali upolowaną zwierzynę. – powtórnie
wskazał inne miejsce.
– Chodźmy. – rzucił przez ramię wojownik.
Idąc do miejsca przeznaczenia Darkar stwierdził, że
wiatr im wyjątkowo sprzyja. Wieje akurat od strony śmierdzącego wychodka w
stronę trupów bandy Garetha.
– Wysmaruj się! – nakazał zbrojny. Nie namyślając się zbyt długo, zanurzył swoje dłonie w ekskrementach, by po chwili zacząć smarować nimi swoją odzież. Sinoe z pewnym ociąganiem i nieukrywanym obrzydzeniem naśladował czynności wykonywane przez wojownika. Po kilku minutach skończył tę parszywą, wymuszoną siłą pracę.
– No proszę, mamy tę przyjemność z głowy. Teraz chodź
za mną. Wychodzę z założenia, że umiesz chodzić po drzewach?
– Myślę, że tak. Gdy byłem dzieckiem, jak każdy z nas
wspinałem się na drzewa, a teraz sam nie wiem. Ale myślę, że tego się nie
zapomina.
Wreszcie po krótkiej chwili znaleźli drzewo
odpowiednio wysokie, które pozwalało im obserwować bez problemu całą okolicę i
było na tyle gęste, że z poziomu gruntu nie można było ich dostrzec. Dla
bezpieczeństwa przywiązali się sznurem do konaru.
– Posłuchaj. Nie wolno ci się odzywać. Musisz
siedzieć cicho. Odpręż się i próbuj spokojnie
oddychać. Staraj się nie ruszać. Czekamy cierpliwie aż zbrojni odejdą z wyspy.
Potem podejmiemy decyzję, co robimy dalej. Zrozumiałeś?
– Tak. Ale co z
potrzebami fizjologicznymi?
– Robisz w
portki. A teraz siedź już cichosza.
***
Chmary komarów
niemiłosiernie cięły wszystkich żołnierzy zgromadzonych na tym leśnym dukcie.
Nie stanowiły dla nich przeszkody nie do przebycia ani kolczugi, ani lniane i
bawełniane koszule, ani pozostałe warstwy odzieży. Komary zawsze
wiedziały, gdzie należy przycupnąć, by ugryźć w najbardziej odsłoniętą, albo
zbyt słabo zabezpieczoną część ciała. Co chwila wojacy wydawali odgłosy
wściekłości i bólu po ukąszeniu przez żarłoczne owady. Klaśnięcia dłoni
oznajmiały wszystkim o próbie zgładzenia jednego z wielu latających wokół źródła pożywienia krwiopijców.
Nagle, tą obronę przed moskitami, przerwał
nadchodzący tumult z czoła oddziału. To straż przednia nie dość pośpiesznie
przepuszczała przez swoje szeregi zwiadowców wysłanych w awangardzie hufca
Gildii Kupieckiej. Wreszcie doszło do porozumienia pomiędzy żołdakami i dowódca
rozpoznania ruszył biegiem do Ervithara. Miał, jak się okazało, bardzo istotne
dla niego informacje.
– Ervitharze, co to za hałas przed nami? – próbował
przekrzyczeć wrzawę Wielki Szambelan Gildii.
– Panie to nasz zwiad wrócił z rozpoznania wyspy.
– Zwiad powiadasz…
– Tak panie … – nie dokończył. Jego wzrok przykuł
zwiadowca przepychający się przez szeregi zbrojnych zgromadzonych wokół
Ervithara. Była to mała istota z rasy gnomów. Muskularni, silni, wytrzymali i
karni. Jednak najważniejszą cechą predysponującą je do zwiadu było ich powonienie i świetny słuch.
Te istoty miały od urodzenia mocno rozwinięte te zmysły. Na zapach były bardziej
czułe niż psy, a pojedynczy dźwięk były w stanie usłyszeć z odległości wielu
mil. Dlatego w jego opinii żadna inna rasa nie nadawała się do tych zadań
lepiej. Znając predyspozycje tych istot Ervithar poświęcił sporo
czasu na zebranie takiego oddziału zwiadowczego.
– Pułkowniku – krzyknął chrapliwym głosem gnom w swoim
narzeczu. – Zadanie wykonane tak, jak rozkazałeś. Teren został dokładnie
rozpoznany. Ale… – tutaj zawahał się na chwilę – ... nie mam dla was dobrych wieści.
– Czemu? – w głosie Ervithara można było wyczuć konsternację i narastającą złość. Zbyt długo tego kogoś szukał, a rosnąca frustracja, że znów im się wymknął z rąk mogła źle się skończyć dla któregoś ze zgromadzonych wojów. Ponadto nie bardzo miał ochotę wysłuchać złośliwości ze strony tutaj obecnego, straszliwie zrzędliwego oraz stetryczałego – szambelana, na temat jego braku kompetencji.
– Powiem wam krótko i zwięźle, panie, tam nikogo nie
zastaliśmy poza stertą trupów. Obeszliśmy całą wyspę wzdłuż i wszerz. Nawet
postaraliśmy się, panie, i poszliśmy od niej na stajanie i
kompletnie nic tam nie było, a zwłaszcza niziołka. Jednego jestem pewien, że jatka tam musiała
być przednia. –
zagwizdał z przejęciem zwiadowca na
podkreślenie tego, co zastał na miejscu planowanego spotkania z bandą Garetha.
– Może jednak nie sprawdziliście trupów? Może tak jak inni zginął? – nie dawał za
wygraną pułkownik. Wściekłym wzrokiem omiótł wokół siebie, szukając ofiary, na
której mógłby się wyżyć. Jednak wszyscy, którzy stali do nie dawna tuż koło niego,
po przybyciu zwiadowcy, odsunęli się na bezpieczną odległość. Rozkazodawca
znany był z tego, że czasami potrafił wpaść w furię. Nie pozostało mu nic
innego, jak szpetnie przeklnąć.
– Nie, nie było tam żadnego takiego typka. Ktoś nieźle, niewątpliwie, wyszkolony w zabijaniu musiał położyć pokotem tych rosłych chłopów z sumiastymi wąsiskami. Zarżnął ich
fachowo nie ma co mówić. Ale wiecie co, panie, – sapnął po chwili zastanowienia
gnom. Próbowaliśmy znaleźć jakieś
ślady, które by potwierdzały, że tam
mogła przebywać poszukiwana przez nas owa istota. No i znaleźliśmy trop. Wręcz
jestem pewien, że niziołek był tam przywiązany do drzewa. Myślę nawet, bo ja
bym tak uczynił, że był skrępowany za ręce i nogi. Są ślady, które potwierdzają
to jednoznacznie. W samym obozowisku ognisko i popiół były jeszcze całkiem
ciepłe. Oj, niedawno musiała się stać, bardzo niedawno, ta rzeź.
– Ervithar, co ten oberwaniec tam gada? Tłumacz pan i
to raźno! – krzyknął w kierunku dowódcy szambelan z grzbietu swojego konia.
Był niezadowolony z wyrazu twarzy rozkazodawcy, bo to mogłoby oznaczać następną
porażkę w tak ważnej misji, jaką mieli do wykonania. Zatem znów coś poszło nie
tak.
– Nie mam szambelanie dobrych wieści dla Gildii.
Bandyci Garetha zarżnięci, jak owce, a po kurduplu ani śladu. Znów ktoś nas
wyprzedził, panie.
