środa, 7 grudnia 2022

"Zarzynane Miasto" - Rozdział II Początek

 Początek

 

I nadejdzie ten dzień,

Dzień w którym Ci wszyscy winni

Dostaną szansę odkupienia za swoje grzechy ,

Bo niziołek natchnie ich nową nadzieją,

W dniu spadających gwiazd, roku pewnego,

Narodzony w samotności i skazany przez zło na śmierć,

A brat bliźniak z matki i ojca innego

Narodzi się, by odzyskać ten świat utracony,

I opłacze niziołka brata swego,

W niemocy spowity, przy skale u krańca świata - uratowanego!

 

Była noc. Chmury zakrywały niebo, a wiatr  dostojnie przesuwał je po nieboskłonie. Tworzyły szczelną barierę dla migocących gwiazd i srebrnej poświaty księżyca. Nie było nic widać, taka wokół niego była ciemnica. Jednak ten naturalny rytm przyrody coś zakłócało. Można było wyczuć jakieś dziwne napięcie, które z każdą upływającą chwilą gwałtownie narastało zwłaszcza w tym upiornym miejscu.

Po wielokroć widział tę właśnie scenę w swoich snach. Kiedyś, jako młody chłopiec, bał się tego upiornego lasu, bał się tej wszechobecnej ciemności, która go wokół osaczała. Nie wiedział, co nastąpi dalej w tym dziwnym, niekończącym się koszmarze, bo ten majak ni to będący na jawie, ni to będący urojeniem w jego głowie nigdy nie miał swojego końca. Urywał się zawsze w tym samym momencie. A wtedy on budził się cały zlany potem ze strachu. Niejednokrotnie więc nachodziła go myśl, że w końcu będzie musiał poznać finał tego sennego omamu. Czuł całe swoje dotychczasowe życie, tak podświadomie, że ów koszmar kiedyś nabierze rzeczywistych kształtów, właśnie tutaj, w realnym świecie, a on zostanie głównym aktorem tej przerażającej sztuki. Jedynie czego nie mógł znać to czasu i dokładnego miejsca tego przedstawienia.

Przeczuwał, przedzierając się przez odmęty dzikiego lasu, że właśnie dzisiaj nastanie ta wielka chwila. Cieszył się na myśl o tym, iż wreszcie pozna zakończenie tej przerażającej mary, która prześladowała go co dzień od kiedy tylko pamiętał. Był całkowicie gotów na występ w tym szczególnym dla jego życia przedstawieniu. Miał jedną nadzieję, że w końcu doświadczy tajemnicy poznania owego finału.

Zewsząd otaczały go bagna. Lepkie macki mgły delikatnie otuliły Darkara tak, jak czyni to kochająca kobieta. Przedzierając się przez knieje zdawał sobie sprawę z tego, że żadna rozsądnie myśląca istota światła na tym świecie nigdy, a zwłaszcza nocą, nie odważyłaby się zapuścić w to odludne a także przerażające miejsce. Dlatego był bardzo ostrożny w swoich poczynaniach. Bagna, po których podróżował, roiły się od wielu nieprzyjaźnie nastawionych oraz nad wyraz groźnych bestii, które tylko czekały na to, żeby pożreć nieostrożnego wędrowca. Zła sława tych okolic nie brała się z niczego. Okoliczni mieszkańcy opowiadali o tym, iż wielu pośród śmiałków, którzy zapuścili się w te okolice nawet za dnia, nigdy więcej nie wróciło. Mieszkańcy żyjący, tuż przy moczarach, wielokrotnie opowiadali, iż widywali w oddali duchy tych, którzy już na wieczność zostali na tym grzęzawisku. Najczęściej można było ich spotkać, gdy nocne niebo rozświetlała pełnia księżyca. Autochtoni w takich chwilach modlili się za tych bezimiennych biedaków. 

 Jednak on tutaj przybył bez względu na wszystko, gnany chęcią poznania swego przeznaczenia zaklętego w sen, który powtarzał się dzień po dniu. Darkar nie czuł strachu przed tym nieprzyjaznym miejscem. Wielu z tych, którzy go dobrze znali, twierdziło, iż ten wojownik nie bał się nikogo i niczego. Wynikało to z prostej arytmetyki, jaką mu po wielu latach szkoleń wbito do głowy, iż wszystko, co jest w stanie ukatrupić ciebie, jest na tyle żywe, by móc to, cokolwiek by to nie było, zgładzić lub skutecznie unieszkodliwić. Sam siebie uważał za bestię, która chłodno i bezceremonialnie zabijała lub usuwała tych, którzy mieli pecha i stanęli na drodze jego zleceniodawców. Wielu miało pecha się o tym  przekonać. Tej wyprawy podjął się tylko i wyłącznie dla siebie samego. Miał wewnętrzny przymus, by rozwiązać zagadkę natrętnego snu. 

Przedzierając się, czuł w każdej komórce swojego ciała wszechobecne napięcie, znane każdemu wojownikowi spodziewającemu się walki. Uwielbiał te emocje, to podniecenie, które dawało mu tyle energii. Stan podekscytowania wyczulało jego zmysły. 

Zastygł na krótką chwilę w bezruchu. Nadstawił uszu. Nie musiał czekać zbyt długo. Po chwili usłyszał jakiś szmer dobiegający go z prawej strony. Ptactwo, które o tej porze gwałtownie zerwało się z okolicznych drzew, potwierdziło jego przypuszczenia, że coś lub ktoś czai się  niedaleko. Był przygotowany na każdą ewentualność. Mięśnie na szyi i twarzy mu stężały, serce przyśpieszyło swój rytm, a krew poczęła żwawiej krążyć, by dostarczyć dodatkową porcję tlenu do organizmu gotowego na niespodziewany atak. Nasłuchiwał i wpatrywał się w ciemność. Oszczędnym ruchem dotknął rękojeści swojej szabli. Był gotów.

Czekał. Pewien, że prędzej czy później z tej przeraźliwej ciszy wokół niego wychwyci jakiś pojedynczy dźwięk, który wskaże mu kierunek, w jakim powinien pójść. Nie czekał długo. Ponownie usłyszał ten sam odgłos, który dobiegł go z prawej strony. Chwycił energicznie za szablę, przytroczoną do pasa. Takie umiejscowienie pochwy szabli dawało mu swobodę ruchu.

Bezszelestnie ruszył. Obrał azymut na dochodzące go z oddali dźwięki. Nie uszedł stu kroków, gdy mógł już odróżnić gwar wesołej rozmowy. Poruszał się przy tym, jak duch: tak zwinnie i tak cicho. Miał umazaną czernidłem twarz. Maskowanie skutecznie utrudniało na tle lasu dostrzeżenie jego sylwetki. Stał się niewidzialny. 

Dobiegające go hałasy wraz z przebytą drogą były coraz wyraźniejsze. Przeczuwał, że jest już blisko celu swojej wędrówki. Mógł już wyraźnie usłyszeć, a zarazem bez problemu odróżnić, poszczególne głosy. Ku swemu zaskoczeniu, bo akurat nocą na bagnach  nie tego mógł się spodziewać, rozpoznał, z całą pewnością, ludzką mowę. Tuż przy nim, zza czarnej w mroku nocy, pośród której wypatrzył ciemniejszy kontur ściany roślinności, pomiędzy gałęziami, ledwie dostrzegalnie, sączyła się poświata z rozpalonego ogniska.

Zatrzymał się na chwilę. Tak, jak go szkolono, rozpoczął przygotowania do ewentualnej walki. Potrzebował chwili, by osiągnąć odpowiedni stan ducha, który pozwolił mu się zjednoczyć ze swoją bronią, a także otaczającą go naturą. To zespolenie czyniło z niego śmiertelnie skutecznego wojownika. Gdy był gotów mógł wykorzystać do walki swoje zmysły w sposób nie osiągalny dla zwykłego śmiertelnika. Jego wzroku i słuchu nie był w stanie rozproczyć fałszywy obraz wykonywanych przez przeciwnika uników lub balansu ciałem.

Po chwili był już gotów.

Ruszył.

                          

***

 

To była wyspa na mokradłach, które ją otaczały. Ostrów miał złą sławę wśród okolicznych mieszkańców. Jednak dla różnej maści banitów oraz awanturników zła reputacja kępy pośród morza nieprzebytej natury nie miała większego znaczenia. Dzięki temu wszelkiej maści  zbiry mogły na jakiś czas zniknąć z oczu podążającej ich śladem pogoni. Cywilizacja nie miała żadnej władzy nad bagnem. Tutaj obowiązywała prosta zasada przetrwania: kto silniejszy ten rządzi. Ta świadomosć dawała im poczucie bezpieczeństwa oraz bezkarności za popełnione przewiny, bo nikt o zdrowych zmysłach nie nie miałby odwagi tutaj zapuścić w ich poszukiwaniu. Dlatego uważano, całkiem słusznie, że nikt nie jest w stanie przetrwać w tym niegościnnym miejscu. I tak było, ale zdarzały się wyjątki, które potwierdzaja regułę.

Tak samo było z nimi: czterema banitami, siedzącymi tuż przy ledwo tlącym się ognisku. Nie wyglądali nazbyt sympatycznie zwłaszcza z oczami przekrwionymi od taniego wina i opuchlizną na gębie od długotrwałego chlania w trupa. Cóż tu bowiem innego można było robić? Sprawiali wrażenie istot o odpychającej, a zarazem prymitywnej aparycji. Lica na pierwszy rzut oka mieli zmęczone oraz poorane licznymi bliznami. To były ich pamiątki po karczemnych bójkach. Tak było aż do teraz.

 Tym razem mieli do wykonania misję, która miała im dać niewyobrażalne bogactwo. Zapłata za wykonanie tego zadania powinna starczyć im nie tylko na proste, samcze chlanie na umór, ale też i na dziewki, i na dostatnie, w ich mniemaniu, życie. Okazało się, że się mylili w ocenie. Od samego początku zobowiązanie, jakiego ostatnio się podjęli, sprawiało im wiele problemów oraz trosk, których nie byli w stanie przewidzieć. Z czasem wszystko tak się pokomplikowało, że doszli do jednego właściwego wniosku: ta misja na pewno nie będzie tak łatwa i przyjemna, jak się tego w pierwszej chwili spodziewali.

Gdy niespodziewanie w jednej z wiejskich karczm otrzymali przedziwne zlecenie, żeby pojmać, a następnie doprowadzić niziołka do miasta Nadal, nie mogli uwierzyć w swoją fortunę. Zleceniodawca za wykonanie tej przysługi zaproponował im bardzo godziwe wynagrodzenie. Zresztą to nawet nie można było nazwać dobrą zapłatą, oni mieli otrzymać majątek za swoją jednorazową usługę. Gdy przybili targu nie mogli się nadziwić swojemu szczęściu i głupocie zlecającego. Jednak nauczeni dotychczasowym doświadczeniem nie zadawali zbędnych pytań. Mniej wiesz dłużej żyjesz.

 Zawartość sakiewki, butne zachowanie i wyższość z jaką zachowywał się zlecający w stosunku do bandytów, zwanych bandą Garetha, mogły wskazywać tylko jednego zainteresowanego pochwyceniem niziołka – Imperatorem Cesarstwa. Zdarzyło im się w dotychczasowej karierze awanturników kilkakrotnie pracować dla Cesarstwa. Ci, którzy byli zbyt ciekawscy płacili wysoką cenę – tracili życie. Nawet takie zbiry jak oni, zaprawieni w bojach najemnicy, bali się Imperatora, jak diabeł święconej wody.

Pomimo zachowania pełnej ostrożności w kontaktach z emisariuszem Czarnego Pana, całkiem niedawno, spotkała ich przykra niespodzianka. Okazało się, że plany władcy Cesarstwa nie do końca były zbieżne z ich oczekiwaniami. Zamiast wdzięczności oraz obiecanej zapłaty za wykonaną pracę o mało nie zostali zaszlachtowani przez siepaczy, nasłanych przez zleceniodawcę.

Co prawda z zastawionej zasadzki udało im się szczęśliwie zbiec, a po kilku dniach kluczenia jakimś cudem przedarli się na bagna Palonii. W smrodzie gnijących roślin, pośród chmar gryzących komarów powoli do ich świadomości docierało to, że jeśli nie znajdą rozwiązania, to mogą czuć się tak, jakby byli już martwi. Tym bardziej, że dotarły do nich z pewnego źródła wieści, że ludzie Imperatora szukają ich wszędzie. Podobno uparli się jak diabli. Przeszukują każdą norę oraz każdą dziurę w okolicy Nadal. Jedynie tutaj, w tak beznadziejnej sytuacji, mogą czuć się jeszcze w miarę bezpiecznie, jednak do czasu. Jednego mogli być pewni, że Czarny Pan nie wybacza nikomu doznanych zniewag, a takową zapewne było to, co uczynili.

Cała ta popaprana sytuacja miała miejsce około pięć dni temu w Nadal, tuż przy granicy Kaldrland i Bagien Palonii. Tam umówili się na przekazanie więźnia ludziom Imperatora. Plan ich działania był nadzwyczaj prosty: odebrać to, co im należne, a potem zniknąć na jakiś czas z widoku. Nie przewidzieli jednak tego, że Imperator miał w stosunku do nich całkowicie inne plany. Z jego perspektywy ich dalsze życie było obarczone zbyt dużym ryzykiem. A to już było olbrzymie zagrożenie dla interesów tego potężnego Cesarstwa.

Uratowała ich jednak ostrożność, a także bandyckie doświadczenie. Nikomu nie ufali, teraz ta zasada zdała egzamin. Miejsce, które wybrali na niebezpieczne spotkanie z zausznikami Imperatora było im znakomicie znane. Była to stara wieś na granicy miasta i rzeki Vikty. Jej zapomnianej nazwy, nawet spośród najstarszych z żyjących w pobliżu gospodarzy, nie mógł sobie żaden za cholerę przypomnieć. Cechą szczególną w położeniu tego sioła było to, że do wsi prowadziło kilka skrytych dróg.  Znali je tylko stali „bywalcy” tego przeklętego miejsca. A prócz tych sekretnych tras do sadyby prowadził główny trakt z Nadal, który wił się wzdłuż bagien do granicy.

Ta osada stała opuszczona juz wiele lat. Okoliczni mieszkańcy opowiadali, ciekawskim przybyszom spoza grodu, że pewnej nocy do wsi zakradły się szkarady z pobliskich bagien, ale nikt tego faktu nie mógł być do końca pewien. Powtarzano, że podobno naszły to sioło głęboką nocą, podczas przesilenia jesiennego, gdy noce były tak ciemne i pełne mgieł, iż nie można było nic dostrzec na wyciągnięcie ręki.

Inni znów bajali o istotach światła, które tam zamieszkiwały, a zostały w przerażający sposób, i w tym momencie opowieści zawsze gawędziarz musiał się pomodlić, wymordowane przez wampiry. Wszyscy słuchacze zazwyczaj dziwili się temu, jak to możliwe, że nikt nie zbiegł z zaatakowanej podstępnie osady. Na to też istniała odpowiedź – potwory z piekła rodem użyły podczas swojego ataku wampirzej mgły. A to oznaczało, że nikt nie był w stanie przeżyć zagrożenia, ponieważ wszyscy zostali uśpieni przez podstępne potwory.

 Pomimo tak wielu podań o tym, co kiedyś zaszło w tej miejscowości, nikt do końca nie znał przyczyny ataku na osadę. Niedaleko od niej leżało Nadal. Z murów miasta straż nocą widziała zabudowania tej wsi. Wszyscy próbowali domyślać się powodów napaści. Niektórzy z lepiej poinformowanych, takie przynajmniej sprawiali wrażenie, opowiadaczy twierdziło, że jakiś odważny młodzieniec zamieszkały w tej sadybie porwał księżniczkę, córkę księcia ciemności. Podobno obydwoje pokochali siebie z wzajemnością i chcieli ze sobą żyć wbrew wszelkim zakazom. Gdy ich uczucie wyszło na jaw oboje uciekli gdzieś, hen daleko. A władca bagien wyrżnął tą wieś, bo chciał dokonać zemsty. Inni znów twierdzili, że mieszkańcy oddawali cześć bogu ciemności, co sprowadziło na nich ten wielki dramat. Niezależnie od wersji przedstawianego wydarzenia od niepamiętnych czasów nikt więcej nie osiadł w tym miejscu w obawie przez potworami z bagien. Atmosferę wokół zgliszczy zagęściły jeszcze opowieści, że nocami tam straszy lub zamieszkuje je nadal zło, a tych, którzy zaryzykowali i tam się zapuścili, czy to dlatego, że nocą pobłądzili czy z innych powodów, zostali nazajutrz odnalezieni martwi. Od tamtej pory nikt przy zdrowych zmysłach nie miał ochoty odwiedzać tego miejsca zwłaszcza nocą. No chyba, iż miał szczególne powody, by ryzykować życiem lub tym, iż postrada rozum. Byli jednak tacy, którzy sami będąc wcielonym złem nie bali się go. Łotry spod ciemnej gwiazdy, bo o nich mowa, wręcz pożądali, by wokół tego miejsca tak doświadczonego nieszczęściem unosiła się aura strachu. Ona gwarantowała prowadzanie im szemranych interesów w  całkowitej tajemnicy. Te dwa powody zadecydowały o wyborze miejsca spotkania z wysłannikami Czarnego Pana  i bandą Garetha.