– Ervitharze, obiecałeś naszemu Wielkiemu Mistrzowi,
że tym razem pochwycimy tego niziołka. Twierdziłeś, że ludzie Garetha poradzą
sobie z tym prostym zadaniem, by dotrzeć bez problemów na tę wyspę, na bagnach
Palonii w jednym kawałku. A teraz okazuje się, że znów mamywielkie nic!? Powiedz mi jedno, po co my właściwie tutaj szliśmy taki szmat czasu? Komary
o mało nie wyssały ze mnie całej krwi, a ty obecnie prawisz, że
wędrowaliśmy po tym przeklętym bagnisku na darmo! Niepotrzebnie! Zaginęło
pięciu naszych ludzi, pożartych, zapewne na tych moczarach, przez jakieś potwory…
– szambelan wreszcie stracił oddech od potoku słów wyrzucanych z rozgniewanych
ust. Dostojnik nie mogąc odnaleźć kolejnych racjonalnych argumentów,
zrezygnowany, w końcu machnął kościstą ręką przecinając ze świstem powietrze.
– Panie rozumiem twoje zdenerwowanie… – w tym momencie
nastąpiła krótka pauza, która miała na celu dać szambelanowi czas na to, by
starzec miał krótką chwilę na zastanowienie się nad zastałą sytuacją i mógł
uspokoić swoje skołatane nerwy. Ervithar, bowiem znał znakomicie możnowładcę,
który z ramienia gildii z nim tutaj przybył i wiedział, co powinien uczynić,
by obłaskawić dostojnika. Mąż stanu był jego mentorem, a to oznaczało, że między
innymi dzięki jego poparciu tak wysoko
mógł awansować w strukturze tej organizacji, by wreszcie zostać wyznaczonym na
stanowisko dowódcy oddziałów Gildii Kupieckiej – … niemniej póki sam tam nie dotrę i
nie rozejrzę się po pobojowisku, dopóty nie stwierdzę, co tam właściwie sie wydarzyło..
– Pułkowniku pamiętaj, że ta misja to sprawa
polityczna. Jest to gra o żywotne interesy Cesarstwa lub naszej Gildii. Pamiętaj, jak wiele od
tego niziołka może zależeć. Ale najważniejsze jest to, abyś pamiętał jaka
przyszłość czeka naszą organizację dzięki pochwyceniu tego podżegacza. Tak więc
ruszaj. Na chwałę Wielkiego Mistrza!
– Na chwałę Wielkiego Mistrza – odkrzyknął Ervithar.
Dał wcześniej umówiony znak ręką.
Wraz z częścią oddziału, w skład którego wchodziły jego gnomy – zwiadowcy, ruszył w kierunku wyspy na bagnach.
***
W oddali, na tle nieba, tam gdzie horyzont spotyka się
z pustynią, pojawił się z początku maleńki punkt. Żwawość z jaką się poruszał,
powodowała, że zbliżał się on do pobliskiej gospody, stojącej tuż przy trakcie
prowadzącym do Cytadeli, w tempie nad wyraz błyskawicznym.
Jeździec ani trochę nie baczył na to, czy tą szaleńczą jazdą przypadkiem nie
zajeździ na śmierć swojego wierzchowca.
Karczma ta została umiejscowiona na skaraju pustyni, przy jedym trakcie do stolicy Cesarstwa. Można było w niej odpocząć i posilić
się przed dalszą drogą przez góry. Miejsce to było oddalone o siedem dni drogi
konno od Cytadeli. Dalej na wschód, tuż za górami, leżały obszary gęsto zaludnione szcześliwym ludem Imperium. Mieszkali oni na terenach
uroczych, pełnych bujnej roślinności oraz nieograniczonego dostępu do świeżej
wody. Pomimo bogactwa urodzajnej ziemi i zwierzyny ludność była
nad wyraz zabiedzona oraz przerażona. Terror,
jaki stosowali urzędnicy Imperatora był widoczny wszędzie. Pobocza traktów oraz
dróg były przyozdobione ciałami tych, którzy sprzeciwili się Czarnemu Panu, albo tymi, którzy byli podejrzani
o to, że kwestionują prawa i religię Cesarstwa.
Przemierzając tę krainę można było dostrzec dosłownie na każdym kroku dowody na rządy twardej oraz bezwzględnej ręki władcy nad swoimi poddanymi.
Aby dostać się do
żyznych nizin należało przebyć ostatni odcinek, który zaczynał się na
wysokości gospody oraz powoli wznosił się ku górze, by zamienić się w wysokie i
niedostępne Góry Graniczne przez które wiódł.
Jeździec na spienionym wierzchowcu w końcu dotarł do
bram gospody ”Przy Granicznych Górach”. Nie wiadomo skąd na widok
nadjeżdżającego wędrowca wyskoczył młody krasnolud. Pochwycił umiejętnie wyuczonym ruchem uprząż. Pomógł zsiąść zdrożonemu oraz zakurzonemu jeźdźcowi.
Ten zsiadłszy, pośpiesznie skierował swoje kroki do
wrót. Otworzył je z rozmachem na oścież, na moment przytrzymał drzwi swoim
zakurzonym do granic możliwości butem, by wpuścić do środka trochę więcej
światła. Chciał się rozejrzeć we wnętrzu oberży, by upewnić się w tym, czy ten,
którego spodziewał się tutaj zastać już na niego czeka. Wraz z przybyszem do
izby wpadło upalne, rozżarzone pustynnym słońcem powietrze, a wraz z nim ogromne
ilości wirującego piachu, porywanego pojedynczymi podmuchami gwałtownego wiatru. Zbierało się na burzę.
Na chwilę gwar rozmów w karczmie zamilkł. Oczy
wszystkich gości zwróciły się ku wędrowcowi. Był ubrany, jak większość tu
zgromadzonych. Na głowie miał turban, który kończył się szerokim pasem
materiału zasłaniającym twarz przed wszędobylskim, pustynnym piaskiem oraz
długą lnianą tunikę kończącą się tuż na biodrach. Nosił spodnie o szerokich
nogawkach i skórzane buty z wysokimi cholewami. W stanie był przewiązany
szerokim skórzanym pasem, zza którego wystawała pięknie zdobiona drogimi
kamieniami i złotem rękojeść sztyletu. Gatunek materiałów, które zostały użyte
do uszycia ubioru przyjezdnego wskazywał, że świeżo przybyły
należy do elity Cesarstwa.
Gwar rozmów na nowo począł rozbrzmiewać w gospodzie,
nim wędrowiec zdążył w izbie przejść kilka kroków. Nikt już nie zwracał
najmniejszej uwagi na przybyłego. Każdy zajął się swoimi sprawami.
Podróżnik przystanął na chwilę. Jego oczy dość szybko
przyzwyczaiły się do półmroku panującego wewnątrz gospody. Bez trudu dostrzegł
szczegóły oraz umeblowanie sali konsumpcji. Nie było w urządzeniu tej karczmy
nic szczególnego, co by ją odróżniało od innych tego typu przybytków.
Zlustrował dokładnie wnętrze oberży. Wreszcie po chwili
dostrzegł tego, którego spodziewał się odnaleźć w środku. Oczekiwana przez
przyjezdnego istota siedziała nieruchomo
w rogu sali. Bez żadnej bojaźni, ciekawsko wpatrywała się w stronę możnowładcy. Zachowanie obydwu gości karczmy, które miało wyglądać na
przypadkowe spotkanie nieznajomych nie mogło, w żadnym
przypadku, zmylić uważnego obserwatora. Obydwaj dawali sobie dyskretne znaki. Na pewno sie znali.
Raptem przed przybyłym wyrósł, jak spod ziemi
karczmarz.
– Panie, zapraszam w moje niskie progi! – jowialnie
wysapał oberżysta. – Dawno nie mieliśmy tak szlachetnie urodzonej istoty
w naszym skromnym przybytku – próbował pokłonić się stary i strasznie otyły
krasnolud. Wyglądało to pokracznie oraz wzbudziło w oczach wędrowca
politowanie.
– Odejdźcie mości panie i nakażcie służbie podać jadła
oraz napitku. Stajennemu przykażcie, żeby wyczyścił i doprowadził do porządku mego konia.
– Gdzie wam podać?
– Tam w róg. – wskazał ruchem głowy szlachcic.
Podróżnik skierował swoje kroki we wskazanym kierunku.
– Witaj szefie. – niespodziewanie zagaił rozmowę
nieznajomy ku któremu podążał nowo przybyły.
– Witaj – odpowiedział krótko dopiero, co przybyły
wędrowiec.
– Wykonałem wszystko, tak jak poleciłeś. –
zaczął powoli wpatrując się uważnie w oczy przełożonego.
– Maktarze, mam nie skrywaną nadzieję, że masz dla
mnie tylko i wyłącznie dobre wieści. Wiele od nich zależy, a zwłaszcza nasze
życie! Bo widzisz jestem po dalece nieprzyjemnej wizycie w Cytadeli. Dlatego
wierzę, że nie będę musiał wysłuchać więcej złych wieści. Nie byłbym w stanie
ich znieść! Pamiętaj o tym… – nie dokończył wychodząc z założenia, że nie ma
sensu dopowiadać oczywistości na ten temat. – Tak więc opowiadaj. – wreszcie
usadowił się wygodnie. – Czekam z niecierpliwością!
– Znam
już o wiele więcej szczegółów o tym, co jest dla ciebie dotychczas
zagadką, a olbrzymim utrapieniem dla Imperatora. – uśmiechnął się najwyraźniej
zadowolony ze swoich ustaleń.
– A cóż wiesz? – zainteresował się Rodgar – Nim jednak zaczniesz mi składać relację napijmy się tutejszej wódki. Podobno
pędzą tutaj najprzedniejszy bimber w całym Cesarstwie z okolicznych kaktusów.
Nieziemski przysmak. – Odwrócił swoją głowę w stronę szynkwasu i krzyknął
głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Karczmarzu podajcie, no waszego, specjału! I to szybko!
– Już biegnę, panie! – odpowiedział z zadowoleniem
karczmarz dostojnikowi.
***
Ervithar z uwagą rozglądał się po miejscu potyczki.
Ciała członków bandy Garetha leżały pocięte w kałużach posoki. Widok był nad
wyraz zajmujący, nawet jak dla niego. Niemniej powodem jego zainteresowania nie
byli leżący na polanie polegli oraz nie był nim, z całą pewnością, stan w jakim
były ciała. Przyczyną emocji, jakie go w tej chwili naszły były umiejętnosci tego, który to uczynił. Musiał przyznać, że to, co tutaj zastał było wręcz mistrzostwem, klasą dla siebie samej w sztuce zabijania. Zagwizdał przeciągle przez zęby, zawsze tak robił, gdy
czuł się podekscytowany. To było już naprawdę coś, trudno mu było zaimponować. W jego mniemaniu bój nie mógł trwać nazbyt długo.
– Piękne. – zamruczał sam do siebie. – Piękne!
– Panie ... – wyrwał z rozmyślań Ervithara gnom. – ... jeszcze
raz sprawdziliśmy wyspę. Nie znaleźliśmy nic godnego uwagi. Żadnych śladów. Nie
wyczuliśmy żadnego zapachu jakiejkolwiek żywej istoty w tym miejscu. W okolicy
czuć tylko fetor śmierci i gówna. W zasadzie, nie znajduje się
tutaj nic takiego, co by wskazywało, że ktoś lub coś mogło przed naszym
przybyciem tutaj się ukryć. Panie, więc, co dalej?
Proszę o rozkazy!
– No cóż spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Byłem
wręcz pewien, że tego, który ... – w tym miejscu zrobił efektowną przerwę i wskazał
ręką leżące trupy bandytów – ... dokonał tego dzieła zniszczenia nie zastaniemy w
oczekiwaniu na nasze przybycie. Z
dużą dozą prawdopodobieństwa – słowo „prawdopodobieństwo” Ervithar podkreślił
wyraźnie mocniej je akcentując – możemy stwierdzić, że niziołek był tutaj
więziony tak, jak zresztą to wcześniej stwierdziliście żołnierzu! Jestem
pewien, że nie zginął podczas potyczki. I to jest jedyna dla nas dobra wiadomość
w tej sytuacji. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak
tylko podjąć poszukiwania naszej zguby. Ale … – Ervithar na chwilę
przerwał swoje wywody, by pozbierać do końca myśli i przekazać swojemu
podwładnemu strategię działania – … może powinniśmy do tego celu użyć naszych
latających braci!? Wydaje mi się, że jest jeszcze, co prawda mała, ale szansa
na odnalezienie naszego małego zbiega! Zatem do dzieła.
– Wedle rozkazu, Panie!
– Wezwij telepatę, natychmiast!
Nim zdążył cokolwiek uczynić gnoma już nie było.
Telepaci zawsze go fascynowali. Z wyglądu niczym się nie różnili od innych przedstawicieli rasy ludzkiej lub elfiej. Lecz oba te gatunki istot światła przypominały ich tylko fizycznością. Wiedział, co mówi. Zbyt długo z nimi współpracował, by się móc mylić. Wyselekcjonowane dzieci o ściśle określonych cechach oraz odpowiednich umiejętnościach były szkolone przez długie lata. W tym działaniu nie mogło być żadnego przypadku, a samo ryzyko nie powodzenia zostało ograniczone do niezbędnego minimum. Selekcja był początkiem ich drogi przez mękę. Następnie każde z tych dzieci miało wyznaczone etapy, które musiało osiągnąć. W trakcie ich szkolenia poddawano je wielu ryzykownym dla ich życia i zdrowia próbom. W pełni ukształtowanych telepatów pozostawało przy życiu po procesie szkolenia ostatecznie niewielu. U zbyt wielu nieświadomych swojego losu i przeznaczenia kandydatów w wyniku przeciążenia umysłu w najlepszym przypadku dochodziło do pomieszania zmysłów, a w większości przypadków kończyło się straszliwą śmiercią.
Koszty kształcenia powodowały, że telepaci byli
nad wyraz cenni. Ich szkolenie było wyrafinowane oraz
pełne pułapek, a to wszystko było okraszone olbrzymim ryzykiem niepowodzenia.
Wyłącznie najbogatsze królestwa oraz organizacje, takie, jak choćby gildia,
mogły sobie tylko pozwolić na luksus ich posiadania.
Najliczniej były reprezentowane w tej profesji elfy.
Bowiem to je natura najhojniej obdarzyła pożądanymi cechami. Dzięki
swoim wrodzonym umiejętnościom mogli porozumiewać się z praktycznie wszystkimi
istotami za pomocą telepatii, którą potrafili nakłonić je do swojej woli.
To jednocześnie pomagało im kontrolować gryfy, smoki a także inne
stworzenia na potrzeby armii.
– Wzywałeś mnie panie? – przez umysł Ervithara
przeleciał świdrujący, obcy głos. Naprzeciw niego stał telepata elfii telepata.