Jak się później okazało porywacze znaleźli się w zasadzce. Imperator bowiem nie zamierzał się wywiązać ze swojego zobowiązania wobec nich. W umówione miejsce przybyli w miarę szybko. Pierwsza faza spotkania przebiegała bez żadnych utrudnień. Przyjazna atmosfera, a także brak oznak zagrożenia ze strony ludzi zleceniodawcy uśpiły ich czujność. Gdy mieli już odebrać zapłatę od posłańca zostali bez pardonu zaatakowani. Uratowała ich tylko przytomność umysłu herszta bandytów niejakiego Garetha. W wyniku krótkiej walki porwali, jako zakładnika, oficera wywiadu Imperatora. To zdarzenie na moment wytrąciło z rytmu przeciwników i pozwoliło im się wyrwać z okropnej matni. 

Na szczęście przed spotkaniem z emisariuszami Czarnego Pana ukryli niziołka. Zostawili porwanego w bezpiecznym miejscu. Kiedy do końca ochłonęli z emocji postanowili ulotnić się na jakiś czas z widoku Czarnego Pana i przeczekać, gdzieś w bezpiecznym miejscu, najgorętszy okres pościgu.

Zanim ulotnili się z Nadal i Kaldrland, zwrócili się do pewnego karczmarza, współpracujacego Gildią Kupiecką z ofertą nie do odrzucenia. Zaproponowali tej potężnej organizacji za pośrednictwem jej agenta, że są skłonni, za stosowną opłatą, odstąpić niziołka. Byli pewni zainteresowania transakcją. Każdy kto choć trochę znał stosunki polityczne tego świata musiał wiedzieć, że to czego pożądał Imperator jest również pożądane przez Gildię. Nie chcieli się mylić. W ostateczności, gdyby ich przypuszczenia okazały się chybione, no cóż, zarżnęliby niziołka na bagnach i tyle.

Na wyspę na moczarach przedzierali się z więźniem kilka dni i nocy.

– I co teraz? – zapytał się najwyższy z nich, siedzący najbliżej tlącego się ogniska. – I co teraz będzie? – powtórzył pytanie pociągając spory haust samogonu z gliniaka.

– A co ma być, nic nie będzie. Przecież, już ci to mówiłem, ty durniu, czekamy na pośrednika. Jak wam tłumaczyłem – splunął do ogniska zieloną flegmą na widok której się skrzywił – nie tylko Imperator jest zainteresowany tym małym kurduplem – wskazał wzrokiem na zakneblowanego i związanego niziołka, Gareth. – Jestem pewien, że w końcu kogoś przyślą z tej pieprzonej Gildii. Nie może być inaczej! – dla uważnego obserwatora z zewnątrz ta wypowiedź bardziej wyglądała na próbę uspokojenia, ale własnego sumienia i samego siebie niż współtowarzyszy niedoli.

Gareth był ich przywódcą i trzymał całą bandę w ryzach. Nie lubił, gdy któryś z jego  podkomendnych jemu się sprzeciwiał albo, co gorsza, próbował z nim jakkolwiek dyskutować. Uważał, pomny swojej pozycji w tej bandzie,  że wie wszytko najlepiej. Przemawiało za tym, między innymi, jego największe doświadczenie w fachu awanturnika oraz zabijaki pośród tutaj zgromadzonych. Ponadto, co raczej nie mogło być zbyt odkrywcze, był z nich najbystrzejszy. Dlatego miał, pośród członków swojej bandy, bezwzględny posłuch. Estyma Garetha pośród jego ziomków rosła tym bardziej, im bardziej zawdzięczali mu swoje życie. A wyrwał ich kilkakrotnie z matni. Gdyby nie te umiejętności oraz wrodzona błyskotliwość ich spotkanie z wysłannikami Imperatora byłoby ostatnią rzeczą, jaką by zrobili w swoim marnym i awanturniczym życiu.

–  Ta…. Czekamy, ale czy ktoś z was wie, czy aby na pewno ktoś przybędzie? Czy…. – przerwał Nemeth, zadziwiony swoją śmiałością.

–  Kurwa przestań pieprzyć Nemeth, czy ty zdajesz sobie sprawę, że defetyzm szerzysz! –  krzyknął wyraźnie zdeprymowany Gareth. – Nie wiesz, że tego nie lubię!? –  syknął na zakończenie.

– Polej młody – zapiał Moroth. – Polej tego kurwa sikacza, na rozluźnienie w tej naszej, kurwa jebanej sytuacji.

Wszyscy zarechotali. Nie w takich sytuacjach dawali sobie radę. Ale nie zaprzeczalny był fakt, że dotychczas w swojej karierze nigdy nie mieli na plecach całej psiarni dyszącego wściekłością Imperatora. A to był już jednak jakiś problem. Duży problem.

I to był początek ich końca.

                           

***

 

Później, jak zapisał dziejopisarz złotymi zgłoskami w „Kronice Oczyszczenia Wiary”, nastąpiła ostatnia walka bandy Garetha. Niespodziewany przeciwnik pojawił się w obozowisku, niedaleko od ogniska bandytów, nie wiadomo skąd. Nikt z obecnych przy stosie wesoło palących się szczap nie był w stanie dostrzec zbyt dobrze jego twarzy. Utrudniał to kaptur, który rzucał na lico nieznajomego głęboki cień. Tylko oczy mogli dostrzec, bo w nienaturalny sposób lśniły. To one wzbudzały strach nawet u nawykłych do śmierci wojowników, bowiem biła z nich siła, moc i zapalczywość. 

 Żaden z nich do końca nie zdawał sobie sprawy z tego z kim tak naprawdę ma do czynienia.  Teoretycznie mógłby to być choćby jeden z zauszników władcy Cesarstwa, który przybył w to przeklęte miejsce pomścić zniewagę jaka spotkała jego suwerena i odebrać im cennego kurdupla. Ale czy aby na pewno?

Przybysz miał na sobie solidną kolczą koszulę. W dłoni pewnie trzymał zakrzywioną szablę. Tylko ta broń sieczna, ku zdziwieniu bandytów, stanowiła uzbrojenie orężnego. Pomimo pierwszego piorunującego wrażenia, jakie nieznajomy wywarł na zgromadzonych tutaj zbirach, wydawał się być dla nich łatwym kąskiem. Bardzo mocno liczyli na swoją przewagę w liczebności bandy nad samotnym wojownikiem.

W pierwszej fazie potyczki zaskoczeni bandyci mierzyli wzrokiem Darkara, stojąc w bezpiecznej odległości. Chcieli wyzwolić w przeciwniku poczucie lęku. Lecz ta przepychanka wzrokowa trwała krótką chwilę. Wreszcie zakapturzona postać przerwała rosnące napięcie przed walką swoim kocim i mocno skoordynowanym ruchem. Wojownik uczynił delikatny i nieznaczny ruch ręką. Czynność ta była prawie niezauważalna dla obserwujących go oprychów.

 Stało się. Darkar rozpoczął swój taniec śmierci. 

Bandyci jeszcze tego nie wiedzieli. Nadal trwali w błogim przeświadczeniu o swojej przewadze. Dziwili się wielce, że napastnik jeszcze nie zbiegł z tego miejsca.

Gdy tylko pojęli, że czeka ich walka, ochoczo ruszyli ku niemu. Dla obserwatora mogłoby się wydawać, że tylko czekali na sygnał do bitki. „W końcu jest to ostatnio jedyna rozrywka, jaką będą mieli pośród tego przeklętego bagna” – zapewne przez myśl przeszło nie jednemu z nich. Silni swoją masą nie zawracali sobie głowy niuansami taktycznymi oraz wyszkoleniem wojownika; nie zawracali sobie głowy tym, co czyni ich przeciwnik. Żwawo i kupą biegli ku niemu, próbując go okrążyć. Będąc w nieświadomości tego, jaki popełniają błąd, zaatakowali swojego nieprzyjaciela bez właściwego przygotowania. Zrobili jeszcze więcej, aby wzmocnić swój zapał bitewny, a nade wszystko siebie nawzajem. Biegnąc każdy z nich, jakby to była jakaś tragifarsa z podrzędnego teatru na przedmieściach Nadal, demonstrował, tak przynajmniej im się wydawało, kunszt swojego wyszkolenia w posługiwaniu się białą bronią: wywijał nią młyńce, a także inne bliżej nieznane figury. Dotychczas zawsze to działało. Jednak nie tym razem.

A on nadal stał. Nie poruszał się w ogóle. Nie reagował. Tylko czekał na nich.

Brak aktywności osamotnionego wojownika zaniepokoił nie na żarty współtowarzyszy Garetha. Nie mieściło im się w głowach, że ów zbrojny nie tylko nie czmychnął z pola walki, widząc w przewadze nacierających opryszków, ale nie pokazał po sobie nawet odrobiny strachu. Po pewnym czasie zadziorna postawa Darkara zaczęła ich deprymować, a pewność siebie, którą początkowo okazywali, powoli sekunda po sekundzie poczęła topnieć, jak śnieg w pierwszym wiosennym słońcu. Coraz bardziej kołatała w nich jedna przerażająca myśl, czy to jest na pewno istota z krwi i kości, a nie wysłannik z piekła rodem, chcący pomścić zniewagę Czarnego Pana. Czy to jest możliwym, żeby nie odczuwał strachu lub chociaż niewielkiego lęku przed takimi typami spod ciemnej gwiazdy, jak oni? Dotychczas w podobnych sytuacjach, gdy miały miejsce, podczas ich awanturniczego żywota, a przecież tak bywało nie raz, w ich przekonaniu nieznajomy powinien już dawno salwować się ucieczką. Ewentualnie mógł uczynić cokolwiek dla poprawienia swojego rozpaczliwego położenia w pierwszej fazie walki. A on nic, tylko stał. Może jednak to jakaś zjawa? Te pytania, a może raczej wątpliwości coraz mocniej odbierały bandytom ochotę do walki.

Okrążyli go.

Darkar nadal stał niewzruszony. Bandyci poruszali się wokół niego, jak sępy nad prawie już martwą ofiarą. Pracowali dużo nogami w ten sposób chcieli go zmylić w swoich intencjach. Próbowali też wprowadzić go w błąd balansem ciała. Nic to nie dało. Przeciwnik był twardy, nadal tkwił w miejscu, jak gdyby nic, jak nadmorska skała.

Dla postronnego widza cała walka trwała tylko krótką chwilę. Nieznajomy w końcu niespodziewanie ruszył w kierunku pierwszego z łotrów. Bandyci poruszali się w sposób wolny i ślamazarny, jak muchy w smole. Byli całkowicie przewidywalni. A on był dla nich zbyt szybki i niedościgniony w tym, co czynił.

Najbliższego przeciwnika, którego dopadł ciął krótko z nadgarstka w tętnicę szyjną. Nieszczęśnik nawet nie był w stanie przygotować zasłony przed tym natarciem. Nim zdążył o czymkolwiek pomyśleć, już nie żył. Krew trysnęła fontanną. Po chwili osunął sie na trawę. 

Drugą ofiarą potyczki stał się bandyta, który został obryzgany ciepłą krwią z szyi pierwszego nieszczęśnika. Przerażony lepką cieczą na twarzy, a także szybkością następujących zdarzeń po błyskawicznym doskoku wojownika i  krótkim cięciu przez twarz, oprych padł natychmiast martwy. Darkar skończywszy skutecznie atak, nie tracąc impetu, siłą wybicia z lewej nogi wpadł w piruet i tym sposobem skierował się na trzeciego z atakujących.

 

***

 

Gareth był zszokowany rozwojem wypadków w tym boju. Miało być miło i przyjemnie, a nawet rozrywkowo, a tu, proszę, dosięgła jego chłopców niespodziewana śmierć. Nie przewidywał porażki w tak krótkim czasie. Nie mógł tego pojąć, jak to było możliwe. Nie zdążyli się nawet właściwie ustawić do ataku na tego diabła wcielonego, gdy niespodziewanie dla nich, nie wiadomo kiedy i właściwie w jaki sposób ich zaatakował. Nie byli w stanie dostrzec jego ruchów. Był tak niewiarygodnie szybki. Wiele przeżył w swoim życiu, ale czegoś takiego do dnia dzisiejszego nie widział. W umyśle Garetha błądziła tylko jedna myśl: co właściwe tutaj się dzieje. Nie znał logicznej odpowiedzi na to pytanie. Coraz bardziej miał nie odparte przeczucie, że tym razem nie wyjdą cało z tej kabały. Pragnął zginąć, jeśli już musi, ale tak, jak na wojownika przystało w twardej i zażartej potyczce. Nie chciał zostać zarżniętym, jak pierwszy lepszy dupek pod jakąś jatką w zabitej dechami dziurze..

Gdy szukał, jak najlepszej pozycji do obrony, natarczywie, wręcz w kółko powtarzał jedno pytanie – „Jak to możliwe?”

Przecież byli najemnikami bez sumienia. Walczyli w wielu wojnach na tym świecie, a w zabijaniu byli, można by rzec z wielką satysfakcją, profesjonalistami. Zatem co mogło ich spotkać złego z ręki jednego nieprzyjaciela? A teraz, no cóż, jak widać mogło i to wiele. Gdy przypatrywał się nieznajomemu z jaką gracją i lekkością wykonuje swój szatański taniec, targały nim coraz większe wątpliwości o sens dalszej walki. Pewny był jednego, że koniec jest bliski.

Seth, który wśród nich był najwyższy, odważył się w końcu na atak od tyłu na wroga. Natarcie, jakie wykonał było nie skuteczne. Nawet Gareth, obserwując przez ułamek sekundy szarżę swojego druha pomyślał, że oto miecz sprawiedliwości w końcu zatryumfuje nad tym czymś i pomści śmierć ich dwóch towarzyszy broni. Wręcz przysiągłby, że już widział ostrze rozpłatujące ich przeciwnika na pół, ale… Nic się takiego nie wydarzyło. Miecz przeciął tylko powietrze. Nim herszt bandy się zorientował został zaatakowany przez tę zjawę. Nieznajomy wykonał natarcie, kontrolując całkowicie swój środek ciężkości. Ale Gareth to wychwycił kątem oka, mimo olbrzymiej szybkości z jaką atak został przeprowadzony, wykonał zasłonę i przeszedł do odpowiedzi licząc, że trafi go pchnięciem. Lecz nic z tego nie wyszło z tej prostej przyczyny, że jego przeciwnika tam już nie było. Wojownik,  zanim Gareth wykonał jakiekolwiek dźgnięcie, usunął się z jego drogi ataku. Przywódca zbirów przez to zepsute uderzenie stracił równowagę, a to go w ostatecznym rozrachunku zgubiło. Nim się zorientował otrzymał cięcie szablą przez plecy. Oto poległ już trzeci bandyta.

Seth miał już dość. Zdał sobie w końcu sprawę z tego, że jego czas nadszedł i nic nie jest w stanie na to poradzić. Wiedział też jedno, że w dotychczasowym życiu wielu innych, słabszych od siebie, wielokrotnie, z premedytacją uśmiercił, bo był od nich po prostu lepszy i silniejszy. Więc nie mógł oczekiwać, że zawsze będzie zwyciężać. Musiał nadejść ten czas porażki. Wyznawał filozofię podobnych mu awanturników: każdy z nich w końcu osiąga kres swej drogi, ponieważ trafia na znakomitszego oraz mocniejszego od siebie. Najwidoczniej w jego przypadku nadeszła już ta chwila. Więc nie pozostaje mu nic innego, jak  pogodzić się z tym. Przecież jego los wypełnił się. Nic przecież na to nie poradzi. Po prostu tak musi być.

Klęknął. Oparł się dłońmi o swój miecz. Pochylił głowę i wzrok wbił w ziemię. Nieznajomy stanął nad nim, kończąc swój taniec śmierci.

– Daj mi szybką śmierć, śmierć żołnierza. Przynajmniej tyle możesz dla mnie uczynić. Kiedyś służyłem w wojskach gildii. – wycedził przez zęby Seth, jakby miał ochotę szybko się wytłumaczyć ze swojej, nietypowej prośby. Denerwował się. – Czy po śmierci jest druga szansa, by dostąpić wiecznego życia? – pomyślał nieśmiało.

Nieznajomy schował swoją szablę do pochwy. Wyciągnął za pasa sztylet o prostym i długim ostrzu. Nazywano tę broń sztyletem miłosierdzia. Służył bowiem do zadawania szybkiej agonii rannym na polu bitwy, by oszczędzić im cierpień.

– Kim ty jesteś, duchem? – zapytał Seth nieznajomego wojownika.

– Nikim ważnym, takim samym człowiekiem, jak ty. A teraz jestem twoim przeznaczeniem, na które czekałeś całe swoje marne życie. – wyszeptał zbrojny.

– Honor – krzyknął Seth, oczekując na cios łaski, kończący jego awanturnicze życie.