– Tak wzywałem. – potwierdził Ervithar. Za każdym razem, gdy „rozmawiał” z telepatą czuł rozbawienie. Wielokrotnie łapał się na tym, iż w myślach bez zastanowienia nie potrafi odpowiedzieć tym istotom. A przecież jedynie przelotna myśl wystarczyłaby dla podtrzymania konwersacji. Wielokrotnie bezwiednie odpowiadał im mową, co było całkowicie bez sensu. – Wyślij kilka gryfów. Niech rozpoznają okolice. Obszar rekonesansu obejmie maksymalnie ten rejon. – zakreślił koło na mapie. – Dalej nie byliby w stanie dotrzeć.
– Kogo szukamy panie?
– Na pewno niziołka, a ten drugi to…No cóż, kim on
może być do cholery, no kim? – zastanowił się na głos. Bezwiednie to uczynił, zapominając, że to, co
pojawia się w jego myślach odczytuje bez problemu telepata. – Niech szuka
niziołka i istoty, tak myślę, o wyglądzie elfa lub człowieka. Przecież dwa
niziołki nie byłyby w stanie zatłuc Garetha i jego bandy. To jest po prostu
niemożliwe.
– Panie wedle twojego życzenia. – potwierdził telepata
wykonanie zadania.
***
– Jak tam gorzałka z kaktusa? – zapytał się Rodgar de
Zuuw towarzysza biesiady. Teraz, po krótkim odpoczynku czuł się znacznie
lepiej. Miał po za tym o wiele lepszy humor niż zaraz po przybyciu do karczmy.
Zapewne niebagatelny na to wpływ miało to, że już był po kilku dobrych
kieliszkach mocnego, tutejszego trunku, co, w rzeczy samej, przekładało się
na jego coraz lepsze samopoczucie.
– Cóż za wspaniały smak! Cóż za aromat! Coś niebywale
cudownego. Prostymi słowy: delikates nad delikatesami. – zamlaskał obleśnymi
ustami Maktar niejako odpowiadając na pytanie możnowładcy.
– No więc posililiśmy się i popiliśmy. Wreszcie
czuję, że nadal żyję i żyć będę. Tą cudowną poprawę mojego samopoczucia
zawdzięczam tej oto regionalnej gorzałce. – uśmiechnął się szeroko Rodgar. –
Wyobraź sobie mój drogi Maktarze wreszcie po tylu nerwach jestem nad wyraz
mocno zrelaksowany! Jak wspaniale ta gorzała rozgrzewa od środka. Oj, wierz mi,
potrzebne mi to było, jak najwykwintniejsza strawa. Szczególnie po
wydarzeniach, jakie miały miejsce w Cytadeli. Niewiele już brakowało, a byłoby
po mnie! Ot taka nasza psia dola. – wzdrygnął się najwyraźniej na samą myśl o
tym, co mogło go spotkać z rąk Imperatora.
– Szefie, jak to!? Taką wielką krzywdę wyrządzić tak
wiernemu i zacnemu słudze … – zaoponował murgr, lecz nie dokończył uciszony
gniewnym machnięciem ręki de Zuuw.
– Nie wracajmy już do tych nie przyjemnych wydarzeń.
Nie warto. Bo widzisz, – tutaj ściszył swój głos do szeptu – w naszej parszywej
robocie musisz zawsze brać pod uwagę każdy możliwy rozwój wypadków, nawet ten
najgorszy. Zapamiętaj to sobie na zawsze: nieznane są wyroki władców świata
wobec nas zwykłych poddanych, którzy wykonują za nich tą czarną robotę … –
filozoficznym stwierdzeniem zakończył swój wywód szpieg. – Ale
teraz, powtórzę ci jeszcze raz, czuję się znacznie lepiej. Mogę więc w końcu
wysłuchać tego, co masz mi ciekawego do opowiedzenia o zleconej przez ze mnie misji.
– Od czego mam zacząć? – zapytał niepewnie
Maktar.
– Najlepiej od początku; od samego początku mój drogi…
– głos Rodgara stał się nadzwyczaj miękki oraz aksamitny. Nie należało jednak
przyjąć tej poufałości za dobry omen. Wielu już to zgubiło.
– Zlecone zadanie zacząłem od tego, by sie dowiedzieć kogo my wlaściwie szukamy. Musiałem wpierw znać pytania, by móc poszukać na nie
konkretnych odpowiedzi. Pamiętasz, jak kazałeś mi przeszukać wszelkie archiwa,
wszelkie więzienia i obozy resocjalizacyjne w Cesarstwie?
– Pamiętam, tak było. Mów zatem dalej.
– A pamiętasz, jak kazałeś zwrócić szczególną uwagę na
nieprawdopodobne teorie, jakie w ostatnim czasie głosili wszelkiej maści
wywrotowcy, którzy zostali z tego powodu zatrzymani? Zwłaszcza
nakazałeś zainteresować się i odnaleźć tych, którzy zostali już osadzeni w naszych
więzieniach i dokładnie ich przesłuchać? – przerwał na chwilę
Maktar. Czekał na reakcję Rodgara. Niestety, nie doczekał się na nią.
Dostojnik sprawiał wrażenie osoby obojętnej. – Powiem szczerze nie było
łatwo, ale udało mi się znaleźć kilka ciekawych tropów. –
tutaj dało się słyszeć chichot – Nie wiem czy są oni tak wielkimi wieszczami, czy może jeszcze większymi półgłówkami wiejskimi. Ale z tych wszystkich przepytanych tylko jeden z nich posunął naszą
wiedzę w znaczący sposób do przodu… – tutaj nastąpiła efektowna pauza.
***
Murgr stał pośrodku celi. Wokół niego ktoś poustawiał
przemyślne narzędzia tortur. Atmosfera miejsca kaźni miała za zadanie zmusić do
wyznań skazańca, którego przyjechał przesłuchać. Przynajmniej na to liczył
przybysz. W swojej karierze juz wielokrotnie wykorzystywał dla złamania
aresztanta tego typu strategię. Nie ukrywał, że zazwyczaj metoda skutkowała. Z
zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi. Do celi wpadł zdyszany strażnik.
– Przyprowadzić więźnia. – Maktar nawet nie poczekał aż
klawisz z obozu resocjalizacyjnego odezwie się do niego, tylko w jego stronę
rzucił rozkaz tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zaplanował sobie przepytać
interesujący go „przypadek” na okoliczność wieszczonego upadku Czarnego
Pana. Teorie tej istoty były nad wyraz intrygujące zwłaszcza, gdy weźmiemy pod
uwagę misję, jaką miał do wykonania dla Rodgara de Zuuw.
Ork bez szemrania, a zarazem najmniejszego sprzeciwu
ruszył wykonać komendę przełożonego. Brak jakiegokolwiek buntu nie był normalny
dla tych istot. One nie znały czegoś takiego, jak pełne podporządkowanie
regułom i zasadom obowiązującym każdego w społeczeństwie. Z samego założenia
były anarchistyczne. Strażnik pozwolił sobie tylko na ciche mamrotanie pod nosem, by nikt tego nie
usłyszał, a zwłaszcza murgr, o jakichś złorzeczeniach na temat swojego marnego losu.
Maktar, co prawda usłyszał skargi, jednak ostentacyjnie zlekceważył to naganne
zachowanie podwładnego. W ten sposób pokazał orkowi, która z ich
ras jest rasą panów.
Istotnym w zrozumieniu zachowania strażnika obozu było to, że Maktar był murgrem. Orkowie panicznie się ich bali. Murgrowie, jak i zresztą uczyniły znacznie wcześniej elfy, jeszcze w zamierzchłych czasach, pobili orków w wielkiej wojnie. Po porażce z murgrami w toczonym wieki temu konflikcie orkowie zostali zniewoleni przez swoich pogromców. W ich plemiennej pamięci przez wiele pokoleń utrwaliły się czasy niedoli, o których opowiadano mrożące krew w żyłach opowieści.
Ponadto murgrowie byli potężniej zbudowani i znaczniej
silniejsi od orków. W wyniku wielowiekowego doświadczenia, w końcu panowali nad
nimi setki lat, nauczyli się jednego, że do ograniczonej inteligencji orka
wyłącznie przemawiał argument brutalnej, prostej siły. Tylko paniczny strach
był w stanie je zmusić do bezwzględnego posłuszeństwa.
Ze względu na ograniczoną umysłowość, orki nadawały
się znakomicie do roli prostego, nieskomplikowanego żołnierza stworzonego do
dwóch celów: po pierwsze zabijania wrogów; a po drugie, by ginąć w obronie
interesów geopolitycznych swojego władcy, gdyż nie zadawali niezręcznych pytań
o sens walki. Robili, co im kazano. Równie znakomicie sprawdzali się w funkcji
strażnika więziennego. Do tej funkcji predysponowała je ważna cecha – nie mieli
żadnych uczuć wyższego rzędu. Zabijanie i torturowanie sprawiało im olbrzymią
radość, czym sobie wynagradzali niedogodności swojego parszywego życia.
– Panie oto więzień, którego chciałeś wziąć na spytki.
– wyrzęził jeden ze strażników. W dłoni trzymał sznur, który krępował ręce oraz
pętał nogi skazanego, by ten nie próbował zbiec lub zaatakować strażnika..
„Jakże taką
wymowę można nazwać inaczej niż charkot?” – pomyślał murgr z dezaprobatą.
– Przywiązać go
do ściany. – nakazał przybysz.
Wartownicy wykonali polecenie bez szemrania. Nawet, co
było niespotykane, pod nosem nic nie próbowali mamrotać. Taką postawę strażników przyjął z nieukrywaną satysfakcją.
Miał okazję przyjrzeć się z bliska skrępowanemu
wieszczowi. Był to wysoki elf w roboczych, prawdopodobnie obozowych,
łachmanach. Mimo widocznego wycieńczenia, zapewne, spowodowanego trudami życia w
obozie resocjalizacyjnym, z oczu, zresztą przepięknych, wyzierała wielka duma
i buta. Za te właśnie cechy charakteru Maktar uwielbiał te dostojne w
sposobie bycia, a zarazem najpiękniejsze ze stworzeń rozumnych – elfy. Przepadał
za ich szaleńczą odwagą oraz za ich niezłomnością charakteru. Wielokrotnie
próbował najbardziej wymyślnymi torturami zmusić elfy do zeznań, ale nigdy nie
przynosiło to wymiernych efektów. Były nawet w stanie przetrwać torturę
krwawego orła ( płuca z otwartej klatki piersiowej po stronie pleców wyciągał na zewnątrz) i przy tym nie pisnąć ani słowa. Dlatego, gdy miał pewność, że nic nie
wyciśnie z gagatka, najczęściej ze znużenia, a po części z miłosierdzia,
kończył niedolę istoty światła jej
błyskawiczną śmiercią.
Wieszcz był cały posiniaczony. Miał bladą cerę, co
zapewne znaczyło, a wiedział to ze swojego doświadczenia, że jest dość długo
„resocjalizowany”. Jednak najsmutniejsze dla więźnia było to, iż dopełni,
raczej prędzej niż później, swojego marnego żywota w tym paskudnym miejscu.
Uwięziony przedstawiciel najstarszej rasy pośród istot światła zdawał sobie
sprawę, że już nigdy nie zobaczy ukochanej, otwartej przestrzeni ani nie
poczuje zapachu oraz powiewu świeżego powietrza na swojej twarzy. I to właśnie
była dla nacji elfów najgorsza z możliwych tortur, a zarazem kar – brak wolności, a wraz z nią tego przysłowiowego wiatru we włosach. Po cichu, przed samym sobą, przyznawał się do
tego, iż było mu go zwyczajnie żal. Naprawdę tak myślał. Mimo empatii, jaką
czuł do elfów wszyscy wokół wraz z De Zuuw byli święcie przekonani o braku
jakichkolwiek ludzkich uczuć murgra do nich. Tak znakomicie maskował swoje
prawdziwe odczucia.
Wreszcie strażnicy przywiązali skazańca do wystających
ze ściany stalowych haków. Elf stał dokładnie na przeciwko przesłuchującego.
– Czy wiesz, po co tutaj cię przyprowadzono, elfie? –
zapytał się więźnia Maktar.
– Nie wiem. A skąd miałbym to wiedzieć? –
odpowiedział zmęczonym głosem skazaniec.
– Interesują mnie twoje proroctwa. Są one
na tyle intrygujące, że zechciałem się specjalnie dla nich na to zadupie
pofatygować. Czy moglibyśmy szczerze o tym porozmawiać? – poprosił
przesłuchujący więźnia z wyczuwalną nutą fałszu w swoim głosie.
– No proszę, jaki mnie spotkał dzisiaj zaszczyt?!
Jestem pod wrażeniem twoich szczerych wyznań! Od kiedy, bowiem tak mało
znaczące rzeczy zaczęły interesować nieczułego na cokolwiek murgra?! – szydził
z prześladowcy elf, który bacznie się przyglądał Maktarowi, próbując odczytać
intencje z jego twarzy.
– A czemu nie miałyby mnie interesować? Zwłaszcza, że
nadchodzą dziwne oraz trudne czasy. Coraz więcej wszyscy wokół prawią o
zbliżających się wielkimi krokami zmianach pośród władców tego świata.
Szczególnie dużo proroctw, w tym twoje, dotyczy upadku Imperatora. A te
przepowiednie przekazywane z ust do ust zwłaszcza pośród ludu Cesarstwa są dla
mnie bardzo intrygujące, co jest z natury rzeczy zrozumiałe. Chciałbym
zrozumieć, jakie są ku temu podstawy, z czego to wynika? – spojrzał uważnie na
skazańca mierząc go przenikliwie swoim wzrokiem. W końcu nie doczekawszy się
odpowiedzi na pytania nabrał powietrza w płuca i wyrzucił z siebie
oskarżenia. – Czy to nie ty przypadkiem elfie głosiłeś tę dobrą nowinę o
zagładzie Czarnego Pana pośród uciśnionego ludu imperium? Oczywiście, że tak! –
natychmiast odpowiedział sobie na pytanie. – Ciekaw jestem czemu
rozpowiadałeś te fałszywe wieści? Mogłeś się
spodziewać tego, jak to się może dla ciebie skończyć. Ten jeden fakt mnie mocno
zastanowił czemu to jest dla ciebie aż tyle warte, by bez mrugnięcia okiem
poświęcić na ołtarzu przekonań swoją ukochaną wolność. Więc pytam jeszcze raz:
czemu to jest dla ciebie aż tyle warte?
– Ty i tobie podobni mielibyście zrozumieć nas, istoty
światła? Jesteście przecież tak gruboskórni, tak obrzydliwie … – prorok szukał
rozpaczliwie słów na właściwe określenie istot ciemności i chaosu. – …
pozbawione uczuć! O litości! Wy przecież nie jesteście w stanie tego zrozumieć!