I to było ostatnie słowo wypowiedziane przez bandytę. Orężny chwycił mocno za rękojeść sztylet o szerokim ostrzu i wbił z olbrzymią siłą w kark Setha. Zwyczajowo tak zadawano ostatnie pchnięcie dla godnego tej śmierci wojownika. Darkar uznał, że ten, którego zgładził zasłużył sobie na to, by w ten sposób odejść z tego świata. Był  przecież litościwy.

I to był koniec bandy Garetha.

 

***

 

Rozejrzał się po pobojowisku. Po za ciałami, poległych w walce bandytów, w oddali zauważył małego człowieczka przywiązanego do drzewa. Na pierwszy rzut oka wzrost tej istoty musiał być lichy, świadczyły o tym jego krótkie nóżki, zresztą, jak i niewielka postura. Lecz, na pewno, ten dziwny niziołek, a może karzeł, tego do końca nie mógł być pewien, wyróżniał się w porównaniu do innych znanych mu istot z tego świata dużym nochalem oraz okropnie odstającymi uszami. Te dwie cechy jego twarzy górowały nad całą resztą cech osobowych tego dziwoląga. Wzbudzały, wręcz, niezdrowe zainteresowanie obserwatora i skupiały na sobie całą uwagę gapia. To samo spotkało Darkara. Zdumiał go ten niesamowity widok. Jakby tego było mało całość wyglądu, jak mu się wtedy wydawało – temu wybrykowi natury, dopełniały pucułowate policzki. Widok był dość osobliwy, a zarazem można by rzec, wręcz tragikomiczny dla posiadacza tej przedziwnej urody.

Darkar, gdy w końcu ochłonął, ostrożnie, a zarazem powoli ruszył w kierunku więźnia. Pomimo ostatecznego zwycięstwa nad bandytami nie mógł być pewien, że wybił już wszystkich. Dlatego, nauczony dotychczasowym doświadczeniem, był czujny i rozglądał się uważnie wokół siebie. Reagował na każdy dobiegający go z oddali odgłos. Z zasady zawsze był przygotowany na niespodziewany atak. Tak go uczono i ta wyszkolona przezorność go wielokrotnie uratowała przed śmiercią. Gdy ostatecznie upewnił się, że jest bezpieczny, począł na nowo interesować się tą niesamowitą, unieruchomioną istotą. Zbliżył się do tego osobliwego stworzenia.

Gdy był tuż przy nim przyjrzał mu się z nieskrywaną ciekawością. Mógł dostrzec egzotyczne szczegóły jego twarzy wcześniej niezauważone ze znacznej odległości: wielce rumiane policzki, srodze piegowatą twarz i nienaturalnie wydatne usta. A włosy miały kolor dojrzałej przed żniwami pszenicy.

 Zapewne to wyjątkowe zainteresowanie nie mogło umknąć uwadze związanej istoty, która pomimo niezdrowego zachowania przybysza w jakikolwiek sposób na to nie reagowała. Darkar wreszcie całkowicie skołowany z czym ma do czynienia, ciekawy, jak nigdy dotąd, nie wytrzymał i wypalił prosto z mostu. 

 – Coś ty za jeden? – W pierwszej chwili związanego człowieczka, jak gdyby nie zainteresowało pytanie wojownika i nadal patrzył się gdzieś przed siebie. W końcu odwrócił wzrok na zbrojnego i niewinnie zaszczebiotał:

– Ja? – zapytała się ta osobliwa istota. – Ja… – zająknęła się przy tym, jakby celowo przedłużając tą niewygodną dla każdego z nich ciszę. Jednak, żeby było jeszcze bardziej interesująco, tego Darkar nie mógł być do końca pewien, niziołek jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy. „Ale czy aby na pewno?” –  pomyślał orężny przypatrując mu się uważnie.

–  Ja nazywam się Darkar ! – zbrojny wskazał palcem siebie. W ten sposób chciał ośmielić swojego rozmówcę. –   Darkar ! – powtórzył.

– Wiem, wiem kim ty jesteś do cholery! – niespodziewanie zniecierpliwił się mały koleś. – Czy ty wiesz o tym, że czekam na tym bagnie na ciebie od kilku dobrych dni! – podkreślił intonacją głosu szczególnie słowo: dni. – Czy ty masz świadomość tego, ile komarów dzięki twojej opieszałości pożywiło się mną!? – wykrzyczał jednym tchem więzień.  –  Wybacz, ale nienawidzę przelewu krwi. A tutaj tyle jej wokół… – mały człowieczek z obrzydzeniem wykrzywił swoją osobliwą twarz. – Gdy ją widzę, szczególnie, w takich ilościach, jak tutaj, zaczynam się mocno denerwować. W takich trudnych dla mnie okolicznościach jestem nienaturalnie rozhisteryzowany i nader czepialski. – na koniec fuknął na swoje usprawiedliwienie.

–  Skoro wiesz kim jestem i czekałeś na mnie … – wojownik nie był w stanie sformułować sensownie pytania. Czuł się rozżalony i zaskoczony tym, co go spotkało. Przyznał się sam przed sobą, że nie spodziewał się takiego zakończenia swojego przerażającego majaku. – Ale to nie trzyma się kupy! Nie ma sensu! – wykrzyczał zdezorientowany Darkar. – To pewnie też wiesz, że musiałem tu przyjść na to bagno… Tak właśnie przyjść. Czy ty to rozumiesz ile lat musiałem o tym myśleć, jak długo się bałem, co uczynić, by pokonać strach i ruszyć tutaj !? A co z moim snem, tym snem… Co z zakończeniem? Bo, co ty możesz wiedzieć o moim śnie. Zapewne nic. A ja się bałem tego bagna, tego, co mnie tutaj może spotkać, tego zakończenia, którego nie znałem! A tu co? Eh…Ty! – spojrzał wymownie na dziwoląga. – Czy więc ja tyle lat bałem się, właśnie, ciebie… ? – wyrzucił z siebie cały żal.

„ Ale czy na pewno mógł mieć pretensje do tego malca akurat o tę sprawę ? „ – niepewnie przemknęło mu przez myśl.

– Sinoe Mnemeth, do twoich usług. – nie zrażony monologiem orężnego niziołek uśmiechnął się ku niemu, jak mogłoby się wydawać, nad wyraz szczerze. Już otwierał te swoje przerysowane usta, by coś rzec, gdy wtrącił mu się Darkar.

– Sinoe Mnemeth… Skąd ty w ogóle się wyrwałeś? – prychnął z niedowierzaniem zbrojny. – Zwiedziłem szmat tego świata, ale takiego jak ty odmieńca, muszę się przyznać, do tej pory nie spotkałem. Widziałem elfy, gnomy, krasnoludy i nie wiadomo, co tam jeszcze, ale takiego jak ty, to, absolutnie, jeszcze nie. Coś ty więc za jeden ? Czemu ta banda łotrów ciebie przyprowadziła i przede wszystkim czemu ty jesteś zakończeniem mego przeklętego snu ? – dalsze słowa z emocji ugrzęzły mu w gardle.

– Jestem z daleka – stwierdził tonem osoby przekonanej o swoich racjach i nie znoszącej absolutnie żadnego sprzeciwu. – Jak ci już mówiłem wiedziałem o tym, że tutaj przybędziesz. Z tego też powodu, byśmy mogli się w końcu spotkać, pozwoliłem się tym bandziorom najpierw porwać, a potem uwięzić. Musisz wiedzieć, że jestem szczególnie znany Imperatorowi! I co nadal nie słyszałeś o mnie? – Sinoe zrobił efektowną pauzę, chcąc sprawdzić wrażenie, jakie na jego gościu wywarła ta informacja. Wpatrzył się głęboko w oczy wojownika tym swoim magnetycznym wzrokiem. Najwidoczniej jednak to, co ujrzał nie usatysfakcjonowało Sinoe. Najprawdopodobniej nie dostrzegł w nich nic, co by wskazywało, że naprawdę go zna albo przynajmniej o nim słyszał. – To może chociaż o przepowiedni Hironiusza słyszałeś? – nie dawał za wygraną.

Darkar zamyślił się. Spojrzał się na Sinoe. Znał tą przepowiednie za dobrze. W ich krainie życie onegdaj było szczęśliwe, pełne radości, prostoty i nie miało w sobie najmniejszego pierwiastka codziennych trosk. Obywało się bez wojen, strachu, chorób i głodu. A trwało nadzwyczaj długo. Istoty zasiedlające ten świat, zostały wybrane przez ich boga pośród wielu stworzeń, zamieszkujących również inne, równoległe światy, na jego faworytów. Wszystkie je stworzył na swój wygląd i swe podobieństwo. Ukochał je ponad wszystko, jak rodzic oczekujący z niecierpliwością na swoje nowo narodzone dziecię. Chciał im dać w ich doczesnym życiu, to wszystko, czego mu nie brakowało w jego wiecznym bycie. Za to zażądał jedynie tego, by wielbione przez niego istoty były mu wierne i nie miały innego boga poza nim samym.

Początkowo tak było. Mieszkańcy tego świata czcili i wychwalali go pod niebiosa. Gdy nadchodził kres ich dostatniego oraz szczęśliwego istnienia, odchodzili do swego jedynego boga pełni radości i wiary w to, że tam, gdzie ostatecznie podążają, dostąpią jeszcze lepszego, a nade wszystko wiecznego żywota. Istoty te wierzyły, że w owej krainie czekały na nie dotychczas nigdzie nieopisane i nigdy niewidziane cuda. Raj ów był tak zachwycający, że nie było możliwym go opisać językiem i słowy tych istot. U kresu wędrówki, u wrót niebios witał nowo przybyłych sam bóg. Był wtenczas, jak rodzic, który wychodzi na spotkanie długo nie widzianego dziecka, wracającego z niebezpiecznej wędrówki.


Wszystko trwało do czasu. Z upływem lat zapomniały o tym, komu wszystko zawdzięczają; zapomniały, że gdzieś ponad nimi jest ich pan, stwórca, który, gdy kocha, to daje wszystko, ale, gdy jest zazdrosny lub gdy czuje się zawiedziony potrafi być mściwy i sadystyczny;  zapomniały, że kiedyś w zamierzchłych czasach, których nikt już nie pamiętał, a o których głosiły jedynie klechdy  –  na znak przymierza zostało zasadzone drzewo zwane Drzewem Przymierza;  zapomniały, że w zamian za otaczający ich dostatek oraz życie bez doczesnych trosk, mają oddawać cześć i ślepe posłuszeństwo swemu jedynemu bogu. Z czasem stwierdziły: początkowo nieśmiało i cicho szepcąc od ucha do ucha, a potem coraz głośniej i otwarcie między sobą rozmawiając, że nic nie ma – żadnej siły sprawczej, że Bóg nie istnieje. Ostatecznie brak kary za ich zdradę tylko umacniał w nich to przeświadczenie. Z czasem ich wiara całkowicie zanikła. 


            Z tego też powodu owe, coraz bardziej zbuntowane, istoty, nie tylko poczęły omijać świątynie i miejsca modlitw, ale także traktować swoje zobowiązania, wynikające z aktu przymierza względem swojego boga, jako przykre oraz dokuczliwe. Doszło wręcz do tego, że szukały innych, a zarazem, w ich mniemaniu, lepszych bóstw. Zaczęły oddawać im cześć w nadziei, że to dzięki nim osiągną już za doczesnego żywota swój wyśniony raj i życie wieczne. Wreszcie odkryły w sobie nowe, nieznane wcześniej uczucia: zachłanności, wyrachowania, chytrości, pożądliwości i nienawiści.


Wreszcie zdarzyła się rzecz dotychczas niebywała, której nikt do tej pory nie odważył się dokonać. Znalazł się, bowiem nawet taki śmiałek, który rzekł i powtórzył na głos to, o czym wszyscy szeptali po kątach z trwogą na ustach :


–  Nie ma boga! Nie ma i przenigdy nie było. To wszak kłamstwo wmawiane nam od wieków przez tych zakłamanych kapłanów. Więc po cóż nam to karłowate drzewo? Symbol czego? Przymierza z kimś kogo nie ma i nie było? – Potem długo się nie zastanawiając dodał. – Udowodnię wam, że go nie ma! Dlatego tu i teraz zetnę własnymi rękoma to drzewo, zwane Drzewem Przymierza i zobaczycie, że z głowy nie spadnie mi nawet włos. Najpierw, jednak zjem ten zakazany owoc, który dojrzewa na tym karłowatym czymś od zamierzchłych już czasów!


I jak rzekł, tak też uczynił. Podszedł do Drzewa Przymierza. Wprzódy zjadł ten marny i jedyny owoc. A potem je ściął.


I to był już koniec tego idealnego świata – bez wojen, chorób i trosk.


            Świat się zmienił. Niektórzy ze świadków późniejszych wydarzeń mówili, że widzieli jeźdźców na karych koniach, którzy w cieniu, z dala od ludzkich sadyb, poruszali się po świecie. Ale tam, gdzie ich widziano, zaczęły się dziać straszne i zarazem dziwne rzeczy.


Świat się zmienił, bo ich bóg pokarał swoje tak wielce umiłowane istoty. Odpowiedzialność za czyny bałwochwalców spoczęła na wszystkich mieszkańcach tej krainy. Stwórca pokarał całe pokolenia i oddał wszystkie istoty pod rządy bezwzględnego zła.


Istoty, które jeszcze do niedawna nie zaznały ani chorób ani głodu ani bólu, musiały poznać ich gorzki smak. Tak samo poznały, co to smak doli niewolnika tudzież zwierzęcia ofiarnego na ołtarzach nowych i strasznych panów.


Nie byłoby nadziei w sercach tego ludu, gdyby nie przepowiednia kapłana Hironiusza. Mówiła ona o tym, że jest możliwe, by wróciły stare, dobre czasy. Lecz jest jeden istotny warunek – musiałaby narodzić się istota, pogardzana przez inne byty tego świata, która swe życie poświęciłaby za swoich prześladowców. Tym czynem odkupując ich grzechy.


Mijały najpierw lata, a potem wieki i nic nie wskazywało na to, by ta przepowiednia miała się wypełnić. Na całe szczęście koleje tego świata i przeznaczenie czasami są niezależne od boskich chęci, a tym bardziej, chęci śmiertelników, którzy są tylko popiołem pośród odmętów czasu i przestrzeni. Los został, bowiem zapisany w Księgach Stworzenia o wiele wcześniej niż narodziły się bóstwa dobra lub zła. To dlatego czasem wydarzenia, następujące po sobie, są niezależne od kaprysów bóstw. W takich trudnych chwilach przeznaczenie, jak nić Ariadny, rozpoczyna swój bieg niezależnie od ich woli, by wypełnić to, co zostało zapisane. Naczelną zasadą, jaka współtworzy wszelkie reguły współżycia rzeczy materialnych i niematerialnych, jest równowaga pomiędzy bóstwami dobra i zła. Ten balans powoduje, że jego świat, jak i inne równoległe światy trwają takimi, jakimi zostały powołane do życia. A przeznaczenie stoi na straży tego, by zapisy z Księgi Stworzenia wypełniły się we względnej równowadze. Nierównowaga, bowiem w konsekwencji doprowadziłaby do zagłady tego i innych równoległych światów; doprowadziłaby do nicości. 


Żaden ze śmiertelników nie znał prawideł rządzących wszechświatem. W końcu Hironiusz je odkrył. Pogłębianie tej przez przypadek poznanej tajemnej wiedzy, doprowadziło go do zaskakujących wniosków, które okazały się być kluczem do tajemnicy Księgi Stworzenia. Ku zaskoczeniu kapłana to właśnie on miał stać się ważnym ogniwem w tej układance. Musiał uruchomić łańcuch następujących po sobie zdarzeń, dających po ich zrealizowaniu nadzieję na to, by mógł powrócić stary ład. Nie dopełnienie któregoś z założeń skutkowało porażką i zagładą całego wszechświata.


Ta przepowiednia wywołała olbrzymie poruszenie pośród istot, które porzuciły swoją wiarę. Potwierdziła jednoznacznie to, że równowaga między siłami dobra i zła została zachwiana. Już za życia Hironiusza przewaga sił ciemności była olbrzymia. To przeraziło wieszcza. Jak miały pokazać w najbliższej przyszłości kolejno po sobie następujące zdarzenia, Hironiusz miał rację. Przepowiednia zaczęła się wypełniać. Los rozpoczął właśnie walkę o ocalenie wszechświata.


Przepowiednia Hironiusza mówisz. Mhhh…  –  Darkar się zamyślił. – A coś tam słyszałem.  – nieumiejętnie skłamał.

– Nie, Darkarze! – Sinoe świdrującym wzrokiem patrzył się prosto w oczy wybawiciela. Jego wzrok pomimo lichej postury i niskiego wzrostu miał w sobie olbrzymią siłę, jakiej trudno było się spodziewać po tej cherlawej posturze. Zbrojny nie mogąc tego spojrzenia wytrzymać, odwrócił swój wzrok. Udawał, że patrzy w ziemię.  –  Skoro tutaj jesteś to znaczy tylko jedno, że to ty jesteś tym wybrańcem, na którego tutaj czekałem! Jesteś mścicielem, jesteś częścią planu Księgi Stworzenia. Wszak o tym wiesz, bo: od tego wyznaczonego ci przez siły wyższe niż bogowie losu cały czas uciekasz. Ale czy zdołasz sie ukryć tak, by przeznaczenie ciebie nie dopadło? – uśmiechnął się do Darkara. Po krótkiej przerwie na  podkreślenie wagi swoich słów kontynuował swoją wypowiedź. –  Jednak przed tym, co ci przypadło w udziale, nie jesteś w stanie umknąć. Ta siła sprawcza zawsze ciebie odnajdzie gdziekolwiek byś był. Tak samo, jak odnalazła mnie i ofiarowała mi, wbrew mej chęci i woli, moją rolę, jaką mam do wypełnienia. Nie mieliśmy tak samo jak i ja, tak samo i ty, w tej materii żadnego wyboru, a cierpienie zostało wpisane w nasze życie, jako coś naturalnego. Lecz nie to jest najbardziej okrutne, a zarazem straszne w tym wszystkim, co nas dotyka. Gorsze jest bowiem to, że prędzej czy później nadchodzi taki moment, kiedy każdy z nas musi sobie zdać sprawę z tego, iż nie ma już drogi odwrotu.  –  Niziołek na chwilę umilkł. Nadal wpatrywał się w Darkara tymi swoimi oczami, jakby czekał na znak ze strony orężnego. Jednak ten niezmiennie milczał, jakby nie robiąc sobie nic z monologu Sinoe. Dziwny człowieczek mimo tych przeciwności nie dawał za wygraną. –  Na tobie spoczywa zadanie z nas wszystkich najważniejsze, a zarazem ponosisz największą  odpowiedzialność za to, czy się wypełni plan przeznaczenia wobec nas oraz innych światów. Musisz sprawić, by znów wszystko powróciło do oczekiwanej przez przeznaczenie równowagi! – Ściszył głos do szeptu. Oddech mu się wyrównał. –  Darkarze zrozum że, ja też długi czas nie mogłem się pogodzić ze swoją rolą w tym planie. Wręcz broniłem się przed tym, by cokolwiek uczynić w tej słusznej sprawie. Przeklinałem swoją dolę i dzień kiedy ją poznałem. Wpierw straciłem wszystko, co było dla mnie najważniejsze. Potem pragnąłem śmierci, jako wybawienia dla mojej duszy i poczucia winy, które mnie zżerało od środka. W końcu zrozumiałem, że to moje poświęcenie jest warte tego, by o to, co wyznaczył nam los walczyć. Uświadomili mi to ci, którzy zawierzyli przepowiedni Hironiusza i oddali się jego opiece. Uwierz, że każde z nas musiało coś ważnego poświęcić tak samo, jak ja i ty. Teraz Darkarze nasza kolej. Rola w tej misji jaką mamy do spełnienia od tej chwili jest pierwszoplanowa. A ty musisz się z tym, czy tego chcesz czy nie, zmierzyć.

– Ciii… – Darkar przytknął palec do ust. – Ktoś się tu zbliża. Któż to może być? Może coś wiesz na ten temat Sinoe? – zapytał się niziołka. Ale prawda też miała inne oblicze: był szczęśliwy, że dzięki nieproszonym gościom nie będzie musiał odpowiadać na trudne pytania. A był pewien, że w końcu by te padły.

– Ich przywódca coś wspominał o tym, że ktoś ma tutaj przybyć po mnie. Wydaje mi się, że mieli mnie komuś ważnemu sprzedać za spore pieniądze. Niechcący podsłuchałem ich rozmowę stąd moje przypuszczenia.

Darkar spojrzał na wielkie, odstające uszy Sinoe.

– Mówisz, że przypadkiem usłyszałeś? – mruknął rozbawiony.

Sinoe znów jakby się zmieszał. Zbrojny powtórnie odniósł wrażenie, że niziołek bardziej się zaczerwienił. Ale i tym razem nie był do końca tego pewien. Tak mu się po prostu wydawało.

– No tak tylko przypadkiem … – Sinoe spuścił niewinnie wzrok i wpatrzył się wswoje nienaturalnie duże stopy.

Wojownik nie tracąc cennego czasu sprawnie przeciął więzy z nadgarstków oraz nóg małego człowieczka. Ten wstał i po ekspresowej gimnastyce rozruszał zdrętwiałe członki. Zbrojny nie czekając na to, aż Sinoe będzie gotów, pociągnął go bezceremonialnie za rękę w kierunku skraju lasu. Tam zamierzał się ukryć wraz z nowym kompanem.

 

***

 

Został wezwany do Cytadeli w trybie pilnym.

Od dłuższego czasu spodziewał się tego „zaproszenia”. Po ostatnich wydarzeniach, jakie miały miejsce w Nadal nie mogło być innej reakcji ze strony Imperatora. Czuł, że zawiódł zaufanie swojego pana. A to było bardzo groźne dla niego i mogło doprowadzić w konsekwencji do jego niechybnej zguby. Przy tej okazii, gdy atmosfera wokół niego była gęsta, zauważył bardzo wyraźnie zakłamanie i hipokryzję elit Cesarstwa. Wzbudzało to w nim olbrzymie obrzydzenie. Okazało się, że prawie wszyscy jego wysoko postawieni przyjaciele, a także wspólpracownicy odwrócili się od niego z dnia na dzień. W ich oczach nie dostrzegł nawet cienia współczucia dla jego trudnego położenia. Domyślał się z czego to mogło wynikać: po prostu dla zbyt wielu zagrażał, bo znał ich najskrytsze tajemnice. Jego niechybna zguba była dla całego mnóstwa fałszywych pochlebców wręcz na rękę. Spaliby spokojniej niż dotychczas.

Był pewien, że się go bali. Przecież w swojej dotychczasowej karierze już za mniejsze przewiny wysyłał dostojników imperium na szafot. Za co mieli go więc kochać i żałować? Teraz ci wszyscy, którzy do tej pory byli dla niego tacy uniżeni i oddani, bo znał ich wszystkie przewiny – postrzegali go z nie ukrywaną radością, jako skazańca. Podążając na audiencję do Czarnego Pana w Cytadeli, mijał w korytarzach oraz na dziedzińcach tych wszystkich fałszywych stronników.W ich oczach postrzegał siebie, jako truchło pozbawione głowy na miejscu kaźni.

W wyniku spartolonej akcji przejęcia niziołka nie dość, że potracił ludzi, to na domiar złego swoją  nieudolnością doprowadził do złego samopoczucia Imperatora. Do tej pory nie ma pewności, jak do tego doszło, że nie ma w garści ani pożądanego przez władcę kurdupla, ani nie zgładził ludzi Garetha.

„Krótko mówiąc: pieprzona porażka” – pomyślał z rozgoryczeniem.

Miał pełną świadomość tego, że jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Mimo wszystko miał jeszcze odrobinę nadziei, jak nie cierpiał tego słowa – nadzieja, że zdarzy się jakiś cud i wyniesie swoją głowę z audiencji u Imperatora jednak cało. Niestety, zbyt dobrze znał swojego władcę. Zbyt dobrze wiedział, jaki los spotyka tych wszystkich, którzy nie spełnili oczekiwań Imperatora, a zwłaszcza, gdy skutki ich zaniedbań w sposób tak jednoznacznie niszczycielski uderzały w interesy Cesarstwa. Dlatego doświadczenie, jakie posiadał w kontaktach z Czarnym Panem, a także wrodzony zdrowy rozsądek, ileż to razy go już uratował z niejednej opresji, podpowiadały mu, iż jego dni mogą być  policzone.

Ostatni z jego prawdziwych przyjaciół, którzy mu w zaufaniu przekazali informacje z dworu, jasno dawali mu do zrozumienia, że Imperator jest, mówiąc delikatnie, wściekły. A to mogło oznaczać dla niego tylko jedno – należy być przygotowanym na to, że ta podróż do Cytadeli może być ostatnią wędrówką w jego awanturniczym życiu. I tak do tej przymusowej wizyty w stolicy Cesarstwa podchodził.

Siedział na zydlu przed salą tronową. Czekał z narastającym w jego świadomości lękiem na wezwanie władcy. Rozglądał się wokół siebie któryś raz z rzędu. Łapał się na tym, że ze zdenerwowania nawet nie wiedział, który to już raz robi. Ktoś kto go by obserwował mógł odnieść mylne wrażenie, że ten człowiek jest tutaj pierwszy raz. Lecz Rodgar de Zuuw znał to miejsce znakomicie. Bywał tutaj bardzo często. Ale dotychczas to inni nieszczęśnicy byli wzywani pilnie przez Imperatora na złożenie wizyty w jego zamku i to oni z przerażeniem czekali na zaproszenie do tej sali.

Westybul przed salą tronową był ogromny i bogato zdobiony, ale dekoracje oraz meble, które w nim umieścił właściciel w swojej wymowie kładły nacisk na prostotę. Cały zamek Czarnego Pana nie zdumiewał zbyt wielkim przepychem. Wszędzie w siedzibie władcy Marchii widać było na pierwszy rzut oka, że pan tego zamku jest zamożny, a zarazem srogi i bezwzględny względem poddanych.

Cytadela została wybudowana  na środku pustyni przez Imperatora. Mieściła się na wysokiej, samotnej skale, która majestatycznie górowała nad całą okolicą. Skryte podejście z którejkolwiek strony przez wrogów nie wchodziło w rachubę. Straże bardzo szybko spostrzegłyby z murów nadchodzące zagrożenie.

Woda została doprowadzona do Cytadeli z głębokiej na kilkadziesiąt metrów sztolni wyciosanej przez niewolników w twardym kamieniu. Poprzez system naczyń poruszanych olbrzymimi kołowrotami i wznoszonymi na coraz to wyższy poziom przez muły napędzające cały system siłą własnych mięśni doprowadzano ją do przewidzianych do tego pomieszczeń.

  Dostęp do stolicy Cesarstwa wiódł tylko jednym traktem. Metropolia była szczególnie chroniona przez straże, gdyż przebywał tutaj stale Imperator. Bramę do twierdzy mógł tylko przekroczyć gość lub wędrowiec zatwierdzony osobiście przez Czarnego Władcę.

Samą Cytadelę zamieszkiwali najbardziej zaufani Imperatora. Poza nimi w tym ponurym zamczysku nikt nie rezydował, no chyba, że weźmiemy jeszcze pod uwagę parobków oraz służbę. Kastę dostojników oraz urzędników w imperium  Czarnego Pana tworzyła tylko niewielka garstka istot, która wywodziła się pośród kapłanów, służących Bogu Ciemności. Nawet on, będąc Szefem Wywiadu i Dywersji do tej grupy się nie zaliczał. W grodzisku mieściła się również główna siedziba przybocznej Upiornej Gwardii, która służyła tylko władcy. Nawet, jak dla niego, przywykłego do złowróżbnego nastroju Cesarstwa, przedstawiciela władzy, nagromadzenie w jednym miejscu takiej ilości krwiożerczości oraz skondensowanego zła to zbyt wiele.

Nagle rozmyślania posępnego Rodgara de Zuuw przerwał odgłos otwieranych drzwi do sali tronowej.

– Rodgarze de Zuuw pan wzywa – lokaj w liberii donośnie zawezwał oczekiwanego przez Imperatora gościa.

Oczekujący wizyty szpieg wstał bardzo powoli z nieukrywanym ociąganiem. Był całkowicie przekonany, że to są już ostatnie chwile jego ryzykanckiego życia.  Próbował więc je przeciągać w nieskończoność. Sam wielokrotnie widział na własne oczy, jak to robili jego więźniowie. W takich ulotnych chwilach napawał się tym widokiem. Czuł wtedy, że posiada nad nimi nieograniczoną władzę, że jest równy swemu panu i bogom.  Tylko od niego zależało, jak długo skazańcy będą egzystowali na tym świecie, ile będą zmuszeni znieść bólu, by w końcu odejść w niebyt. A oni w ostatnich momentach swego marnego życia chwytali w rozpostarte szpony końcowe sekundy i minuty w nadziei, że będą trwały wiecznie.

Teraz robił to samo.

W niczym więc, obecnie, w zaistniałej sytuacji, nie różnił się od swoich ofiar. Jakie więc życie bywa okrutne oraz przewrotne, bo to on właśnie z kata stał się bezbronną, w jego mniemaniu, ofiarą.

Gdy wreszcie poczuł, że zaczyna panować nad sobą i swoimi emocjami, by ujarzmić do końca trawiącą go trwogę kilkakrotnie nabrał powietrza w płuca. Miało mu to pomóc. Jednak stało się inaczej, gdy uzmysłowił sobie, że to już jest ten czas, by przestąpić, jak mu się wydawało bramy piekieł.

 Zanim zdążył wykonać ruch w stronę otwartych drzwi, gwałtownie wrócił do jego świadomości pierwotny lęk. Ten strach był głęboko zakodowany, był to strach przed utratą życia, samoobrona przed zagładą organizmu. Strach tak paniczny, że gdyby mógł to natychmiast, by próbował zbiec. Miał jednak pełne przekonanie, że jego ucieczka to byłoby działanie absurdalne. Jedyną szansą na przeżycie było  przejście z westybulu do sali tronowej. To wiedział i musiał uczynić ten jeden krok przed siebie.

 W końcu zdobył się na ten krok. Przekroczył je.

 Spojrzał tam gdzie spodziewał się odnaleźć wzrokiem swojego władcę, lecz go nie dostrzegł. Nie oznaczało to wcale, że go nie ma w sali tronowej. Imperator potrafił bowiem przybrać każdą postać w jakiej zapragnął się przed swoim poddanym ukazać. Mógł przybierać stan bezkształtnej oraz bezosobowej czarnej materii, która otaczała swojego rozmówcę, innym razem mógł przeobrazić się w istotę o wyglądzie: człowieka, elfa lub innej, dowolnej rasy, a zarazem każda z tych postaci mogła być młodzieńcem albo starcem. Dla tych, którzy mieli go zobaczyć ostatni raz w swoim życiu, bo narazili się Czarnemu Panu i mieli umrzeć z jego rąk, przybierał oblicze najstraszliwszej maszkary z najgłębszych pokładów umysłu straceńca. Miał wrażenie, że nic go nie jest już w stanie zaskoczyć ze strony Imperatora.

– Witaj Rodgarze – zabrzmiał nagle głos dobiegający go nie wiadomo skąd. Ten beznamiętny głos, podziałał na niego jak kubeł zimnej wody, obudził go z chwilowej zadumy. W tym, co teraz usłyszał było tyle chłodu. Brakowało w tej wypowiedzi jakichkolwiek uczuć: choćby wściekłości, a może furii albo czegokolwiek, co byłoby wyrazem emocji przez mówiącego.

To nasiliło panujący w nim lęk, który swoimi obleśnymi łapami zaczął coraz mocniej oplatać jego pokurczone ciało. Rodgar poczuł, jak jego żołądek skręca potworny ból. Runął na kolana, zwrócony twarzą do przeciwległego końca ogromnej sali. Tam stało na podeście ciężkie, bogato rzeźbione biurko. Zza nim stało jedno, królewsko przyozdobione krzesło. Wszyscy dla Imperatora zza tego biurka, stojąc przed majestatem władcy Cesarstwa musieli wydawać się tacy nikli i nic nie znaczący.

– Panie, zgodnie z twoim poleceniem, przybyłem na twoje pilne wezwanie! – wykrzyczał czołobitnie, jednym tchem ze ściśniętych strachem piersi. Czuł, że jego głos niebezpiecznie się załamuje pod wpływem wszechogarniających go negatywnych i pesymistycznych wizji, które, jak zły sen, przeleciały w jednej chwili przed jego oczami. Czuł, że musi zwymiotować i to natychmiast, bo jego żołądek dłużej nie wytrzyma tej ogarniającej go bezdennej paniki.

– Czy znasz opowieść, mój drogi Rodgarze, o generale Lapusie? – zapytał retorycznie władca.

Mdłości się nasiliły. Odruch wymiotny nie ustępował na krok, a jego gardło było niezdolne do wydania jakiegokolwiek dźwięku. Wiedział jedno, że teraz musi zapanować nad sobą. Jest przecież silny.

Myśl!

Oczywiście, że tę opowieść znał. A jakże miałby jej nie znać. Wszyscy dworzanie ku swojej przestrodze ją znali na pamięć. Lapus był jednym z naczelnych generałów armii Czarnego Pana. Mimo to, gdy zawiódł zaufanie swojego władcy, został zgładzony wraz z rodziną. Popełnił straszliwy błąd. Odmówił Imperatorowi posłuchu, gdy władca wydał rozkaz generałowi, by jego podwładny zrównał z powierzchnią ziemi miasta i wsie. Region został podbity przez wojska dowodzone w kampanii przez generała Lapusa. Ten jednak, nie wiedzieć czemu, nie mógł się pogodzić z tym, że ma wszystko, co żywe oraz wartościowe wyrżnąć i zniszczyć. Uważał to za megalomanię i głupotę. Udowadniał wśród zauszników Imperatora, a zapewne któryś z nich mu się przysłużył, że zamiast mordować, należy pokonanych wykorzystać, jako darmową siłę roboczą na rzecz Cesarstwa. Natomiast dopiero najsłabsze jednostki powinno się zamknąć w obozach, wykorzystać do cna i dopiero na końcu, gdy nie będzie z nich pożytku, zgładzić. Po za tym, wywodził, że wykonując ten rozkaz straci cenny czas, a co za tym idzie inicjatywę strategiczną w prowadzonej wojnie. Nigdy potem Lapusa nie ujrzano, tak samo jak i jego rodziny. Po tych wydarzeniach Imperator rozpowszechnił pogląd wśród poddanych, że ten kto sprzeciwi się jego woli skończy swój marny żywot tak samo, jak niepokorny generał Lapus wraz z rodziną.