Nawet wy pośród najwyższej kasty tego królestwa jesteście niewiele lepsi od
tych tu prymitywnych orków. – więzień wymownie spojrzał w kierunku dwóch
strażników, którzy znudzeni przysypiali w lochu. – Ale już, na całe szczęście, czas waszego
upadku nadchodzi. Już niedługo!
– Elfie czemu
zaczynasz tak agresywnie swą opowieść? –
zadrwił przesłuchujący z więźnia. –
Czyżby to był wyraz wszechobecnej miłości wobec bliźniego?! Ciekawe jest
to, co mówisz, bo kłóci się z głoszonymi przez ciebie prawdami. Ale przejdźmy
do sedna naszej pogawędki, któż miałby nas pokonać? Te skłócone z sobą
królestwa ludzi, elfów i krasnoludów? – złośliwie się uśmiechnął i zaraz elfowi
odpowiedział na wypowiedzianą przed momentem swoją wątpliwość. – Przecież to wy sami siebie nawzajem
wyrzynacie. Wtedy niczym nie różnicie się od podłych orków, czy nas murgrów.
Wielokrotnie widziałem te wasze „cywilizowane” wojny. Nie ma dla was większego
znaczenia kogo i jak mordujecie: dzieci, kobiety lub starców! A pamiętasz te czasy, kiedy wasz władca zawarł przymierze z Imperatorem po to
tylko, by pomóc wam w obronie waszych ziem i osad przed znienawidzonymi ludźmi.
Wtedy to elfie wojska ramię w ramię maszerowały z naszymi oddziałami i nikomu z was to wcale nie przeszkadzało. Ty i tobie podobni nie rozumiecie jednego: nasz miłujący pokój Imperator po okrutnych wojnach zrozumiał jaki jest nasz cel. Otóż naszym celem jest to, by wreszcie zaprowadzić pośród
śmiertelnie skłóconych istot upragniony przez wszystkich pokój. Was do upadku prowadzi wasza zgnilizna. Jeśli Czarny Pan nie zaprowadzi naszego porządku, grozi nam chaos i upadek. Pragniemy byście dobrowolnie przyjęli naszą rozwiniętą cywilizację i naszą pokojową
religię. Nie chcemy, w żadnym wypadku, narzucać wam niczego siłą, wystarczy, że się poddacie i wydacie swoją zbrodniczą elitę. Czy dla
wspólnego dobra nie warto uznać naszego jedynego boga, a wraz z nim władzy
Imperatora? Niewiele więc żądamy w zamian za wieczny pokój. Spójrz na nasz
lud. Jest przecież tak szczęśliwy i żyje mu się dostatnio. Więc, pytam się
ponownie, czemu wieszczysz w swojej prawdzie objawionej nasz upadek? – Maktar z wyczuciem
przerwał swoją tyradę słowną. Chciał podkreślić mielizny myślowe proroctwa
elfa. Gdy już był gotów kontynuować dalej swoją wypowiedź, uniósł głowę do
góry, spojrzał prosto w oczy więźnia i wręcz zasyczał świdrującym głosem. –
Widzę jednak jeden szkopuł w twoim rozumowaniu. Bo widzisz, dziwnie tak się
składa, iż siedzisz tutaj, w tym okropnym miejscu od lat, a twoja
przepowiednia, którą głosiłeś, jakoś, i wcześniej, i teraz, nie spełniła się w
najmniejszym stopniu. Więc zadaj sobie czasami jedno pytanie:
czy warto było za ułudę, którą głosisz i głosiłeś wszem i wobec oddać waszą,
ukochaną wolność?
– Ty nadal nic nie rozumiesz prosta, grubiańska
istoto. – wykrzyczał więzień do murgra. – W twoje kłamstwa o umiłowaniu pokoju
nie wierzę i zapewne żadna z istot światła nie jest w stanie tym słowom zaufać. Waszym jedynym celem jest całkowity podbój wszystkich krain tego świata. Dążycie, by nas zniewolić i oddać, jako ofiary na ołtarzach waszych bogów ciemności. I to ma być ta wasza
wspaniała cywilizacja? Zatem posłuchaj uważnie tego, co ci teraz rzeknę. Co
prawda nie wierzę w to, by ta opowieść otworzyła twe zaślepione oczy. Mimo to wierzę, że ta rozmowa pozwoli ci zrozumieć coś czego w tej chwili nie pojmujesz ani nie jesteś w
stanie dostrzec. Nadchodzi kres waszego imperium zła. Z tej drogi upadku
Czarnego Pana nie ma już odwrotu. Jeśli pozwolimy wam zagarnąć wszystkie,
jeszcze niepodbite przez zastępy wojsk Cesarstwa kraje wtedy nastąpi koniec nas
wszystkich. Wokół będzie tylko bezkresna pustka i nicość. Jednak los pragnie
odwrócić to, co wydaje się być nieuniknione. Dlatego narodził się zbawca,
namaszczony do swej roli przez przeznaczenie – siłę potężniejszą niż sami bogowie.
Wszyscy z utęsknieniem na niego czekaliśmy przez setki lat. To jest mesjasz,
który nas wreszcie wyzwoli, a u jego boku kroczy wojownik – mściciel. Mściciel, wierz mi, pomści nasze krzywdy za pomocą stali – miecza i topora, to on
wszystkie istoty światła wyzwoli spod panowania sił ciemności i chaosu, to on
będzie katem ze snu waszego imperatora. Czy teraz zrozumiałeś, czemu nowina,
którą głoszę była warta utraty mojej ukochanej wolności? Czy jesteś w stanie to
zrozumieć? – elf zrobił efektowną przerwę, uważnie wpatrując się w napiętą z
wściekłości twarz murgra. – Czy masz świadomość tego, ilu skazańców takich, jak
choćby ja, którzy gniją w obozach rozsianych po twoim imperium ma wreszcie
nadzieję. I to jest właśnie wspaniałe. Bo pielęgnujemy ją w sobie, by móc
przetrwać do chwili upadku Imperatora. Wspieramy siebie nawzajem, by tę pociechę nieść i krzewić dalej. Ci wszyscy,
którzy w to proroctwo wierzą, są naszą siłą. Wszystkich przecież nie
wyrżniecie. Nie jesteście w stanie. Ja i mi podobni, jest
nas wielu, nasze wszystkie dusze wyzwoliliśmy spod jarzma sił ciemności,
strachu i zwątpienia, bo mamy nadzieję. Zapewne zgniję w tym obozie, ale moje dzieci i dzieci
moich dzieci będą wdychały zapach wolności; będą miały przed sobą przyszłość. Z
waszą cywilizacją czeka je tylko nicość i zatracenie. Smutek i ból. I nic ponad
to! Wiedz o tym, że zjednoczą się wszyscy: i elfy, i ludzie, i krasnoludy, i
inne jeszcze rasy.
Murgr patrzył z niedowierzaniem na elfa. Z tej nędznej
istoty, nagle zrodził się byt silny, pewny siebie. Nie do końca był pewien
czy dobrze widzi, bo elf wypowiadając owe słowa, jakby urósł. Wzniósł się ku
górze. Elf był w tej chwili bardzo dumny ze swej wiary. W trakcie przemowy
był istotą pełną pasji., wierzącą w głoszone przez siebie słowa. Czuło się wręcz
powiew wolności, który oczyści umęczony lud.
Ale czy słowa elfa mogły być wizją?