„Koniec ze mną „ – pomyślał.

– Panie znam tę opowieść. – załkał.

– Świetnie, skoro ją znasz to teraz pozwól mi zrozumieć, co się właściwie stało z moim ulubionym niziołkiem!? – zasyczał Imperator. A właściwie nie wiadomo było, co tak naprawdę zasyczało. W sali nadal był sam. Mimo tego głos władcy ciągle słyszał intensywnie. Czuł się tak, jak gdyby Imperator był wewnątrz jego świadomości, a wszystko wokół niego syczało.

– Panie, służyłem ci przez wszystkie lata służby dla Cesarstwa wiernie, jak pies. Panie, wykonywałem bez szemrania wszelkie twoje polecenia i proszę byś wysłuchał swego jedynego, lojalnego sługi. – prawie łkał swoimi załzawionymi oczami Rodgar de Zuuw.

Nastała trudna do zniesienia cisza. Trwała na tyle długo, by powtórnie obleśny strach swoimi przebrzydłymi mackami  mógł nim zawładnąć.

– Czy masz świadomość Rodgarze, że przez twoją głupotę, nieodpowiedzialność, a przede wszystkim nieudolność znów mam te sny? Co ja mówię sny, to są koszmary! Ten młodzieniec w bajecznie kolorowych girlandach kwiatów na szyi i ja. Lecz ja na końcu tego snu ginę! Rodgarze! Rozumiesz to: umieram !? A ja przez wzgląd na swojego ojca, a zarazem mego pana, nie wspominając o mojej misji, jaką mam do wykonania, przecież, nie mogę zejść z tego świata. Ty natomiast… – świdrujący głos wbijał się coraz bardziej klinem braku jakiejkolwiek empatii, brakiem emocji i całkowitą bezdusznością w świadomość Rodgara. Ten głos w jego głowie stawał się coraz bardziej nieznośny – …obiecywałeś mi, że tego koszmaru już nigdy nie będę miał, że tą małą błahostkę, jaką dla ciebie jest ten przeklęty niziołek, w moim wiecznym życiu, zlikwidujesz skutecznie, czyż tak nie było?

– Panie tak było i tak jest. Przecież to jeszcze nie jest koniec… Ja przedsięwziąłem odpowiednie kroki. Jesteśmy już blisko….Hrrrrrr….  –  zaskrzeczał Rodgar.

Jakaś niewidzialna siła uniosła go nad posadzkę, trzymając mocno za gardło. Nogi de Zuuw śmiesznie wierzgały w powietrzu. Oczy zaczęły wychodzić z oczodołów, a żyły nabrzmiały na skroniach.

– Rodgarze, wiem, jakie kroki przedsięwziąłeś. Ale mam wrażenie, że nie rozumiesz jednego: straciłem do ciebie, jako do swego wiernego sługi, zaufanie. Czyż mogę mieć je nadal? Zwłaszcza w chwili, gdy jesteś tak nieudolny i nie potrafisz zlikwidować tak małego problemu dla rozwoju mojego imperium? Czy jesteś w stanie zrozumieć, co żeś uczynił?

Niewidzialna dłoń coraz mocniej zaciskała się na szyi Rodgara. A on sam, na sekundy, jak mu się wydawało, przed swoją niechybną śmiercią, zaczął dostrzegać, jak materializuje się Imperator. Imperator o wyglądzie mu wcześniej nieznanym. Początkowo dostrzegł rękę, która trzymała go brutalnie za gardło, dalej powoli zauważał jego tułów, głowę i wreszcie nogi. Tuż przed nim stał młodzieniec o przepięknej, wręcz boskiej, niemożliwej do opisania jakimkolwiek językiem oraz słowami – urodzie. Panicz o blond włosach lśniących niesamowitą, nadprzyrodzoną aurą, pięknie wyrzeźbionym ciele oraz idealnym zarysie muskulatury. W oczy przerażonego skazańca od fizyczności władcy biła oślepiająca łuna. Zanim wzrok Rodgara się do niej przyzwyczaił musiał w pierwszej chwili zamknąć swoje powieki. Wreszcie, kiedy mógł bez obaw o nabawienie się ślepoty, spojrzeć na Imperatora wydało mu się, iż na moment, całkiem przypadkiem, spotkały się ich źrenice. To ulotne mgnienie mu wystarczyło, by stwierdzić z przerażeniem, że nic w nich nie dostrzegł poza wszechogarniającą wszystko pustką. Panowała tam tylko przeraźliwą ciemność, która była jedyną przyszłością tego świata. Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jednak w tych pustych źrenicach coś ujrzał, jakby pojedynczy przebłysk – było w nim zawarte cierpienia tysięcy uwięzionych dusz, które zostały pochłonięte przez odmęty piekła na ołtarzach ofiarnych poświęconych jego ojcu.

Po tym, co w tej przeraźliwej chwili swego życia doświadczył, wiedział i był w pełni świadom tego, co jest treścią duszy Czarnego Pana. Zdał sobie sprawę z tego, co go czeka, a także inne istoty tego świata pod rządami Imperatora. Przyszłość była przerażająca, bowiem był nią tylko ocean nicości, w którym była zatopiona na całą wieczność jego dusza oraz innych istot.

Skumulowane składniki wszelkiego zła w jego monarsze zatrwożyły Rodgara. Właśnie w tej kruchej dla jego życia chwili odkrył, że Imperator nie może być istotą z krwi i kości, że to jest wyłącznie straszliwa świadomość boga ciemności w zawładniętym przez niego ciele. Zdał sobie również sprawę z tego, iż owa istota jest tak naprawdę bramą do piekieł, do zła w najczystszej, pierwotnej postaci. Teraz już wiedział, był wręcz tego pewien, że to zło nadciągało z najgłębszych pokładów cierpienia, jakie zadano istotom pochłoniętym przez ten chaos.

Niespodziewanie dla Rodgara de Zuuw,  gdy miał zostać ostatecznie unicestwiony, jak mu się wydawało, przez Czarnego Pana, ręka trzymająca go za gardziel zelżyła swój uścisk i rzuciła z olbrzymią siłą do tyłu. Odbił się od drzwi wejściowych do sali tronowej, by wreszcie ześlizgnąć się po nich w dół aż do posadzki. Gdy łapczywie łapał powietrze w zaciśnięte płuca dotarło do niego, że będzie jednak żył.

– Rodgar, masz ostatnią szansę. – zasyczał w jego ostatnich chwilach świadomości Czarny Władca.

Zło, które o mało go nie zabiło, zdematerializowało się i zniknęło. Wiedział tylko jedno, że musi wykorzystać tę ostatnią szansę daną mu przez Imperatora. Inaczej jest zgubiony.

Potem już nic nie pamiętał. Stracił przytomność.

 

***

 

Sinoe musimy natychmiast znaleźć jakieś odchody, jakąkolwiek substancję o mocnej woni. Pomyśl czy coś takiego widziałeś gdzieś tutaj? – Darkar omiótł wzrokiem okolicę drzewa do którego był przywiązany niziołek.

– Szukamy gówna, czy czego? A po co nam one do szczęścia potrzebne? – zdziwił się mały człowieczek.

– Nie teraz Sinoe! Nie mamy czasu na jałowe dyskusje. Jesteśmy w poważnych tarapatach. Zaufaj mi. Musimy się po prostu tym gównem wysmarować… – wpół słowa mu się wtrącił wzburzony niziołek.

– Że co? Nigdy, za żadne skarby… –  nie dokończył. Darkar natychmiast ostro mu przerwał.

– Kurwa, gdzie sraliście na tej polanie? Natychmiast wskaż to miejsce! Albo jeszcze lepiej, gdzie ci bandyci  sprawiali zwierzynę?

Sinoe zaniemówił aż z wrażenia. Nie bardzo wiedział, czy to co usłyszał, to nie jest przypadkiem ponury żart. Natrzeć się gównem? Śmierdzącą padliną? A może to jednak  jakiś kawał, może niebawem wskaże go palcem i złośliwie wyśmieje, że dał się na to tak dziecinnie nabrać… Ostatecznie posępny, a zarazem strasznie złowrogi wzrok Darkara rozwiał wszystkie rodzące się w głowie niziołka wątpliwości. Tak więc, doszedł ostatecznie do jednoznacznego wniosku, że  to na pewno nie  był ot taki sobie psikus dla poprawienia ciężkiej atmosfery, która pojawiła się w ich relacji od samego początku.

– Ty nie żartujesz!? –  jeszcze pełen nadziei upewniał się niziołek.

– Nie, nie mam w zwyczaju żartować, gdy zaraz tutaj zaroi się od zbrojnych. – odpowiedział jednoznacznie wojownik.

– Ale skąd to możesz wiedzieć? – zapytał się zdezorientowany Sinoe. – Ja przecież nic nie słyszę ani tym bardziej nic nie widzę… – dziwił się dalej.

Nie dokończył swojego zdania. Darkar zniecierpliwiony przedłużającą się dyskusją oraz rozjuszony do granic możliwości za brak posłuszeństwa w tak niebezpiecznej chwili chwycił Sinoe za szyję, podniósł do góry i ściśniętymi od wściekłości ustami wycedził:

– Masz tylko dwa wyjścia! Albo wskażesz mi miejsce, gdzie można znaleźć wasze gówno na tej polanie; albo to miejsce, gdzie są resztki upolowanej zwierzyny. – cedził powoli wojownik, by przerażony niziołek zrozumiał sens jego wypowiedzi. – Dzięki czemu masz szansę dalej żyć, aczkolwiek będzie od ciebie śmierdziało na stajanie; albo, jeśli nie zrozumiesz o co ciebie proszę, nim oni przybędą, to ja ciebie natychmiast zakatrupię własnymi rękami.

– Spokojnie, spokojnie! – zakwilił cienkim z przerażenia głosem Sinoe. – Ja przecież nie wiedziałem, że to nie jest jakaś gra z twojej strony. Proszę, już ci zaufałem, postaw mnie zatem na ziemi. Pokażę to czego potrzebujesz.

Darkar postawił z powrotem Sinoe na stabilnym gruncie.

– Tam urządzili sobie wychodek. – wskazał palcem w kierunku skraju lasu. – A tam oprawiali upolowaną zwierzynę. – powtórnie wskazał inne miejsce.

– Chodźmy. – rzucił przez ramię wojownik.

Idąc do miejsca przeznaczenia Darkar stwierdził, że wiatr im wyjątkowo sprzyja. Wieje akurat od strony śmierdzącego wychodka w stronę trupów bandy Garetha.

– Wysmaruj się! – nakazał zbrojny. Nie namyślając się zbyt długo, zanurzył swoje dłonie w ekskrementach, by po chwili zacząć smarować nimi swoją odzież. Sinoe z pewnym ociąganiem i nieukrywanym obrzydzeniem naśladował czynności wykonywane  przez wojownika. Po kilku minutach skończył tę parszywą, wymuszoną siłą pracę.

– No proszę, mamy tę przyjemność z głowy. Teraz chodź za mną. Wychodzę z założenia, że umiesz chodzić po drzewach?

– Myślę, że tak. Gdy byłem dzieckiem, jak każdy z nas wspinałem się na drzewa, a teraz sam nie wiem. Ale myślę, że tego się nie zapomina.

Wreszcie po krótkiej chwili znaleźli drzewo odpowiednio wysokie, które pozwalało im obserwować bez problemu całą okolicę i było na tyle gęste, że z poziomu gruntu nie można było ich dostrzec. Dla bezpieczeństwa przywiązali się sznurem do konaru.

– Posłuchaj. Nie wolno ci się odzywać. Musisz siedzieć cicho. Odpręż się i próbuj spokojnie oddychać. Staraj się nie ruszać. Czekamy cierpliwie aż zbrojni odejdą z wyspy. Potem podejmiemy decyzję, co robimy dalej. Zrozumiałeś?

–  Tak. Ale co z potrzebami fizjologicznymi?

–  Robisz w portki. A teraz siedź już cichosza.

 

***

 

  Chmary komarów niemiłosiernie cięły wszystkich żołnierzy zgromadzonych na tym leśnym dukcie. Nie stanowiły dla nich przeszkody nie do przebycia ani kolczugi, ani lniane i bawełniane koszule, ani pozostałe warstwy odzieży. Komary zawsze wiedziały, gdzie należy przycupnąć, by ugryźć w najbardziej odsłoniętą, albo zbyt słabo zabezpieczoną część ciała. Co chwila wojacy wydawali odgłosy wściekłości i bólu po ukąszeniu przez żarłoczne owady. Klaśnięcia dłoni oznajmiały wszystkim o próbie zgładzenia jednego z wielu latających wokół źródła pożywienia krwiopijców.

Nagle, tą obronę przed moskitami, przerwał nadchodzący tumult z czoła oddziału. To straż przednia nie dość pośpiesznie przepuszczała przez swoje szeregi zwiadowców wysłanych w awangardzie hufca Gildii Kupieckiej. Wreszcie doszło do porozumienia pomiędzy żołdakami i dowódca rozpoznania ruszył biegiem do Ervithara. Miał, jak się okazało, bardzo istotne dla niego informacje.

– Ervitharze, co to za hałas przed nami? – próbował przekrzyczeć wrzawę Wielki Szambelan Gildii.

– Panie to nasz zwiad wrócił z rozpoznania wyspy.

– Zwiad powiadasz…

– Tak panie … – nie dokończył. Jego wzrok przykuł zwiadowca przepychający się przez szeregi zbrojnych zgromadzonych wokół Ervithara. Była to mała istota z rasy gnomów. Muskularni, silni, wytrzymali i karni. Jednak najważniejszą cechą predysponującą je do  zwiadu było ich powonienie i świetny słuch. Te istoty miały od urodzenia mocno rozwinięte te zmysły. Na zapach były bardziej czułe niż psy, a pojedynczy dźwięk były w stanie usłyszeć z odległości wielu mil. Dlatego w jego opinii żadna inna rasa nie nadawała się do tych zadań lepiej. Znając predyspozycje tych istot Ervithar poświęcił sporo czasu na zebranie takiego oddziału zwiadowczego.

– Pułkowniku – krzyknął chrapliwym głosem gnom w swoim narzeczu. – Zadanie wykonane tak, jak rozkazałeś. Teren został dokładnie rozpoznany. Ale… – tutaj zawahał się na chwilę – ... nie mam dla was dobrych wieści.

– Czemu? – w głosie Ervithara można było wyczuć konsternację i narastającą złość. Zbyt długo tego kogoś szukał, a rosnąca frustracja, że znów im się wymknął z rąk mogła źle się skończyć dla któregoś ze zgromadzonych wojów. Ponadto nie bardzo miał ochotę wysłuchać złośliwości ze strony tutaj obecnego, straszliwie zrzędliwego oraz stetryczałego  szambelana, na temat jego braku kompetencji.

– Powiem wam krótko i zwięźle, panie, tam nikogo nie zastaliśmy poza stertą trupów. Obeszliśmy całą wyspę wzdłuż i wszerz. Nawet postaraliśmy się, panie, i poszliśmy od niej na stajanie i kompletnie nic tam nie było, a zwłaszcza niziołka. Jednego jestem pewien, że jatka tam musiała być przednia. – zagwizdał  z przejęciem zwiadowca na podkreślenie tego, co zastał na miejscu planowanego spotkania z bandą Garetha.

– Może jednak nie sprawdziliście trupów? Może tak jak inni zginął? – nie dawał za wygraną pułkownik. Wściekłym wzrokiem omiótł wokół siebie, szukając ofiary, na której mógłby się wyżyć. Jednak wszyscy, którzy stali do nie dawna tuż koło niego, po przybyciu zwiadowcy, odsunęli się na bezpieczną odległość. Rozkazodawca znany był z tego, że czasami potrafił wpaść w furię. Nie pozostało mu nic innego, jak szpetnie przeklnąć.

– Nie, nie było tam żadnego takiego typka. Ktoś nieźle, niewątpliwie, wyszkolony w zabijaniu musiał położyć pokotem tych rosłych chłopów z sumiastymi wąsiskami. Zarżnął ich fachowo nie ma co mówić. Ale wiecie co, panie, – sapnął po chwili zastanowienia gnom. Próbowaliśmy znaleźć jakieś ślady, które by  potwierdzały, że tam mogła przebywać poszukiwana przez nas owa istota. No i znaleźliśmy trop. Wręcz jestem pewien, że niziołek był tam przywiązany do drzewa. Myślę nawet, bo ja bym tak uczynił, że był skrępowany za ręce i nogi. Są ślady, które potwierdzają to jednoznacznie. W samym obozowisku ognisko i popiół były jeszcze całkiem ciepłe. Oj, niedawno musiała się stać, bardzo niedawno, ta rzeź.

– Ervithar, co ten oberwaniec tam gada? Tłumacz pan i to raźno! – krzyknął w kierunku dowódcy szambelan z grzbietu swojego konia. Był niezadowolony z wyrazu twarzy rozkazodawcy, bo to mogłoby oznaczać następną porażkę w tak ważnej misji, jaką mieli do wykonania. Zatem znów coś poszło nie tak.

– Nie mam szambelanie dobrych wieści dla Gildii. Bandyci Garetha zarżnięci, jak owce, a po kurduplu ani śladu. Znów ktoś nas wyprzedził, panie.

– Ervitharze, obiecałeś naszemu Wielkiemu Mistrzowi, że tym razem pochwycimy tego niziołka. Twierdziłeś, że ludzie Garetha poradzą sobie z tym prostym zadaniem, by dotrzeć bez problemów na tę wyspę, na bagnach Palonii w jednym kawałku. A teraz okazuje się, że znów mamywielkie nic!?  Powiedz mi jedno, po co my właściwie tutaj szliśmy taki szmat czasu? Komary o mało nie wyssały ze mnie całej krwi, a ty obecnie prawisz, że wędrowaliśmy po tym przeklętym bagnisku na darmo! Niepotrzebnie! Zaginęło pięciu naszych ludzi, pożartych, zapewne na tych moczarach, przez jakieś potwory… – szambelan wreszcie stracił oddech od potoku słów wyrzucanych z rozgniewanych ust. Dostojnik nie mogąc odnaleźć kolejnych racjonalnych argumentów, zrezygnowany, w końcu machnął kościstą ręką przecinając ze świstem powietrze.

– Panie rozumiem twoje zdenerwowanie… – w tym momencie nastąpiła krótka pauza, która miała na celu dać szambelanowi czas na to, by starzec miał krótką chwilę na zastanowienie się nad zastałą sytuacją i mógł uspokoić swoje skołatane nerwy. Ervithar, bowiem znał znakomicie możnowładcę, który z ramienia gildii z nim tutaj przybył i wiedział, co powinien uczynić, by obłaskawić dostojnika. Mąż stanu był jego mentorem, a to oznaczało, że między innymi dzięki  jego poparciu tak wysoko mógł awansować w strukturze tej organizacji, by wreszcie zostać wyznaczonym na stanowisko dowódcy oddziałów Gildii Kupieckiej – … niemniej póki sam tam nie dotrę i nie rozejrzę się po pobojowisku, dopóty nie stwierdzę, co tam właściwie sie wydarzyło..

– Pułkowniku pamiętaj, że ta misja to sprawa polityczna. Jest to gra o żywotne interesy Cesarstwa lub naszej Gildii. Pamiętaj, jak wiele od tego niziołka może zależeć. Ale najważniejsze jest to, abyś pamiętał jaka przyszłość czeka naszą organizację dzięki pochwyceniu tego podżegacza. Tak więc ruszaj. Na chwałę Wielkiego Mistrza!

– Na chwałę Wielkiego Mistrza – odkrzyknął Ervithar.

Dał wcześniej umówiony znak ręką.

Wraz z częścią oddziału, w skład którego wchodziły jego gnomy – zwiadowcy, ruszył w kierunku wyspy na bagnach. 

 

***

 

W oddali, na tle nieba, tam gdzie horyzont spotyka się z pustynią, pojawił się z początku maleńki punkt. Żwawość z jaką się poruszał, powodowała, że zbliżał się on do pobliskiej gospody, stojącej tuż przy trakcie prowadzącym do Cytadeli, w tempie nad wyraz błyskawicznym. Jeździec ani trochę nie baczył na to, czy tą szaleńczą jazdą przypadkiem nie zajeździ na śmierć swojego wierzchowca.

Karczma ta została umiejscowiona na skaraju pustyni, przy jedym trakcie do stolicy Cesarstwa. Można było w niej odpocząć i posilić się przed dalszą drogą przez góry. Miejsce to było oddalone o siedem dni drogi konno od Cytadeli. Dalej na wschód, tuż za górami, leżały  obszary gęsto zaludnione szcześliwym ludem Imperium. Mieszkali oni na terenach uroczych, pełnych bujnej roślinności oraz nieograniczonego dostępu do świeżej wody. Pomimo bogactwa urodzajnej ziemi i zwierzyny ludność  była nad wyraz zabiedzona oraz przerażona. Terror, jaki stosowali urzędnicy Imperatora był widoczny wszędzie. Pobocza traktów oraz dróg były przyozdobione ciałami tych, którzy sprzeciwili się Czarnemu Panu, albo tymi, którzy byli podejrzani o to, że kwestionują prawa i religię Cesarstwa.  Przemierzając tę krainę można było dostrzec dosłownie na każdym kroku dowody na rządy twardej oraz bezwzględnej ręki władcy nad swoimi poddanymi.

Aby dostać się do  żyznych nizin należało przebyć ostatni odcinek, który zaczynał się na wysokości gospody oraz powoli wznosił się ku górze, by zamienić się w wysokie i niedostępne Góry Graniczne przez które wiódł.

Jeździec na spienionym wierzchowcu w końcu dotarł do bram gospody ”Przy Granicznych Górach”. Nie wiadomo skąd na widok nadjeżdżającego wędrowca wyskoczył młody krasnolud. Pochwycił umiejętnie wyuczonym ruchem uprząż. Pomógł zsiąść zdrożonemu oraz zakurzonemu jeźdźcowi.

Ten zsiadłszy, pośpiesznie skierował swoje kroki do wrót. Otworzył je z rozmachem na oścież, na moment przytrzymał drzwi swoim zakurzonym do granic możliwości butem, by wpuścić do środka trochę więcej światła. Chciał się rozejrzeć we wnętrzu oberży, by upewnić się w tym, czy ten, którego spodziewał się tutaj zastać już na niego czeka. Wraz z przybyszem do izby wpadło upalne, rozżarzone pustynnym słońcem powietrze, a wraz z nim ogromne ilości wirującego piachu, porywanego pojedynczymi podmuchami gwałtownego wiatru. Zbierało się na burzę.

Na chwilę gwar rozmów w karczmie zamilkł. Oczy wszystkich gości zwróciły się ku wędrowcowi. Był ubrany, jak większość tu zgromadzonych. Na głowie miał turban, który kończył się szerokim pasem materiału zasłaniającym twarz przed wszędobylskim, pustynnym piaskiem oraz długą lnianą tunikę kończącą się tuż na biodrach. Nosił spodnie o szerokich nogawkach i skórzane buty z wysokimi cholewami. W stanie był przewiązany szerokim skórzanym pasem, zza którego wystawała pięknie zdobiona drogimi kamieniami i złotem rękojeść sztyletu. Gatunek materiałów, które zostały użyte do uszycia ubioru przyjezdnego wskazywał, że świeżo przybyły należy do elity Cesarstwa.

Gwar rozmów na nowo począł rozbrzmiewać w gospodzie, nim wędrowiec zdążył w izbie przejść kilka kroków. Nikt już nie zwracał najmniejszej uwagi na przybyłego. Każdy zajął się swoimi sprawami.

Podróżnik przystanął na chwilę. Jego oczy dość szybko przyzwyczaiły się do półmroku panującego wewnątrz gospody. Bez trudu dostrzegł szczegóły oraz umeblowanie sali konsumpcji. Nie było w urządzeniu tej karczmy nic szczególnego, co by ją odróżniało od innych tego typu przybytków.

 Zlustrował dokładnie wnętrze oberży. Wreszcie po chwili dostrzegł tego, którego spodziewał się odnaleźć w środku. Oczekiwana przez przyjezdnego istota siedziała nieruchomo w rogu sali. Bez żadnej bojaźni, ciekawsko wpatrywała się w stronę możnowładcy. Zachowanie obydwu gości karczmy, które miało wyglądać na przypadkowe spotkanie nieznajomych nie mogło, w żadnym przypadku, zmylić uważnego obserwatora. Obydwaj dawali sobie dyskretne znaki. Na pewno sie znali.

Raptem przed przybyłym wyrósł, jak spod ziemi karczmarz.

– Panie, zapraszam w moje niskie progi! – jowialnie wysapał oberżysta. – Dawno nie mieliśmy tak szlachetnie urodzonej istoty w naszym skromnym przybytku – próbował pokłonić się stary i strasznie otyły krasnolud. Wyglądało to pokracznie oraz wzbudziło w oczach wędrowca politowanie.

– Odejdźcie mości panie i nakażcie służbie podać jadła oraz napitku. Stajennemu przykażcie, żeby wyczyścił  i doprowadził do porządku mego konia.

– Gdzie wam podać?

– Tam w róg. – wskazał ruchem głowy szlachcic.

Podróżnik skierował swoje kroki we wskazanym kierunku.

– Witaj szefie. – niespodziewanie zagaił rozmowę nieznajomy ku któremu podążał nowo przybyły.

– Witaj – odpowiedział krótko dopiero, co przybyły wędrowiec.

– Wykonałem wszystko, tak jak poleciłeś. – zaczął powoli wpatrując się uważnie w oczy przełożonego.

– Maktarze, mam nie skrywaną nadzieję, że masz dla mnie tylko i wyłącznie dobre wieści. Wiele od nich zależy, a zwłaszcza nasze życie! Bo widzisz jestem po dalece nieprzyjemnej wizycie w Cytadeli. Dlatego wierzę, że nie będę musiał wysłuchać więcej złych wieści. Nie byłbym w stanie ich znieść! Pamiętaj o tym… – nie dokończył wychodząc z założenia, że nie ma sensu dopowiadać oczywistości na ten temat. – Tak więc opowiadaj. – wreszcie usadowił się wygodnie. – Czekam z niecierpliwością!

– Znam  już o wiele więcej szczegółów o tym, co jest dla ciebie dotychczas zagadką, a olbrzymim utrapieniem dla Imperatora. – uśmiechnął się najwyraźniej zadowolony ze swoich ustaleń.

– A cóż wiesz? – zainteresował się Rodgar – Nim jednak zaczniesz mi składać relację napijmy się tutejszej wódki. Podobno pędzą tutaj najprzedniejszy bimber w całym Cesarstwie z okolicznych kaktusów. Nieziemski przysmak. – Odwrócił swoją głowę w stronę szynkwasu i krzyknął głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Karczmarzu podajcie, no waszego, specjału! I to szybko!

– Już biegnę, panie! – odpowiedział z zadowoleniem karczmarz dostojnikowi.

 

***

 

Ervithar z uwagą rozglądał się po miejscu potyczki. Ciała członków bandy Garetha leżały pocięte w kałużach posoki. Widok był nad wyraz zajmujący, nawet jak dla niego. Niemniej powodem jego zainteresowania nie byli leżący na polanie polegli oraz nie był nim, z całą pewnością, stan w jakim były ciała. Przyczyną emocji, jakie go w tej chwili naszły były umiejętnosci tego, który to uczynił. Musiał przyznać, że to, co tutaj zastał było wręcz mistrzostwem, klasą dla siebie samej w sztuce zabijania. Zagwizdał przeciągle przez zęby, zawsze tak robił, gdy czuł się podekscytowany. To było już  naprawdę coś, trudno mu było zaimponować. W jego mniemaniu bój nie mógł trwać nazbyt długo.

– Piękne. – zamruczał sam do siebie. – Piękne!

– Panie ... – wyrwał z rozmyślań Ervithara gnom. – ... jeszcze raz sprawdziliśmy wyspę. Nie znaleźliśmy nic godnego uwagi. Żadnych śladów. Nie wyczuliśmy żadnego zapachu jakiejkolwiek żywej istoty w tym miejscu. W okolicy czuć tylko fetor śmierci i gówna. W zasadzie, nie znajduje się tutaj nic takiego, co by wskazywało, że ktoś lub coś mogło przed naszym przybyciem tutaj się ukryć. Panie, więc, co dalej? Proszę o rozkazy!

– No cóż spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Byłem wręcz pewien, że tego, który ... – w tym miejscu zrobił efektowną przerwę i wskazał ręką leżące trupy bandytów – ... dokonał tego dzieła zniszczenia nie zastaniemy w oczekiwaniu na nasze przybycie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa – słowo „prawdopodobieństwo” Ervithar podkreślił wyraźnie mocniej je akcentując – możemy stwierdzić, że niziołek był tutaj więziony tak, jak zresztą to wcześniej stwierdziliście żołnierzu! Jestem pewien, że nie zginął podczas potyczki. I to jest jedyna dla nas dobra wiadomość w tej sytuacji. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko podjąć poszukiwania naszej zguby. Ale … – Ervithar na chwilę przerwał swoje wywody, by pozbierać do końca myśli i przekazać swojemu podwładnemu strategię działania – … może powinniśmy do tego celu użyć naszych latających braci!? Wydaje mi się, że jest jeszcze, co prawda mała, ale szansa na odnalezienie naszego małego zbiega! Zatem do dzieła.

– Wedle rozkazu, Panie!

– Wezwij telepatę, natychmiast!

Nim zdążył cokolwiek uczynić gnoma już nie było.

Telepaci zawsze go fascynowali. Z wyglądu niczym się nie różnili od innych przedstawicieli rasy ludzkiej lub elfiej. Lecz oba te gatunki istot światła przypominały ich tylko fizycznością. Wiedział, co mówi. Zbyt długo z nimi współpracował, by się móc mylić. Wyselekcjonowane dzieci o ściśle określonych cechach oraz odpowiednich umiejętnościach były szkolone przez długie lata. W tym działaniu nie mogło być żadnego przypadku, a samo ryzyko nie powodzenia zostało ograniczone do niezbędnego minimum. Selekcja był początkiem ich drogi przez mękę. Następnie każde z tych dzieci miało wyznaczone etapy, które musiało osiągnąć. W trakcie ich szkolenia poddawano je wielu ryzykownym dla ich życia i zdrowia próbom. W pełni ukształtowanych telepatów pozostawało przy życiu po procesie szkolenia ostatecznie niewielu. U zbyt wielu nieświadomych swojego losu i przeznaczenia kandydatów w wyniku przeciążenia umysłu w najlepszym przypadku dochodziło do pomieszania zmysłów, a w większości przypadków kończyło się straszliwą śmiercią. 

Koszty kształcenia powodowały, że telepaci byli nad wyraz cenni. Ich szkolenie było wyrafinowane oraz pełne pułapek, a to wszystko było okraszone olbrzymim ryzykiem niepowodzenia. Wyłącznie najbogatsze królestwa oraz organizacje, takie, jak choćby gildia, mogły sobie tylko pozwolić na luksus ich posiadania. 

Najliczniej były reprezentowane w tej profesji elfy. Bowiem to je natura najhojniej obdarzyła pożądanymi cechami. Dzięki swoim wrodzonym umiejętnościom mogli porozumiewać się z praktycznie wszystkimi istotami za pomocą telepatii, którą potrafili nakłonić je do swojej woli. To jednocześnie pomagało im kontrolować gryfy, smoki a także inne stworzenia na potrzeby armii.

– Wzywałeś mnie panie? – przez umysł Ervithara przeleciał świdrujący, obcy głos. Naprzeciw niego stał telepata elfii telepata.

– Tak wzywałem. – potwierdził Ervithar.  Za każdym razem, gdy „rozmawiał” z telepatą czuł rozbawienie. Wielokrotnie łapał się na tym, iż w myślach bez zastanowienia nie potrafi odpowiedzieć tym istotom. A przecież jedynie przelotna myśl wystarczyłaby dla podtrzymania konwersacji. Wielokrotnie bezwiednie odpowiadał im mową, co było całkowicie bez sensu. – Wyślij kilka gryfów. Niech rozpoznają okolice. Obszar rekonesansu obejmie maksymalnie ten rejon.  zakreślił koło na mapie  Dalej nie byliby w stanie dotrzeć.

– Kogo szukamy panie?

– Na pewno niziołka, a ten drugi to…No cóż, kim on może być do cholery, no kim? – zastanowił się na głos. Bezwiednie to uczynił, zapominając, że to, co pojawia się w jego myślach odczytuje bez problemu telepata. – Niech szuka niziołka i istoty, tak myślę, o wyglądzie elfa lub człowieka. Przecież dwa niziołki nie byłyby w stanie zatłuc Garetha i jego bandy. To jest po prostu niemożliwe. 

– Panie wedle twojego życzenia. – potwierdził telepata wykonanie zadania.

 

***

 

Jak tam gorzałka z kaktusa? – zapytał się Rodgar de Zuuw towarzysza biesiady. Teraz, po krótkim odpoczynku czuł się znacznie lepiej. Miał po za tym o wiele lepszy humor niż zaraz po przybyciu do karczmy. Zapewne niebagatelny na to wpływ miało to, że już był po kilku dobrych kieliszkach mocnego, tutejszego trunku, co, w rzeczy samej, przekładało się na jego coraz lepsze samopoczucie.

– Cóż za wspaniały smak! Cóż za aromat! Coś niebywale cudownego. Prostymi słowy: delikates nad delikatesami. – zamlaskał obleśnymi ustami Maktar niejako odpowiadając na pytanie możnowładcy.