Przecież imperium miało trwać wiecznie. Lecz energia z jaką głosił proroctwo miała siłę oceanicznego tsunami, będącego w stanie zmieść ze swojej
drogi każdego, kto próbowałby mu się oprzeć.
Mocny głos więźnia zbudził smacznie drzemiące w rogu
celi orki, które gwałtownie zerwały się na nogi. Nie miały pojęcia, co się
wokół nich dzieje. Patrząc na elfa nie mogły
uwierzyć, że to jest ten sam skazaniec,
którego jakiś czas temu tutaj przywlekli. Dostrzegł w ich oczach głęboki,
zwierzęcy strach.
–Skąd znasz me imię? – zapytał się niepewnie mocno wstrząśnięty Maktar. Swoja wykrzywioną w złości twarz zbliżył do twarzy
więźnia. Poczuł zapach smrodu rozkładającego się potu, który był nie do
wytrzymania. Z odrazą, gwałtownie odchylił głowę do tyłu.
– Nic nie jesteś w stanie zrozumieć! Nic, kompletnie
nic. Wiedziałem, że tutaj przybędziesz. Wiedziałem o tym, bo miałem od
dłuższego czasu prorocze sny. Wiem, czemu przybyłeś. Jestem wybrańcem,
który ma ci przekazać nowinę. A ty masz ją przekazać tym, których
mściciel z girlandami kwiatów na szyi zgładzi!
***
Świece na stole nie dawały zbyt wiele jasnego światła.
Było ciemno i ponuro. Na blacie wykonanym z surowych, nie heblowanych desek
stały gliniane naczynia z jadłem i napitkiem. Możnowładca podniósł szybko
szklanicę i połknął za jednym haustem porcję kaktusówki. Gorzała rozlała się po
przełyku okrutnie paląc swoją mocą wnętrzności pijącego. Skrzywił się
straszliwie, prychnął a na koniec otarł zwilżone usta rękawem.
– Ciekawa ta twoja opowieść, mój drogi. – stwierdził,
zajęty konsumpcją, Rodgar. – A co najważniejsze, dla naszej sprawy, ma wiele
elementów wspólnych z wizjami występującymi w snach Imperatora. No nie powiem:
zastanawiające i zarazem ciekawe… – mlasnął, równocześnie próbując wydłubać, za
pomocą drewnianej drzazgi, z przerwy między zębami pozostałości dopiero co
spożytej strawy. Wreszcie skończył tą pasjonującą czynność. – Karczmarzu podaj, no tej, kaktusówki jeszcze
z jedną butelkę. – krzyknął z wahaniem do opasłego krasnoluda. Cały czas
zastanawiał się nad tym, czy to zamówienie będzie końcowe tego wieczoru.
– Nie będę przed wami ukrywał, że to przesłuchanie
zrobiło i na mnie piorunujące wrażenie. Szkoda, panie, że nie widzieliście min
tych przygłupich orków. To dopiero była zabawne.
– Zapewne. Ale powiedz mi tak szczerze: czemu nie
dałeś rady z więźnia wycisnąć jeszcze czegoś interesującego ? Może jednak
wyciągnąłeś jakieś dodatkowe informacje, lecz tego nie pamiętasz !? – spojrzał
się czujnie w oczy Maktara. Najwyraźniej mina jaką zrobił murgr go uspokoiła.
– Ja wiem, że nie złamaliśmy do tej pory
jakiegokolwiek elfa nawet bólem, ale może ten chciał jeszcze coś ci rzec a ty
nie pamiętasz, żeby mnie, przepraszam, nas mścicielem postraszyć? – możnowładca
próbował pojednawczym tonem głosu załagodzić swoje wcześniejsze oskarżenia
wobec podwładnego.
– Ponad to, co ci, panie, dotychczas przekazałem nic
więcej nie wiem.
– Wielka szkoda. I co o tym wszystkim myślisz, mój
drogi? – Rodgar sięgnął po szklanicę z kaktusówką. Podniósł ją na wiwat
poczekał aż to samo uczyni jego towarzysz i na znak wypił jednym łykiem do dna.
Oblizał się.
– Co ja myślę? – Maktar wierzchem dłoni przetarł
zwilżone alkoholem usta. – Mocne to
cholerstwo, oj mocne. Panie, opowiedziałem ci o najciekawszym przesłuchaniu
spośród tych, które odbyłem w ostatnim czasie. Ale, w zasadzie, inni, pokręceni
prorocy, bredzą podobne bzdety. Głównie o upadku imperium. Ten jednak podał nad wyraz wiele szczegółów.
Dla mnie osobiście tworzy się jakiś nowy nurt społeczny. Może powstaje jakaś
nowa religia?
– A może któryś
z naszych wrogów podsyca te przepowiednie i ma ukryty w tym cel? – zaniepokoił
się nie żarty możnowładca.
– Ale zastanówmy się kto miałby w tym interes? –
podchwycił Maktar ciąg myślowy Rodgara.
– No proszę zastanów się: kto to może być ? W mojej
opinii jest wyłącznie jeden a do tego żelazny kandydat!
– Czyżby Gildia?
– Tak Gildia, mój drogi Maktarze! Pomyśl kogo na te
wszystkie działania stać. Właśnie tylko Gildię. To ona ma odpowiednio zasobny
skarbiec, by siać skutecznie ferment wokół Czarnego Pana. Pozostali nasi
wrogowie mają niewielki wybór : albo muszą się do nas przyłączyć i czynić czego
my od nich oczekujemy, albo przyłączyć się do Gildii. Jednak, jakby zastanowić
się głębiej nad tym wszystkim, to żadna siła nie jest w stanie pogodzić tych
zwaśnionych ras. One przecież zieją do siebie nienawiścią a teraz mieliby się
połączyć w jeden front przeciwko Marchii ? Nie wierzę tym bardziej, że jedni
drugim są wilkiem. Pamiętasz te wszystkie czystki etniczne na których Marchia
skorzystała? Przecież, a dobrze o tym wiesz, jeszcze bardziej podsycaliśmy tę
wrogość, by skutecznie zdestabilizować te krainy. Choćby… – główny szpieg
Czarnego Pana na chwilę zaniemówił. Szukał w pamięci argumentów z przeszłości,
by poprzeć swoją tezę. W końcu znalazł. – … wtedy, gdy zajęliśmy królestwo
Pomezanii. Oficjalnie ogłosiliśmy wszem i wobec, że nasza interwencja ma za
zadanie ochronić ludność tego królestwa przed hordami Jaćwigów. Gildia
próbowała przekupić strony złotem, by doprowadzić do zawieszenia broni.
Wtenczas nawet mieszek Gildii nie był w stanie wyplenić tej całej wrogości antagonistów
zwartych w wojennym uścisku wobec siebie. Musieliśmy wysłać wojsko. Oczywiście
nie zapominajmy, że myśmy podburzyli Jaćwigów. Ale czy to było ważne. My
osiągnęliśmy swój zamierzony cel. Złoto Gildii nie pomogło. Teraz więc zastanów
się, co mogłoby wojujące strony pogodzić ? Moim skromnym zdaniem, jedynym
lepiszczem może tylko być wiara! Zatem prawidłowo wyciągasz wnioski z tych
dziwnych wydarzeń. A pamiętaj, że religia jest jak opium i jest jedyną szansą
na pojednanie: ludzi i elfów, ludzi i krasnoludów.
– Właśnie! Panie, wobec tego to musi być jakaś nowa
religia. Wiemy przynajmniej kim jest mesjasz, ale kim jest w takim razie
mściciel? Może on pracują dla Gildii?