–  No więc posililiśmy się i popiliśmy. Wreszcie czuję, że nadal żyję i żyć będę. Tą cudowną poprawę mojego samopoczucia zawdzięczam tej oto regionalnej gorzałce. – uśmiechnął się szeroko Rodgar. – Wyobraź sobie mój drogi Maktarze wreszcie po tylu nerwach jestem nad wyraz mocno zrelaksowany! Jak wspaniale ta gorzała rozgrzewa od środka. Oj, wierz mi, potrzebne mi to było, jak najwykwintniejsza strawa. Szczególnie po wydarzeniach, jakie miały miejsce w Cytadeli. Niewiele już brakowało, a byłoby po mnie! Ot taka nasza psia dola. – wzdrygnął się najwyraźniej na samą myśl o tym, co mogło go spotkać z rąk Imperatora.

– Szefie, jak to!? Taką wielką krzywdę wyrządzić tak wiernemu i zacnemu słudze … – zaoponował murgr, lecz nie dokończył uciszony gniewnym machnięciem ręki de Zuuw.

– Nie wracajmy już do tych nie przyjemnych wydarzeń. Nie warto. Bo widzisz, – tutaj ściszył swój głos do szeptu – w naszej parszywej robocie musisz zawsze brać pod uwagę każdy możliwy rozwój wypadków, nawet ten najgorszy. Zapamiętaj to sobie na zawsze: nieznane są wyroki władców świata wobec nas zwykłych poddanych, którzy wykonują za nich tą czarną robotę … – filozoficznym stwierdzeniem zakończył swój wywód szpieg. –  Ale teraz, powtórzę ci jeszcze raz, czuję się znacznie lepiej. Mogę więc w końcu wysłuchać tego, co masz mi ciekawego do opowiedzenia o zleconej przez ze mnie misji.

– Od czego mam zacząć? – zapytał niepewnie Maktar.

– Najlepiej od początku; od samego początku mój drogi… – głos Rodgara stał się nadzwyczaj miękki oraz aksamitny. Nie należało jednak przyjąć tej poufałości za dobry omen. Wielu już to zgubiło.

– Zlecone zadanie zacząłem od tego, by sie dowiedzieć kogo my wlaściwie szukamy. Musiałem wpierw znać pytania, by móc poszukać na nie konkretnych odpowiedzi. Pamiętasz, jak kazałeś mi przeszukać wszelkie archiwa, wszelkie więzienia i obozy resocjalizacyjne w Cesarstwie?

–  Pamiętam, tak było. Mów zatem dalej.

– A pamiętasz, jak kazałeś zwrócić szczególną uwagę na nieprawdopodobne teorie, jakie w ostatnim czasie głosili wszelkiej maści wywrotowcy, którzy zostali z tego powodu zatrzymani?  Zwłaszcza nakazałeś zainteresować się i odnaleźć tych, którzy zostali już osadzeni w naszych więzieniach i dokładnie ich przesłuchać? – przerwał na chwilę Maktar. Czekał na reakcję Rodgara. Niestety, nie doczekał się na nią. Dostojnik sprawiał wrażenie osoby obojętnej. – Powiem szczerze nie było łatwo, ale udało mi się znaleźć kilka ciekawych tropów. – tutaj dało się słyszeć chichot – Nie wiem czy są oni tak wielkimi wieszczami, czy może jeszcze większymi półgłówkami wiejskimi. Ale z tych wszystkich przepytanych tylko jeden z nich posunął naszą wiedzę w znaczący sposób do przodu… – tutaj nastąpiła efektowna pauza.

 

***

 

Murgr stał pośrodku celi. Wokół niego ktoś poustawiał przemyślne narzędzia tortur. Atmosfera miejsca kaźni miała za zadanie zmusić do wyznań skazańca, którego przyjechał przesłuchać. Przynajmniej na to liczył przybysz. W swojej karierze juz wielokrotnie wykorzystywał dla złamania aresztanta tego typu strategię. Nie ukrywał, że zazwyczaj metoda skutkowała. Z zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi. Do celi wpadł zdyszany strażnik.

– Przyprowadzić więźnia. – Maktar nawet nie poczekał aż klawisz z obozu resocjalizacyjnego odezwie się do niego, tylko w jego stronę rzucił rozkaz tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zaplanował sobie przepytać interesujący go „przypadek” na okoliczność wieszczonego upadku Czarnego Pana. Teorie tej istoty były nad wyraz intrygujące zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę misję, jaką miał do wykonania dla Rodgara de Zuuw.

Ork bez szemrania, a zarazem najmniejszego sprzeciwu ruszył wykonać komendę przełożonego. Brak jakiegokolwiek buntu nie był normalny dla tych istot. One nie znały czegoś takiego, jak pełne podporządkowanie regułom i zasadom obowiązującym każdego w społeczeństwie. Z samego założenia były anarchistyczne. Strażnik pozwolił sobie tylko na  ciche mamrotanie pod nosem, by nikt tego nie usłyszał, a zwłaszcza murgr, o jakichś złorzeczeniach na temat swojego marnego losu. Maktar, co prawda usłyszał skargi, jednak ostentacyjnie zlekceważył to naganne zachowanie podwładnego. W ten sposób pokazał orkowi, która z ich ras jest rasą panów.

Istotnym w zrozumieniu zachowania strażnika obozu  było to, że Maktar był murgrem.  Orkowie panicznie się ich bali. Murgrowie, jak i zresztą uczyniły znacznie wcześniej elfy, jeszcze w zamierzchłych czasach, pobili orków w wielkiej wojnie. Po porażce z murgrami w toczonym wieki temu konflikcie orkowie zostali zniewoleni przez swoich pogromców. W ich plemiennej pamięci przez wiele pokoleń utrwaliły się czasy niedoli, o których opowiadano mrożące krew w żyłach opowieści.

Ponadto murgrowie byli potężniej zbudowani i znaczniej silniejsi od orków. W wyniku wielowiekowego doświadczenia, w końcu panowali nad nimi setki lat, nauczyli się jednego, że do ograniczonej inteligencji orka wyłącznie przemawiał argument brutalnej, prostej siły. Tylko paniczny strach był w stanie je zmusić do bezwzględnego posłuszeństwa.

Ze względu na ograniczoną umysłowość, orki nadawały się znakomicie do roli prostego, nieskomplikowanego żołnierza stworzonego do dwóch celów: po pierwsze zabijania wrogów; a po drugie, by ginąć w obronie interesów geopolitycznych swojego władcy, gdyż nie zadawali niezręcznych pytań o sens walki. Robili, co im kazano. Równie znakomicie sprawdzali się w funkcji strażnika więziennego. Do tej funkcji predysponowała je ważna cecha – nie mieli żadnych uczuć wyższego rzędu. Zabijanie i torturowanie sprawiało im olbrzymią radość, czym sobie wynagradzali niedogodności swojego parszywego życia.

– Panie oto więzień, którego chciałeś wziąć na spytki. – wyrzęził jeden ze strażników. W dłoni trzymał sznur, który krępował ręce oraz pętał nogi skazanego, by ten nie próbował zbiec lub zaatakować strażnika..

 „Jakże taką wymowę można nazwać inaczej niż charkot?” – pomyślał murgr z dezaprobatą.

–  Przywiązać go do ściany. – nakazał przybysz.

Wartownicy wykonali polecenie bez szemrania. Nawet, co było niespotykane, pod nosem nic nie próbowali mamrotać. Taką postawę strażników przyjął z nieukrywaną satysfakcją.

Miał okazję przyjrzeć się z bliska skrępowanemu wieszczowi. Był to wysoki elf w roboczych, prawdopodobnie obozowych, łachmanach. Mimo widocznego wycieńczenia, zapewne, spowodowanego trudami życia w obozie resocjalizacyjnym, z oczu, zresztą przepięknych, wyzierała wielka duma i buta. Za te właśnie cechy charakteru Maktar uwielbiał te dostojne w sposobie bycia, a zarazem najpiękniejsze ze stworzeń rozumnych – elfy. Przepadał za ich szaleńczą odwagą oraz za ich niezłomnością charakteru. Wielokrotnie próbował najbardziej wymyślnymi torturami zmusić elfy do zeznań, ale nigdy nie przynosiło to wymiernych efektów. Były nawet w stanie przetrwać torturę krwawego orła ( płuca z otwartej klatki piersiowej po stronie pleców wyciągał na zewnątrz) i przy tym nie pisnąć ani słowa. Dlatego, gdy miał pewność, że nic nie wyciśnie z gagatka, najczęściej ze znużenia, a po części z miłosierdzia, kończył niedolę istoty światła  jej błyskawiczną śmiercią.

Wieszcz był cały posiniaczony. Miał bladą cerę, co zapewne znaczyło, a wiedział to ze swojego doświadczenia, że jest dość długo „resocjalizowany”. Jednak najsmutniejsze dla więźnia było to, iż dopełni, raczej prędzej niż później, swojego marnego żywota w tym paskudnym miejscu. Uwięziony przedstawiciel najstarszej rasy pośród istot światła zdawał sobie sprawę, że już nigdy nie zobaczy ukochanej, otwartej przestrzeni ani nie poczuje zapachu oraz powiewu świeżego powietrza na swojej twarzy. I to właśnie była dla nacji elfów najgorsza z możliwych tortur, a zarazem kar – brak wolności, a wraz z nią tego przysłowiowego wiatru we włosach. Po cichu, przed samym sobą, przyznawał się do tego, iż było mu go zwyczajnie żal. Naprawdę tak myślał. Mimo empatii, jaką czuł do elfów wszyscy wokół wraz z De Zuuw byli święcie przekonani o braku jakichkolwiek ludzkich uczuć murgra do nich. Tak znakomicie maskował swoje prawdziwe odczucia.

Wreszcie strażnicy przywiązali skazańca do wystających ze ściany stalowych haków. Elf stał dokładnie na przeciwko przesłuchującego.

– Czy wiesz, po co tutaj cię przyprowadzono, elfie? – zapytał się więźnia Maktar.

– Nie wiem. A skąd miałbym to wiedzieć? – odpowiedział zmęczonym głosem skazaniec.

– Interesują mnie twoje proroctwa. Są one na tyle intrygujące, że zechciałem się specjalnie dla nich na to zadupie pofatygować. Czy moglibyśmy szczerze o tym porozmawiać? – poprosił przesłuchujący więźnia z wyczuwalną nutą fałszu w swoim głosie.

– No proszę, jaki mnie spotkał dzisiaj zaszczyt?! Jestem pod wrażeniem twoich szczerych wyznań! Od kiedy, bowiem tak mało znaczące rzeczy zaczęły interesować nieczułego na cokolwiek murgra?! – szydził z prześladowcy elf, który bacznie się przyglądał Maktarowi, próbując odczytać intencje z jego twarzy.

– A czemu nie miałyby mnie interesować? Zwłaszcza, że nadchodzą dziwne oraz trudne czasy. Coraz więcej wszyscy wokół prawią o zbliżających się wielkimi krokami zmianach pośród władców tego świata. Szczególnie dużo proroctw, w tym twoje, dotyczy upadku Imperatora. A te przepowiednie przekazywane z ust do ust zwłaszcza pośród ludu Cesarstwa są dla mnie bardzo intrygujące, co jest z natury rzeczy zrozumiałe. Chciałbym zrozumieć, jakie są ku temu podstawy, z czego to wynika? – spojrzał uważnie na skazańca mierząc go przenikliwie swoim wzrokiem. W końcu nie doczekawszy się odpowiedzi na pytania nabrał powietrza w płuca i wyrzucił z siebie oskarżenia. – Czy to nie ty przypadkiem elfie głosiłeś tę dobrą nowinę o zagładzie Czarnego Pana pośród uciśnionego ludu imperium? Oczywiście, że tak! – natychmiast odpowiedział sobie na pytanie. – Ciekaw jestem czemu rozpowiadałeś te fałszywe wieści? Mogłeś się spodziewać tego, jak to się może dla ciebie skończyć. Ten jeden fakt mnie mocno zastanowił czemu to jest dla ciebie aż tyle warte, by bez mrugnięcia okiem poświęcić na ołtarzu przekonań swoją ukochaną wolność. Więc pytam jeszcze raz: czemu to jest dla ciebie aż tyle warte?

– Ty i tobie podobni mielibyście zrozumieć nas, istoty światła? Jesteście przecież tak gruboskórni, tak obrzydliwie … – prorok szukał rozpaczliwie słów na właściwe określenie istot ciemności i chaosu. – … pozbawione uczuć! O litości! Wy przecież nie jesteście w stanie tego zrozumieć! Nawet wy pośród najwyższej kasty tego królestwa jesteście niewiele lepsi od tych tu prymitywnych orków. – więzień wymownie spojrzał w kierunku dwóch strażników, którzy znudzeni przysypiali w lochu. –  Ale już, na całe szczęście, czas waszego upadku nadchodzi. Już niedługo!

–  Elfie czemu zaczynasz tak agresywnie swą opowieść? –  zadrwił przesłuchujący z więźnia. –  Czyżby to był wyraz wszechobecnej miłości wobec bliźniego?! Ciekawe jest to, co mówisz, bo kłóci się z głoszonymi przez ciebie prawdami. Ale przejdźmy do sedna naszej pogawędki, któż miałby nas pokonać? Te skłócone z sobą królestwa ludzi, elfów i krasnoludów? –  złośliwie się uśmiechnął i zaraz elfowi odpowiedział na wypowiedzianą przed momentem swoją wątpliwość. – Przecież to wy sami siebie nawzajem wyrzynacie. Wtedy niczym nie różnicie się od podłych orków, czy nas murgrów. Wielokrotnie widziałem te wasze „cywilizowane” wojny. Nie ma dla was większego znaczenia kogo i jak mordujecie: dzieci, kobiety lub starców! A pamiętasz te czasy, kiedy wasz władca zawarł przymierze z Imperatorem po to tylko, by pomóc wam w obronie waszych ziem i osad przed znienawidzonymi ludźmi. Wtedy to elfie wojska ramię w ramię maszerowały z naszymi oddziałami i nikomu z was to wcale nie przeszkadzało. Ty i tobie podobni nie rozumiecie jednego: nasz miłujący pokój Imperator po okrutnych wojnach zrozumiał jaki jest nasz cel. Otóż naszym celem jest to, by wreszcie zaprowadzić pośród śmiertelnie skłóconych istot upragniony przez wszystkich pokój. Was do upadku prowadzi wasza zgnilizna. Jeśli Czarny Pan nie zaprowadzi naszego porządku, grozi nam chaos i upadek. Pragniemy byście dobrowolnie przyjęli naszą rozwiniętą cywilizację i naszą pokojową religię. Nie chcemy, w żadnym wypadku, narzucać wam niczego siłą, wystarczy, że się poddacie i wydacie swoją zbrodniczą elitę. Czy dla wspólnego dobra nie warto uznać naszego jedynego boga, a wraz z nim władzy Imperatora? Niewiele więc żądamy w zamian za wieczny pokój. Spójrz na nasz lud. Jest przecież tak szczęśliwy i żyje mu się dostatnio. Więc, pytam się ponownie, czemu wieszczysz w swojej prawdzie objawionej nasz upadek? – Maktar z wyczuciem przerwał swoją tyradę słowną. Chciał podkreślić mielizny myślowe proroctwa elfa. Gdy już był gotów kontynuować dalej swoją wypowiedź, uniósł głowę do góry, spojrzał prosto w oczy więźnia i wręcz zasyczał świdrującym głosem. – Widzę jednak jeden szkopuł w twoim rozumowaniu. Bo widzisz, dziwnie tak się składa, iż siedzisz tutaj, w tym okropnym miejscu od lat, a twoja przepowiednia, którą głosiłeś, jakoś, i wcześniej, i teraz, nie spełniła się w najmniejszym stopniu. Więc zadaj sobie czasami jedno pytanie: czy warto było za ułudę, którą głosisz i głosiłeś wszem i wobec oddać waszą, ukochaną wolność?

– Ty nadal nic nie rozumiesz prosta, grubiańska istoto. – wykrzyczał więzień do murgra. – W twoje kłamstwa o umiłowaniu pokoju nie wierzę i zapewne żadna z istot światła nie jest w stanie tym słowom zaufać. Waszym jedynym celem jest całkowity podbój wszystkich krain tego świata. Dążycie, by nas zniewolić i oddać, jako ofiary na ołtarzach waszych bogów ciemności. I to ma być ta wasza wspaniała cywilizacja? Zatem posłuchaj uważnie tego, co ci teraz rzeknę. Co prawda nie wierzę w to, by ta opowieść otworzyła twe zaślepione oczy. Mimo to wierzę, że ta rozmowa pozwoli ci zrozumieć coś czego w tej chwili nie pojmujesz ani nie jesteś w stanie dostrzec. Nadchodzi kres waszego imperium zła. Z tej drogi upadku Czarnego Pana nie ma już odwrotu. Jeśli pozwolimy wam zagarnąć wszystkie, jeszcze niepodbite przez zastępy wojsk Cesarstwa kraje wtedy nastąpi koniec nas wszystkich. Wokół będzie tylko bezkresna pustka i nicość. Jednak los pragnie odwrócić to, co wydaje się być nieuniknione. Dlatego narodził się zbawca, namaszczony do swej roli przez przeznaczenie – siłę potężniejszą niż sami bogowie. Wszyscy z utęsknieniem na niego czekaliśmy przez setki lat. To jest mesjasz, który nas wreszcie wyzwoli, a u jego boku kroczy wojownik –  mściciel. Mściciel, wierz mi,  pomści nasze krzywdy  za pomocą stali – miecza i topora, to on wszystkie istoty światła wyzwoli spod panowania sił ciemności i chaosu, to on będzie katem ze snu waszego imperatora. Czy teraz zrozumiałeś, czemu nowina, którą głoszę była warta utraty mojej ukochanej wolności? Czy jesteś w stanie to zrozumieć? – elf zrobił efektowną przerwę, uważnie wpatrując się w napiętą z wściekłości twarz murgra. – Czy masz świadomość tego, ilu skazańców takich, jak choćby ja, którzy gniją w obozach rozsianych po twoim imperium ma wreszcie nadzieję. I to jest właśnie wspaniałe. Bo pielęgnujemy ją w sobie, by móc przetrwać do chwili upadku Imperatora. Wspieramy siebie nawzajem, by tę  pociechę nieść i krzewić dalej. Ci wszyscy, którzy w to proroctwo wierzą, są naszą siłą. Wszystkich przecież nie wyrżniecie. Nie jesteście w stanie. Ja i mi podobni, jest nas wielu, nasze wszystkie dusze wyzwoliliśmy spod jarzma sił ciemności, strachu i zwątpienia, bo mamy nadzieję. Zapewne zgniję w tym obozie, ale moje dzieci i dzieci moich dzieci będą wdychały zapach wolności; będą miały przed sobą przyszłość. Z waszą cywilizacją czeka je tylko nicość i zatracenie. Smutek i ból. I nic ponad to! Wiedz o tym, że zjednoczą się wszyscy: i elfy, i ludzie, i krasnoludy, i inne jeszcze rasy. 

Murgr patrzył z niedowierzaniem na elfa. Z tej nędznej istoty, nagle zrodził się byt silny, pewny siebie. Nie do końca był pewien czy dobrze widzi, bo elf wypowiadając owe słowa, jakby urósł. Wzniósł się ku górze. Elf był w tej chwili bardzo dumny ze swej wiary. W trakcie przemowy był istotą pełną pasji., wierzącą w głoszone przez siebie słowa. Czuło się wręcz powiew wolności, który oczyści umęczony lud.

Ale czy słowa elfa mogły być wizją? Przecież imperium miało trwać wiecznie. Lecz energia z jaką głosił proroctwo miała siłę oceanicznego tsunami, będącego w stanie zmieść ze swojej drogi każdego, kto próbowałby mu się oprzeć.

Mocny głos więźnia zbudził smacznie drzemiące w rogu celi orki, które gwałtownie zerwały się na nogi. Nie miały pojęcia, co się wokół nich dzieje. Patrząc na elfa nie mogły uwierzyć, że to jest ten sam skazaniec, którego jakiś czas temu tutaj przywlekli. Dostrzegł w ich oczach głęboki, zwierzęcy strach.

–Skąd znasz me imię? – zapytał się niepewnie mocno wstrząśnięty Maktar. Swoja wykrzywioną w złości twarz zbliżył do twarzy więźnia. Poczuł zapach smrodu rozkładającego się potu, który był nie do wytrzymania. Z odrazą, gwałtownie odchylił głowę do tyłu.

– Nic nie jesteś w stanie zrozumieć! Nic, kompletnie nic. Wiedziałem, że tutaj przybędziesz. Wiedziałem o tym, bo miałem od dłuższego czasu prorocze sny. Wiem, czemu przybyłeś. Jestem wybrańcem, który ma ci przekazać nowinę. A ty masz ją przekazać tym, których mściciel z girlandami kwiatów na szyi zgładzi!

 

***

Świece na stole nie dawały zbyt wiele jasnego światła. Było ciemno i ponuro. Na blacie wykonanym z surowych, nie heblowanych desek stały gliniane naczynia z jadłem i napitkiem. Możnowładca podniósł szybko szklanicę i połknął za jednym haustem porcję kaktusówki. Gorzała rozlała się po przełyku okrutnie paląc swoją mocą wnętrzności pijącego. Skrzywił się straszliwie, prychnął a na koniec otarł zwilżone usta rękawem.

– Ciekawa ta twoja opowieść, mój drogi. – stwierdził, zajęty konsumpcją, Rodgar. – A co najważniejsze, dla naszej sprawy, ma wiele elementów wspólnych z wizjami występującymi w snach Imperatora. No nie powiem: zastanawiające i zarazem ciekawe… – mlasnął, równocześnie próbując wydłubać, za pomocą drewnianej drzazgi, z przerwy między zębami pozostałości dopiero co spożytej strawy. Wreszcie skończył tą pasjonującą czynność. –  Karczmarzu podaj, no tej, kaktusówki jeszcze z jedną butelkę. – krzyknął z wahaniem do opasłego krasnoluda. Cały czas zastanawiał się nad tym, czy to zamówienie będzie końcowe tego wieczoru.

– Nie będę przed wami ukrywał, że to przesłuchanie zrobiło i na mnie piorunujące wrażenie. Szkoda, panie, że nie widzieliście min tych przygłupich orków. To dopiero była zabawne.

– Zapewne. Ale powiedz mi tak szczerze: czemu nie dałeś rady z więźnia wycisnąć jeszcze czegoś interesującego ? Może jednak wyciągnąłeś jakieś dodatkowe informacje, lecz tego nie pamiętasz !? – spojrzał się czujnie w oczy Maktara. Najwyraźniej mina jaką zrobił murgr go uspokoiła. –  Ja wiem, że nie złamaliśmy do tej pory jakiegokolwiek elfa nawet bólem, ale może ten chciał jeszcze coś ci rzec a ty nie pamiętasz, żeby mnie, przepraszam, nas mścicielem postraszyć? – możnowładca próbował pojednawczym tonem głosu załagodzić swoje wcześniejsze oskarżenia wobec podwładnego.

– Ponad to, co ci, panie, dotychczas przekazałem nic więcej nie wiem.

– Wielka szkoda. I co o tym wszystkim myślisz, mój drogi? – Rodgar sięgnął po szklanicę z kaktusówką. Podniósł ją na wiwat poczekał aż to samo uczyni jego towarzysz i na znak wypił jednym łykiem do dna. Oblizał się.

– Co ja myślę? – Maktar wierzchem dłoni przetarł zwilżone alkoholem usta. –  Mocne to cholerstwo, oj mocne. Panie, opowiedziałem ci o najciekawszym przesłuchaniu spośród tych, które odbyłem w ostatnim czasie. Ale, w zasadzie, inni, pokręceni prorocy, bredzą podobne bzdety. Głównie o upadku imperium.  Ten jednak podał nad wyraz wiele szczegółów. Dla mnie osobiście tworzy się jakiś nowy nurt społeczny. Może powstaje jakaś nowa religia?

–  A może któryś z naszych wrogów podsyca te przepowiednie i ma ukryty w tym cel? – zaniepokoił się nie żarty możnowładca.

– Ale zastanówmy się kto miałby w tym interes? – podchwycił Maktar ciąg myślowy Rodgara.

– No proszę zastanów się: kto to może być ? W mojej opinii jest wyłącznie jeden a do tego żelazny kandydat!

– Czyżby Gildia?

– Tak Gildia, mój drogi Maktarze! Pomyśl kogo na te wszystkie działania stać. Właśnie tylko Gildię. To ona ma odpowiednio zasobny skarbiec, by siać skutecznie ferment wokół Czarnego Pana. Pozostali nasi wrogowie mają niewielki wybór : albo muszą się do nas przyłączyć i czynić czego my od nich oczekujemy, albo przyłączyć się do Gildii. Jednak, jakby zastanowić się głębiej nad tym wszystkim, to żadna siła nie jest w stanie pogodzić tych zwaśnionych ras. One przecież zieją do siebie nienawiścią a teraz mieliby się połączyć w jeden front przeciwko Marchii ? Nie wierzę tym bardziej, że jedni drugim są wilkiem. Pamiętasz te wszystkie czystki etniczne na których Marchia skorzystała? Przecież, a dobrze o tym wiesz, jeszcze bardziej podsycaliśmy tę wrogość, by skutecznie zdestabilizować te krainy. Choćby… – główny szpieg Czarnego Pana na chwilę zaniemówił. Szukał w pamięci argumentów z przeszłości, by poprzeć swoją tezę. W końcu znalazł. – … wtedy, gdy zajęliśmy królestwo Pomezanii. Oficjalnie ogłosiliśmy wszem i wobec, że nasza interwencja ma za zadanie ochronić ludność tego królestwa przed hordami Jaćwigów. Gildia próbowała przekupić strony złotem, by doprowadzić do zawieszenia broni. Wtenczas nawet mieszek Gildii nie był w stanie wyplenić tej całej wrogości antagonistów zwartych w wojennym uścisku wobec siebie. Musieliśmy wysłać wojsko. Oczywiście nie zapominajmy, że myśmy podburzyli Jaćwigów. Ale czy to było ważne. My osiągnęliśmy swój zamierzony cel. Złoto Gildii nie pomogło. Teraz więc zastanów się, co mogłoby wojujące strony pogodzić ? Moim skromnym zdaniem, jedynym lepiszczem może tylko być wiara! Zatem prawidłowo wyciągasz wnioski z tych dziwnych wydarzeń. A pamiętaj, że religia jest jak opium i jest jedyną szansą na pojednanie: ludzi i elfów, ludzi i krasnoludów.

– Właśnie! Panie, wobec tego to musi być jakaś nowa religia. Wiemy przynajmniej kim jest mesjasz, ale kim jest w takim razie mściciel? Może on pracują dla Gildii?

– Czemu nie!? – potwierdził przypuszczenia rozmówcy Rodgar.

– Teraz tym bardziej musisz, panie, usłyszeć dalszą część mojej opowieści. Ta część będzie tyczyła moczarów Palonii. Myślę, – tutaj zrobił efektowną przerwę i uśmiechnął się do swojego przełożonego. Głos, jaki wypłynął z jego ust był pełen pochlebstwa i uwielbienia dla wiedzy możnowładcy. –  że ciebie nie zaskoczę tym: jaki jesteś przewidujący w swojej mądrości.

– No tak, zapomnielibyśmy o tej części twojej opowieści. Nie możemy się jednak temu dziwić, bo, widzisz mój drogi, twoja relacja tak mnie zaintrygowała z przesłuchania więźnia, że uleciała mojej uwadze kwestia zbrojnej wyprawy wojsk Gildii na bagna.

– Panie, to nie mogła być, moim skromnym zdaniem, zwykła wyprawa zwiadowcza oddziału Gildii na bagna! – podkreślił Maktar.

– Zapowiada się znów ciekawie – rzucił od niechcenia w stronę podwładnego de Zuuw.

Następnie wypił kolejną porcję gorzałki i przegryzł jej wstrętny smak, bimbru, udkiem pieczonego kurczaka. Po jego twarzy spłynął obficie tłuszcz, który skapnął z brody na spodnie możnowładcy. Na materiale zostały ogromne plamy.

– Nim rozpocznę dalszą relację przedstawię wam, panie, dwa istotne fakty. Po pierwsze na bagna Palonii wybrał się sam Wieki Szambelan Gildii… – w tym miejscu nastąpiła celowa pauza w wypowiedzi Maktara. Czekał na reakcję Rodgara.

– Powiadasz sam szambelan. Uh, nie to faktycznie zapowiada się ciekawie. Kontynuuj, bo ciekawość mnie zżera, co mogło wydarzyć się dalej!

– A po drugie dowódcą oddziału był kto… !? Sam Ervithar!

– Ha, to nie mogła być faktycznie zwykła wycieczka! – Rodgar z wrażenia aż klepnął się dłońmi po udach.

– Zapewniam ciebie, że nie była. Wyobraź sobie, iż całość osłaniały w ariergardzie i awangardzie przesławne gnomy Ervithara a z powietrza… gryfy.

– Nawet gryfy mieli !? Czy oni szli na wojnę z tym całym plugastwem bagiennym?

– Sprawa się wyjaśniła dopiero, gdy pochwyciliśmy kilku zbrojnych z ich oddziału. Pociągnęliśmy  ich za języki. – na samo wspomnienie przesłuchań i torturowania jeńców oblizał się. – Udało nam się wydobyć trochę dodatkowych informacji. Otóż cała akcja była ściśle tajna. Nikt poza szambelanem i Ervitharem nie wiedział, po co oraz gdzie maszerują. Ostatecznie wysłałem za nimi – zresztą ze względu i na gryfy, i na gnomy. – estrie.  Nie uwierzysz panie, czemu miała służyć ta wyprawa!

–  Mów i nie nadwyrężaj mojej cierpliwości. –  sapał z podniecenia Rodgar.

– Oddział Gildii miał za zadanie spotkać się z bandą Garetha i przejąć Sinoe. Lecz już na miejscu okazało się, że ktoś bandytów zlikwidował. Robota profesjonalisty. A po kurduplu nie zostało ani śladu. Zbrojni Gildii węszyli, szukali. Nawet gryfy cały dzień krążyły nad bagnami. Nic nie znaleźli. Rankiem następnego dnia wycofali się do Nadal. Ta cała akcja może wskazywać, że jednak Gildia ma coś wspólnego z ostatnimi wydarzeniami. Ponadto w to wszystko wmieszała się jakaś trzecia siła… tylko czym ona jest ?

– Coś w tym na pewno jest. I, właśnie, kto załatwił tych skurwieli, którzy mi tak utrudnili w ostatnim okresie życie !? – po krótkim namyśle stwierdził. – W sumie kto by to nie był  pomógł nam, że Sinoe nie wpadł w łapy Gildii a zarazem zemścił się w naszym imieniu. Myślę, że za tym musi kryć się coś więcej. Bo posłuchaj: Gildii zależy na panującym wszędzie wojennym chaosie. Wtedy czuje się silna a na salonach dyplomatycznych rozdaje karty. Nie wyklucza to, mimo wszystko, jeszcze jednego elementu: przepowiedni Hironiusza. Może te dwa elementy należy z sobą połączyć, ponieważ są w jakiś sposób z sobą powiązane, nieprawdaż? Gildia na pewno dąży do tego, by na tym zamieszaniu i dezinformacji coś ugrać. Dlatego tak, jak my interesuje się tym tematem. Chce nas rozgrywać. A ta trzecia siła może być tą częścią związaną z proroctwem. A o czym wieszczy proroctwo, czy wiesz ?

–  Przepowiednia Hironiusza mówi generalnie o końcu świata. I o tym, że … Panie, ale dajmy już temu spokój. Sam przecież ukatrupiłeś tego przeklętego wróżbitę. Osobiście go ściąłeś w Cytadeli. Imperator kazał jego truchło spalić i prochy wypuścić w cztery strony świata. Większość jego wyznawców zlikwidowaliśmy. Nawet przypuszczaliśmy, że Gildia miała w tym interes, żeby zniszczyć tych pomyleńców. Wszystkie dzieci, które według magów imperatora miały nawet szansę stać się przyczyną upadku Marchii zostały zlikwidowane… – nagle w pół zdania wtrącił się Rodgar.

– Masz rację mój drogi. Zrobiłem wszystko, żeby zniszczyć w zarodku przyczynę złego samopoczucia Imperatora. Podjąłem wszelkie możliwe kroki. I co? Sinoe przeżył, i za pierwszym razem, jako niemowlę, i za powtórnym, gdy Gwardia wyrżnęła w pień jego wioskę. A teraz, jak wiesz naucza. Wodził nas i nadal wodzi, jak mu się podoba, za nos. Więc logicznym wydaje się to, że skoro ten kurdupel przeżył to… –  wypił następną szklanicę wódki – Musimy odpowiedzieć sobie na, wydaje mi się, kilka, w tej sytuacji, pytań : jaką możemy mieć pewność, że wszystkie dzieci, będące zagrożeniem dla Imperatora, zostały zgładzone? Jaką mamy pewność, że zaginiony, lata temu, następca Czarnego Pana jednak nie żyje a to oznacza, że już mu nie zagraża, jako mściciel? Więc czy mamy pewność, że nasze działania przyniosły zamierzony efekt?

–  Nie mamy żadnej mój panie. –  odparł smutno Maktar.

–  Właśnie żadnej. I to mnie przeraża. 

Na chwilę Rodgar się zamyślił. Obawiał się jeszcze jednego – reakcji Imperatora na dalszy brak sukcesów w tej sprawie. Podejrzewał też, że Czarny Pan nie mówi mu wszystkiego. Ale w całej tej relacji z działań murgra znalazł również jakieś  pozytywne informacje.

– Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. – powiedział możnowładca do Maktara.

– To znaczy mój panie?

– Przynajmniej wiemy, gdzie szukać mesjasza i mściciela! Do roboty więc. Ruszamy o samym brzasku na bagna.

– Tak jest panie – odpowiedział murgr, który był bardzo zadowolony ze swoich ustaleń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział VI Darkar

  To nowy mściciel przybył, By bronić waszych praw  – Istoty światła, To nowy mściciel przybył, By mesjasz w pokoju mógł Odejść da...