– Czemu nie!? – potwierdził przypuszczenia rozmówcy
Rodgar.
– Teraz tym bardziej musisz, panie, usłyszeć dalszą
część mojej opowieści. Ta część będzie tyczyła moczarów Palonii. Myślę, – tutaj
zrobił efektowną przerwę i uśmiechnął się do swojego przełożonego. Głos, jaki
wypłynął z jego ust był pełen pochlebstwa i uwielbienia dla wiedzy możnowładcy.
– że ciebie nie zaskoczę tym: jaki
jesteś przewidujący w swojej mądrości.
– No tak, zapomnielibyśmy o tej części twojej
opowieści. Nie możemy się jednak temu dziwić, bo, widzisz mój drogi, twoja
relacja tak mnie zaintrygowała z przesłuchania więźnia, że uleciała mojej
uwadze kwestia zbrojnej wyprawy wojsk Gildii na bagna.
– Panie, to nie mogła być, moim skromnym zdaniem,
zwykła wyprawa zwiadowcza oddziału Gildii na bagna! – podkreślił Maktar.
– Zapowiada się znów ciekawie – rzucił od niechcenia w
stronę podwładnego de Zuuw.
Następnie wypił kolejną porcję gorzałki i przegryzł
jej wstrętny smak, bimbru, udkiem pieczonego kurczaka. Po jego twarzy spłynął
obficie tłuszcz, który skapnął z brody na spodnie możnowładcy. Na materiale
zostały ogromne plamy.
– Nim rozpocznę dalszą relację przedstawię wam, panie,
dwa istotne fakty. Po pierwsze na bagna Palonii wybrał się sam Wieki Szambelan
Gildii… – w tym miejscu nastąpiła celowa pauza w wypowiedzi Maktara. Czekał na
reakcję Rodgara.
– Powiadasz sam szambelan. Uh, nie to faktycznie
zapowiada się ciekawie. Kontynuuj, bo ciekawość mnie zżera, co mogło wydarzyć
się dalej!
– A po drugie dowódcą oddziału był kto… !? Sam
Ervithar!
– Ha, to nie mogła być faktycznie zwykła wycieczka! –
Rodgar z wrażenia aż klepnął się dłońmi po udach.
– Zapewniam ciebie, że nie była. Wyobraź sobie, iż
całość osłaniały w ariergardzie i awangardzie przesławne gnomy Ervithara a z
powietrza… gryfy.
– Nawet gryfy mieli !? Czy oni szli na wojnę z tym
całym plugastwem bagiennym?
– Sprawa się wyjaśniła dopiero, gdy pochwyciliśmy
kilku zbrojnych z ich oddziału. Pociągnęliśmy
ich za języki. – na samo wspomnienie przesłuchań i torturowania jeńców
oblizał się. – Udało nam się wydobyć trochę dodatkowych informacji. Otóż cała
akcja była ściśle tajna. Nikt poza szambelanem i Ervitharem nie wiedział, po co
oraz gdzie maszerują. Ostatecznie wysłałem za nimi – zresztą ze względu i na
gryfy, i na gnomy. – estrie. Nie
uwierzysz panie, czemu miała służyć ta wyprawa!
– Mów i nie
nadwyrężaj mojej cierpliwości. – sapał z
podniecenia Rodgar.
– Oddział Gildii miał za zadanie spotkać się z bandą
Garetha i przejąć Sinoe. Lecz już na miejscu okazało się, że ktoś bandytów
zlikwidował. Robota profesjonalisty. A po kurduplu nie zostało ani śladu. Zbrojni
Gildii węszyli, szukali. Nawet gryfy cały dzień krążyły nad bagnami. Nic nie
znaleźli. Rankiem następnego dnia wycofali się do Nadal. Ta cała akcja może
wskazywać, że jednak Gildia ma coś wspólnego z ostatnimi wydarzeniami. Ponadto
w to wszystko wmieszała się jakaś trzecia siła… tylko czym ona jest ?
– Coś w tym na pewno jest. I, właśnie, kto załatwił
tych skurwieli, którzy mi tak utrudnili w ostatnim okresie życie !? – po
krótkim namyśle stwierdził. – W sumie kto by to nie był pomógł nam, że Sinoe nie wpadł w łapy Gildii
a zarazem zemścił się w naszym imieniu. Myślę, że za tym musi kryć się coś
więcej. Bo posłuchaj: Gildii zależy na panującym wszędzie wojennym chaosie.
Wtedy czuje się silna a na salonach dyplomatycznych rozdaje karty. Nie wyklucza
to, mimo wszystko, jeszcze jednego elementu: przepowiedni Hironiusza. Może te
dwa elementy należy z sobą połączyć, ponieważ są w jakiś sposób z sobą
powiązane, nieprawdaż? Gildia na pewno dąży do tego, by na tym zamieszaniu i
dezinformacji coś ugrać. Dlatego tak, jak my interesuje się tym tematem. Chce
nas rozgrywać. A ta trzecia siła może być tą częścią związaną z proroctwem. A o
czym wieszczy proroctwo, czy wiesz ?
– Przepowiednia
Hironiusza mówi generalnie o końcu świata. I o tym, że … Panie, ale dajmy już temu
spokój. Sam przecież ukatrupiłeś tego przeklętego wróżbitę. Osobiście go
ściąłeś w Cytadeli. Imperator kazał jego truchło spalić i prochy wypuścić w
cztery strony świata. Większość jego wyznawców zlikwidowaliśmy. Nawet
przypuszczaliśmy, że Gildia miała w tym interes, żeby zniszczyć tych
pomyleńców. Wszystkie dzieci, które według magów imperatora miały nawet szansę
stać się przyczyną upadku Marchii zostały zlikwidowane… – nagle w pół zdania
wtrącił się Rodgar.
– Masz rację mój drogi. Zrobiłem wszystko, żeby
zniszczyć w zarodku przyczynę złego samopoczucia Imperatora. Podjąłem wszelkie
możliwe kroki. I co? Sinoe przeżył, i za pierwszym razem, jako niemowlę, i za
powtórnym, gdy Gwardia wyrżnęła w pień jego wioskę. A teraz, jak wiesz naucza.
Wodził nas i nadal wodzi, jak mu się podoba, za nos. Więc logicznym wydaje się
to, że skoro ten kurdupel przeżył to… –
wypił następną szklanicę wódki – Musimy odpowiedzieć sobie na, wydaje mi
się, kilka, w tej sytuacji, pytań : jaką możemy mieć pewność, że wszystkie dzieci,
będące zagrożeniem dla Imperatora, zostały zgładzone? Jaką mamy pewność, że
zaginiony, lata temu, następca Czarnego Pana jednak nie żyje a to oznacza, że
już mu nie zagraża, jako mściciel? Więc czy mamy pewność, że nasze działania
przyniosły zamierzony efekt?
– Nie mamy
żadnej mój panie. – odparł smutno
Maktar.
– Właśnie
żadnej. I to mnie przeraża.
Na chwilę Rodgar się zamyślił. Obawiał się jeszcze
jednego – reakcji Imperatora na dalszy brak sukcesów w tej sprawie. Podejrzewał
też, że Czarny Pan nie mówi mu wszystkiego. Ale w całej tej relacji z działań
murgra znalazł również jakieś pozytywne
informacje.
– Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. –
powiedział możnowładca do Maktara.
– To znaczy mój panie?
– Przynajmniej wiemy, gdzie szukać mesjasza i
mściciela! Do roboty więc. Ruszamy o samym brzasku na bagna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz